„Bogowie Małego Morza” Jędrzej Pasierski

Ocena Pigouta:

Nowa książka Jędrzeja Pasierskiego zwiedziła ze mną kawałek świata. Czytałem ją w chacie, na Helu, w Kopenhadze i na Wyspach Owczych. I te podróże ją naznaczyły. Trochę mi się rogi zagięły w plecaku, potem zostawiłem ją na tarasie i pech, bo zaczęło padać. A po deszczu przyszło słońce, więc napuchła i wyblakła. Teraz wygląda jak książkowy Frankenstein, ale to nie koniec jej przygód. Aktualnie mam wypożyczone auto od Sabina na Wyspach Owczych i jak jutro odstawię je na lotniskowy parking, Pasierski zostanie na tylnym siedzeniu. A co, niech polska literatura pohula też trochę u Farerów. Tym bardziej, że Jędrzej to nie jakiś pierwszy lepszy autor z łapanki. Co to, to nie, o czym niech świadczy fakt, że w finałowej siódemce książek nominowanych do tegorocznego Wielkiego Kalibru aż dwie były Pasierskiego. Not bad.

Jego najbardziej znana seria to cykl z Niną Warwiłow, o którym niczego nie mogę powiedzieć, bo jeszcze nasze drogi się nie przecięły, ale to w podcaście z Wojtkiem Chmielarzem recenzowaliśmy kiedyś Jędrzejowego „Wodnika” i dużo ciepłych słów wtedy poleciało. Teraz, po przeczytaniu „Bogów małego morza”, wiem więcej, widzę punkty styczne i mogę oficjalnie powiedzieć: Pasierski to mistrz robienia atmosfery… wróć, od atmosfery jest Peszko. Pasierski jest mistrzem robienia klimatu. Możesz go czytać w 30-stopniowym upale, ale i tak max po trzecim rozdziale poczujesz w kręgosłupie skandynawski chłód. I do tego jeszcze mgłę a’la Twin Peaks. Tu nie ma wybuchów i efekciarskich zagrywek. Nope, to slow-crime, w którym niepokój sączy się przez szczeliny, każdy dialog może okazać się przełomowy i nawet się nie orientujesz, że od dłuższego czasu czytasz z zaciśniętą szczęką.

„Bogowie małego morza” to początek nowego cyklu z inspektorem Leonem Szeptyckim. Książka zaczyna się od sceny, w której jeden chłop wychodzi na swój pomost nad Jeziorem Sławskim i jak co rano patrzy w taflę wody, na której środku dryfuje stacja hydrologiczna i… konsternacja, bo tę stację normalnie obsiadają ptaki, jakby jutra miało nie być, tymczasem dzisiaj pusto. WTF? Long story short -> na stacji jest trup, a sprawa trafia do wspomnianego inspektora Szeptyckiego, który po latach robienia kariery we Wrocku, wraca w rodzinne strony i cyk, na dzień dobry ma trupa.

Jak łatwo się domyślić, nie był to zgon z przyczyn naturalnych, bo wtedy nie byłoby książki. Mamy zabójstwo, które łączy się z wydarzeniami sprzed lat, więc od pewnego czasu książka ma dwa plany czasowe, a drążenie w detalach sprawi, że Szeptycki będzie musiał skonfrontować się z osobami i demonami ze swojej przeszłości. Czyli jest tu wszystko to, co w kryminałach lubimy – zagadka, zmowa milczenia, śledczy z bagażem traumy i klimat, a do tego duża dbałość w opisach lokalizacji oraz fabuła, która nie nagina logiki. Dla mnie ideolo.

Dodam jeszcze, że był moment, kiedy na chwilę przełączyłem się na wersję audiobookową, którą super czyta Przemysław Bluszcz… ale ja nie o tym. Ostatnio sporo z bombelkiem jeżdżę, przez co zacząłem być czuły na wulgaryzmy i ponadprzeciętne lokowanie chędożenia. Oesu, póki słuchałem audiobooków solo, totalnie nie zwracałem na to uwagi, teraz nie mogę wyjść z szoku, jak grubo jest pod tym względem w polskiej literaturze. Ale do brzegu – Jędrzej jest spoko do słuchania w trybie rodzinnym. Na palcach jednej ręki zliczę momenty, kiedy prosiłem młodego o zatykanie uszu. Szanuję.

A i zapomniałbym odnieść się do tytułu, który może wydawać się dziwny dla postronnych. Otóż to Jezioro Sławskie, gdzie toczy się akcja, ponoć lokalnie nazywane jest „śląskim morzem”. Jędrzej pewniaczek.