Charlie Sheen

Ocena Pigouta:

Łobuz kocha bardziej, a dokumenty o łobuzach ogląda się najlepiej. Fakt, nie opinia. Kto zna życiorysy Dennisa Rodmana, Mike’a Tysona, RIP Ozzy’ego Osobourne’a, a teraz jeszcze Charliego Sheena bo Netflix chwilę temu wrzucił 3-godzinny film o nim, ten wie, że przedzieranie się przez ich biografie, to jak bycie na najlepszej imprezie ever. Ikoniczne wydarzenia, sława, hajs, blichtr, luksusy, czerwone dywany, uwielbienie fanów + odwalanie totalnie krzywych akcji, które maluczkim narobiłyby mnóstwo smrodu i gunwa, ale kto bogatemu zabroni? Takie rzeczy żrą, jak złe i ciężko się oderwać.

Gdzieś w tych historiach niby dostajemy segment z upadkiem -> alko, dragi, rozwody, odwyki, zarzuty kryminalne, przemoc… jeśli nie fizyczna, to co najmniej psychiczna i ostrzeżenie „Tak nie róbcie, bo skończycie jak oni”, z tym, że w dużym obrazku to się totalnie rozmywa. Baaa te wyskoki na końcu stają się częścią ich legendy, na zasadzie nawywijali, byli na dnie, ale odbili się, powstali jak feniks z popiołów i teraz mają (Ozzy już nie) to poukładane, naprawione relacje, odzyskane zaufanie i są już w porzo + mają super nośne story, które da się spieniężyć za 6 zer minimum.

Weźmy na przykład właśnie ten dokument o Charlie Sheenie. Im dłużej go oglądałem, tym bardziej chodziła mi po głowie myśl, że nie ma sprawiedliwości na świecie i jak ktoś ma pecha to i palec w dupie złamie, tymczasem Charlie robił absolutnie wszystko, żeby zaorać swoją karierę i skończyć, jeśli nie na cmentarzu, to w więzieniu. A jednak jakimś magicznym sposobem, za każdym razem, kiedy odurzony gorzałą i dragami przewracał się o własne sznurowadła i lądował mordeczką w kałuży własnej uryny… obok znajdował wygrany los na loterii. Nawet jest przykład w tym filmie, że zaliczył skandal obyczajowy dokładnie w tym samym czasie, co Tiger Woods, z tym że u Tigera skończyło się wielkim grillowaniem i próbami medialnego cancelowania, a Charliemu przybyło milion obserwujących w dobę.

Muszę przyznać, że sam też mam jakąś niewytłumaczalną słabość do typa. Zawsze mordka się cieszyła, jak widziałem go na ekranie, uwielbiam jego epizod w Ferrisie Buellerze, role w Plutonie, Wall Street, Hot Shots i oczywiście byłem ultra fanem „Dwóch i pół”, gdzie grał siebie… w lajtowej formie. Jak go zwolnili, trzymałem wersję, że Charlie jest spoko, a cała wina leży po stronie „tamtych”. Po podmiance Charliego na Ashtona, „Dwóch i pół” przestało dla mnie istnieć i hejtowałem, wiadomix.

Ewidentnie chłop ma charyzmę level milion i ponadprzeciętny magnetyzm, ale serio oglądanie tego dokumentu robiło mi jakieś spięcie w mózgu na zasadzie -> Ale jakie wnioski powinienem z tego wyciągnąć? Przez trzy czwarte filmu Charlie siedzi uśmiechnięty, zadowolony z siebie, żeby nie powiedzieć dumny i nawija w stylu ->To może teraz opowiem wam o moich maratonach imprezowania, później wymienię narkotyki, jakie brałem… mam nadzieję ze macie czas, bo to chwilę potrwa… o niektórych usłyszycie pierwszy raz, a później zajmiemy się wyjaśnianiem skandali i oskarżeń cięższego kalibru. W tym wstawki -> „tutaj ambulans wynosił mnie na noszach, a ojciec musiał zwołać konferencję prasową, żeby uspokoić ludzi, że żyję” + oskarżenia o gwałt, atak nożem i zatajanie HIV. I zawsze lądował na cztery łapy, a w międzyczasie stał się najlepiej zarabiającym aktorem serialowym w historii.

I teraz sobie weźcie na ten przykład filmy Smarzowskiego, które zawsze rozliczają się z jakąś patologią i człowiek wychodzi z nich z mega dołem i gulą w brzuchu… wrzućcie je wszystkie do jednego kociołka, zamieszajcie… i wyjdzie wam biografia Charliego Sheena, z tym że tutaj dojdziecie do refleksji -> nie no ten to prowadził prawdziwe rock’n’rollowe życie #legenda. Tak że jedyny wniosek jaki urodziłem, to że bycie narkomanem i przemocowcem delux w Hollywood, wypada w nagłówkach znacznie atrakcyjniej niż bycie alkoholikiem i przemocowcem z blokowiska w Zgierzu, a ekskluzywni patusiarze mogą więcej. Gardzę sobą, ale dokument ogląda się świetnie i kilka razy pomyślałem -> „jebaniutki”.