„Bezkarny” Remigiusz Mróz

Ocena Pigouta:

„Życie jest jak pudełko czekoladek, nigdy nie wiesz, na co trafisz”.

I tak samo w ostatnim czasie jest z twórczością Remka Mroza. Chłopak rozpanoszył się w kilku banieczkach tematycznych i na etapie czterech recek, potrafię wpaść ze skrajności w skrajność. Remkowa fantastyka bardzo tak, remkowe young adult bardzo nie (za stary na to jestem), cykle Chyłki, Forsta i Behawiorysty, czyli Cobena mamy w domu, ok, aczkolwiek na moje oko już za długo się ciągną i to się mocno rozwadnia. Za to eksperyment z literaturą piękną pod pseudonimem (bo trzymamy się wersji, że Jakub Jarno to Remek) tak zaskakujący i inny niż wszystko dotychczas, że totalnie tak.

Ale te wszystkie książki to temat sprzed kilku / kilkunastu tygodni, czyli stare dzieje. W „międzyczasie” miała miejsce kolejna premiera. Co wylosowało się tym razem?

Tym razem Remek wziął historię z tabloidu i przerobił na thriller. Pamiętacie jeszcze „Oszusta z Tindera”? No to „Bezkarny” to te klimaty. Mamy kolesia, który osiągnął mistrzostwo w temacie „oszust matrymonialny”. Jest kameleonem, który potrafi wejść w dowolną rolę, aby zdobyć serduszko swojej ofiary. A wie dobrze, jak te kobity podejść, bo każdą „randkę” poprzedza dogłębnym reserchem, co do ich zainteresowań, stylu życia i tego typu detali. Mówiąc w skrócie, przebiera się za projekcję wymarzonego partnera tych kobiet i mówi im dokładnie to, co chcą usłyszeć. Wiadomo, że każda po takiej randce wychodzi ogłuszona, z wrażeniem, że trafiła jej się historia, jak z komedii romantycznej, więc wchodzą w tę relację na pełnej.

Prawie mi ich żal, jak pomyślę, że niedługo te wszystkie motylki w brzuszkach zdechną, a koleś z ich marzeń stanie się creepem z koszmaru. True story, jak oszust matrymonialny poczuje się już pewnie w relacji, przechodzi do drugiej fazy, czyli manipulowania, separowania od rodziny i znajomych, całkowitego uzależnienia od siebie. W fazie trzeciej pojawiają się wałki finansowe i różne dyskomfortowe prośby.

Problem z tym naciągaczem jest taki, że działa w białych rękawiczkach i nie zostawia żadnych śladów, które dałyby podstawy, aby zajęła się nim policja. Nope, trzeba inaczej go podejść… i o tym właśnie jest „Bezkarny”.

___

Wrażenia z lektury są takie, że już po kilku rozdziałach miałem w głowie: „Nie no, Remek już w przeszłości wymyślał szalone fabuły, ale teraz to już przegiął. Nie ma opcji, żeby ktoś był aż tak naiwny, jak kobiety z tej książki. Szanujmy się, heloł”… a później przypomniały mi się te wszystkie nagłówki z prasy bulwarowej: „Myślała, że rozmawia z Willem Smithem i straciła 100 tysięcy złotych”, „Wysyłał jej zdjęcia Brada Pitta ze szpitala. Straciła ileś tam set tysięcy euro”, „Babeczka wpłaciła 200 tysięcy dolców, bo myślała, że pomaga astronaucie, który utknął w kosmosie”.

Mało tego, Remek w posłowiu wskazuje, że do napisania tej książki zainspirowała go historia Grzegorza Filarowskiego, który w prawdziwym życiu urządził zasadzkę na takiego oszusta matrymonialnego z internetów (zresztą on też opisał to w książce -> „Rak”). Tak że poziomu intrygi nie za bardzo mogę się przyczepić, bo okazuje się, że to, co dla mnie wygląda na „Plażo, proszę, nikt się na to nie nabierze, zbyt grubymi nićmi szyte”, dla kogoś innego to „Hmmm, wygląda legitnie, trzymaj mi piwo, wchodzę w to”. No i nie zapominajmy o netflixowym „Oszuście z Tindera”, przy którym też robiliśmy wielkie oczy.

Mogę wam za to powiedzieć, że pod względem stylu jest to dla mnie „literatura kobieca” (uuu, seksizm alert). Oczywiście, nie jest to fachowa definicja, ale pierwszoosobowa narracja i podglądanie myśli głównej bohaterki, która co chwilę zastanawia się nad każdą czynnością („ojej, powiedziałam coś głupiego, teraz chłop pomyśli, że jestem idiotką”) i gestem („oesu, jak zjem gofra, to się pobrudzę i co on o mnie pomyśli”), kojarzy mi się z twórczością Alexa Michaelidesa („Pacjentka”), Freidy McFadden („Skazany”), A.J. Finna („Kobieta w oknie”). Faceci oczywiście też mogą to czytać, tak samo, jak dziewczyny mogą pić jogurty Bakoma Men, wszak nikt tego nie sprawdza, ale feeling mam jaki mam.

W skali twórczości Remka jest to dla mnie 6/10. Wiecie, jak to działa: bardzo niski próg wejścia, więc odnajdzie się w tym każda kategoria wiekowa (babcia na Wielkanoc dostanie). Lektura jest łatwo przyswajalna, połyka się w max dwa wieczory i nawet, jeśli po drodze coś nas triggeruje na zasadzie, że przegięte / niewiarygodne, to gdzieś tam człowiek jednak jest ciekawy, jak to się skończy i nie ma psychy, żeby odłożyć w połowie. Nope, ma potrzebę, żeby się dowiedzieć, a później udawać, że wcale tak nie było. Ale jeden zarzut mam wagi ciężkiej. Otóż uważam, że Remek ma niebywałą rękę do wymyślania nośnych ksywek i nazwisk dla swoich bohaterów. Chyłka, Zordon, Kormak, Langer, Forst, Osica, Burza, Gerard Edling. To brzmi, to się pamięta. Tymczasem ghostwriter od „Bezkarnego” same słabe strzały oddaje: Pająk, Złotnik, Legion, Proteusz. Nie wiem, co się tym razem stało, ale to nie brzmi i tego się nie pamięta.

Widzę też duży plus. Otóż po skończeniu „Bezkarnego”, pomyślałem „Thxn God, że nie muszę już chodzić na randki. Przecież to jakiś koszmar jest. Nie dość, że człowiek musi wyjść z domu, spotykać się z obcymi, grać lepszą wersję siebie, to nigdy nie wie, jaką psychozę skrywa ta druga osoba i kiedy się z nią ujawni #Najgorzej„. Aaa i okładka fajna. Minimalistyczna, jest w niej coś, co mnie „satysfakcjonuje” pod względem graficznym, ale nie potrafię tego nazwać.

P.S. Czytałem w papierze przed premierą, ale widziałem, że audiobook zrobili na bogato, na kilka głosów -> Filip Kosior, Bartosz Bielenia, Przemysła Bluszcz, Janusz Zadura, Anna Szymańczyk, Sandra Drzymalska. W takiej oprawie, kto wie, może byłaby 7-ka.