„Strzępy” Bret Easton Ellis

- Tytuł:"Strzępy"
- Autorzy:
- Wydawca:
- Gatunek:
Świetną książkę przeczytałem. Ale zanim przejdziemy dalej, musicie wiedzieć, że mam dziwaczny gust i na ten przykład kochom “Ojca chrzestnego”, ale równolegle trafia do mnie książka “Jakuba Jarno”. Jaram się twórczością Macieja Siembiedy, ale równie mocno lubię sięgnąć po nowego Jacka Reachera. Śmieję się na polskim “The Office”, chociaż na etapie zapowiedzi pomstowałem, że absolutnie nie ma mojej zgody na tykanie świętości i ja tego tak nie zostawię. Nie pokazuję publicznie mojego rocznego zestawienia ze Spotifaja, bo tam totalne skrajności się przecinają i wyszłoby, że mam osobowość wieloraką. “Skazanych na Shawshank” uważam za arcydzieło i “Człowieka demolkę” też, za to hejtuje całym serduszkiem “Gladiatora II”. A jak oglądam seriale, to jednym z kryteriów oceny, jest dla mnie flow seansu -> czyli scenariusz, aktorstwo, technikalia to raz, ale biorę pod uwagę też, czy przyjemnie mi się oglądało. Czy wpadłem w kompulsywny bing watching, czy raczej każda minut ciągnęła się, jak wieczność i odruchowo sięgałem po telefon, żeby przescrollować insta?
Okej, skoro coming out mamy z głowy i wiecie już, że jestem popkulturowym plebsem, powiem więcej o książce, którą uważam za good shiet, żebyście wiedzieli, co omijać.
Nosi tytuł “Strzępy” i napisał ją Bret Easton Ellis. Jeśli nazwisko coś wam mówi, ale nie potraficie sobie przypomnieć skąd konkretnie kojarzycie typa, podpowiadam -> film “American Psycho” z Christianem Bale’m jest na podstawie jego książki. Być może widzieliście też “Mniej niż zero” i “Żyć szybko, umierać młodo”, które również są na bazie jego prozy.
Wspólnym mianownikiem twórczości Breta jest zwichrowana psycha nieprzyzwoitych bogoli. Jego bohaterowie są dziani, opływają w luksusach i żyją w jakimś dziwnym odrętwieniu, z którego próbują na krótkie momenty wyjść z pomocą dragów, alko, seksu, a czasami jakichś chorych, zwyrolskich akcji. Ci bohaterowie są martwi w środku i wychodząc z domu, nakładają maski, żeby odgrywać rolę normalnych i jako tako dostosowywać się do norm społecznych, ale kiedy nikt nie patrzy, puszczają lejce i zapodają jakieś chore gunwo. Aż chce się powiedzieć -> To z nudów. Poszliby do prawdziwej pracy i od razu bym im przeszło.
Wracając do tematu, jest to twórczość kontrowersyjna, a to, że Bret pisze minimalistycznym językiem i totalnie na chłodno, jeszcze bardziej podkręca, bo ma się takie -> Mordo piszesz o sobie, prawda? Też masz takie ciągoty, co nie?
Gorzej. “American psycho” zaczęło żyć własnym życiem i zamiast zniesmaczać, dla wielu osób stało się cool, a Christian Bale z siekierą ikonicznym posterem, który gubi kontekst.
“Strzępy” to znowu te klimaty. Przenoszą nas do Kalifornii lat ‘80, do elitarnej szkoły dla dzieci dzianych rodziców -> producentów filmowych, prawników, bankierów, etc.. 17-letnich “dzieci”, które wyglądają jak modele i modelki z katalogów bielizny Calvina Kleina, zajeżdżają pod uczelnie Mercedesami, Jaguarami, Porschawkami i Corvettami, chodzą w odprasowanych mundurkach, należą do kółek teatralnych i szkolnych drużyn… ale ich największą pasją jest wciąganie koksu, łykanie valium, walenie shotów tequilli, palenie jointów, chędożenie się w różnych konfiguracjach i wylegiwanie na basenach nieprzyzwoicie drogich rezydencji… a podczas basenowych imprez, jako catering zamawiają sushi i nawet nie pytają ile będzie kosztował set dla 20 osób o_O
Głównym bohaterem “Strzępów” jest Bret Easton Ellis we własnej osobie, który robi nam budyń z mózgu sugerując, że to jego prawdziwe wspomnienia, żeby na końcu zapodać “historia jest fikcją, a wszelkie podobieństwa przypadkowe”. Niemniej postać Breta jest właśnie takim martwym w środku nastolatkiem z bogolskiego domu, udającym przy ludziach kogoś innego. Kogoś normalnego, kto nie odstaje społecznie. Jednak gdy go poznajemy, jest w momencie, kiedy jego demony coraz bardziej wychodzą na wierzch i ta publiczna poza zaczyna łapać coraz więcej pęknięć. Do tego w LA grasuje seryjny morderca, a Bret jako jedyny łączy kropki w schemacie jego działania i wydaje mu się, że wie, co wydarzy się dalej, a to jeszcze bardziej podbija jego stany paranoidalne.
Gdyby zrobiono z tej książki serial, prawdopodobnie byłby straszną nudą, bo nie intryga kryminalna niesie tę historię, a obserwowanie, jak perfekcyjny instagramowy obrazek, który dostajemy na dzień dobry, zmierza niczym pendolino do stacji “To jebnie”. Nie jest to książka, której zakończenie diametralnie wpływa na końcową ocenę. Tutaj liczy się środek, styl autora, jak te wszystkie rzeczy zawieszone w powietrzu coraz bardziej puchną i zmierzają do ostatecznej eskalacji. Jest to też książka, która jako lektura fascynuje i wciąga, ale równocześnie bardzo zniesmacza i obrzydza. Bo to jest o śliskich sumieniach, zepsuciu, moralnej zgniliźnie i przymykaniu oczu na wyskoki bogaczy. Zbrodnie bez kary. Generalnie klimat “Patointeligencji” -> Ojciec był maklerem, a mama lawyerem. I grube portfele, co chudły wraz z nim na odwykach / Szkoła, korty, dodatkowe zajęcia, korki, butelki i elki na zdjęciach / Dobrze wychowani, wciągana jest kreska w bawełnianych sweterkach.
Kawał cegły. Ponad 700 stron oglądania pod mikroskopem emocji grupki snobów, a jednak człowiek czuje silną potrzebę, żeby w tym trwać. Gdybyście wrzucili do gara “Beverly Hills 90210”, “Szkołę uwodzenia”, “Żyć szybko umierać młodo”, “Krzyk” i American Psycho”, przykryli pokrywką i zostawili na godzinę na średnim gazie, wyszłyby “Strzępy”. Doskonała książka, której treść wzbudza pogardę.
Tłumaczenie: Michał Rogalski