„Cztery pory zbrodni: WIOSNA” Michał Ritter

Ocena Pigouta:

Słyszeliście o Michale Ritterze? Śmiem wątpić, bo to pseudonim, pod którym ukrywa się… cytuję z tylnej okładki: „ekspert w dziedzinie terroryzmu i sekt religijnych, znawca Dalekiego Wschodu, były pracownik dyplomacji, dziennikarz, tłumacz i wielokrotnie nagradzany pisarz”. Brzmi jak przechwałkowy opis na Tinderze, więc tym bardziej próbowałem odgadnąć, kto to może być, ale bez sukcesu… poza tym to mogą być fejkowe tropy dla zmyły, a winny i tak okaże się ten co zawsze -> no elo Remek.

Ale do rzeczy. Kilka dni temu zadebiutowała książka Michała Rittera. Nosi tytuł „Wiosna” i jest to pierwszy tom serii >Cztery pory zbrodni<, która już na dzień dobry składa nam obietnicę, że to będzie polski Jack Reacher, a że autor wie, jak różne procesy wyglądają od środka, to będzie to hulało bardziej.

Technicznie rzecz biorąc, jest to czwarty polski Reacher, wszak mamy „Drelicha” od Kuby Ćwieka, „Bezimiennego” od Wojtka Chmielarza i „Lutę Karabinę” od Przemka Piotrowskiego. Za to ten Ritterowy ma najbardziej podobne nazwisko -> boom, Hubert Rajcher. Jakie ma skille? Były oficer GROM-u, więc taktyki wojskowe, walki wręcz i znajomość broni wszelakich ma w jednym paluszku. Do tego dochodzi traumatyczne story i wyoutowanie ze służb, czyli idealny kandydat do nieoficjalnych misji.

Plot.

W Warszawie dochodzi do serii zaginięć nastolatek. Policja długo nie może połączyć tych zdarzeń, a kiedy w końcu trafia na trop, okazuje się, że potrzebny jest człowiek, który zapuści się na stołeczne ulice i zinfiltruje półświatek przy użyciu metod, które wykraczają poza regulaminy. Ewidentnie robota dla Huberta „Huba” Rajchera.

„Wiosna” nie kantuje, jeśli chodzi o obietnicę bycia polskim Reacherem. Są tu wszystkie myki, których oczekujemy, czyli analiza otoczenia, dedukcja i przewidywanie ruchów przeciwnika, wewnętrzne monologi o strategii walki, szybkie kalkulacje typu „ile sekund mam na spierniczanie po tym, jak wyciągnę zawleczkę”, plus szpanowanie technikaliami, typu co się stanie, jak uderzysz człowieka w śledzionę, albo jaki odrzut ma kaliber 44. Totalnie chwytliwe zagrywki. A później jest jeszcze bardziej zamaszyście, bo autor dorzuca złola jak z Bonda, czyli takiego z aspiracjami na podbój świata. I jest jeszcze efektowno-efekciarska akcja, którą Tom Cruise śmiało mógłby wykorzystać w „Mission Impossible”.

Nie wiem, kto kryje się za pseudonimem Ritter, ale potrafię sobie zwizualizować, jaki miał plan -> zrobić dynamicznego akcyjniaka, w którym tempo, niczym w filmie „Speed”, nie spada poniżej 60 km/h, wkomponować w to realne taktyki wojskowe, przyprawić Reacherową bezczelnością i skończyć cliffhangerem, żebyśmy odliczali dni do tomu nr 2, który jak mniemam będzie nosił tytuł „Lato”.

Tak prywatnie zawsze mam problem, żeby osadzić takie ultra spektakularne akcje i złoli-egocentryków w polskich warunkach, bo w głowie nadal mam bójki o Świeżaki w Biedrze i korki na Zakopiance, ale jako gatunek literacki rozumiem i szanuję. Zresztą niedawno tutaj wyznawałem swoją słabość do Reachera. To ma dawać rozrywkę, adrenalinę, emocje i filmowy rozmach. Bez przesadnego drążenia. Śmiało można brać na testy.