„Wojownicy z pól ryżowych” Pierre Francois Souyri

- Tytuł:Wojownicy z pól ryżowych
- Autorzy:
- Wydawca:
Samurajami jaram się od dawna, a do tego od kilku sezonów przechodzę srogą fascynację Japonią -> odklejka kulturowa, manga, cyberpunk, tradycja i futuryzm, sushi, udon, neony w Tokio, ichniejsze pendolino, hotele kapsułowe dla najebawszych, góra Fuji i automaty z używanymi gaciami… strasznie mnie to kręci. Nie jest tajemnicą, że aktualnie jest to kraj nr 1 na mojej liście „Chcę polecieć”. Niestety jak sporządziłem plan, co konkretnie chciałbym na miejscu zobaczyć, zjeść i sobie kupić, wyszło mi, że nadal mnie nie stać, ale wierzę, że system kaucyjny w plastikowych butelkach to zmieni. I jak coś, to za 11 dni wychodzi moja książka, którą możecie kupić i wspomóc to marzenie. Nawet czytać nie musicie, serio, nikt tego nie sprawdza.
Ale ale. Dziś przychodzę z inną książką -> „Wojownicy z pól ryżowych” Pierre’a François Souyri. Biorąc pod uwagę, co napisałem wyżej, bez problemu skumacie, że kiedy wydawnictwo Znak Horyzont zapytało, czy nie chciałbym jej wziąć na warsztat recenzencki i zblurbować, odpisałem -> „Znacie adres mojego paczkomatu, czy podać jeszcze raz?”
„Wojownicy z pól ryżowych” to kawał lektury, która zadowoli każdego, kto jara się historią i lubi zanurzyć w detal. Jest naprawdę szczegółowa i skrupulatna. Prowadzi nas przez stulecia Japonii, cesarzy, politykę, intrygi i całe to tło, które zbudowało legendę samurajów… ale to sobie sami przeczytacie. Rzecz, która najbardziej dotyka w tej książce, to odkrycie, że Hollywood od lat nas oszukuje. Jup, wychodzi na to, że filmowy wizerunek samurajów jest srogo zromantyzowany, co boli, bo niestety już nigdy nie spojrzę na „Shoguna” i „Ostatniego Samuraja” z taką niewinnością, naiwnością i wiarą w branie wszystkiego w ciemno, jak kiedyś, a przyznam, że kocham obie historie na maksa. Serio, ile razy trafię w TV „Ostatniego samuraja”, tyle razy rzucam wszystko i oglądam -> Tomku Kruzie Ufam Tobie!
Ale są też plusy dodatnie. Bo być może książka odarła mnie ze złudzeń, za to jakbym teraz poszedł dajmy na to do programu The Floor i wylosował kategorię „Samurajowie”, to wchodzę w nią jak w blachę sernika w Wielkanoc i oram tak, że nawet Roznerski klaszcze. Aktualnie mam czarny pas z japońskich wojowników i jak sobie wczoraj włączyłem na PlayStation „Ghost of Yotei” i oglądałem intro, miałem takie: „Plażo proszę, znam temat i to nie było tak”.
Long Story Short odnośnie samurajów jest takie, że obok honorowych mistrzów miecza byli tam też pieniacze, którzy potrafili pokłócić się z własnym wasalem o worek ryżu. Albo poeci, którzy woleli pisać haiku niż iść na solo. Albo nałogowi siorbacze herbatki, którzy notorycznie spóźniali się na ustawki, bo przed walką musieli wychylić idealnie spienioną matchę, a to chwilę zajmuje. Trochę wam ta książka namiesza w dotychczasowych wyobrażeniach… dlatego nie czytam książek o husarii.
A skoro grę wstępną mamy już za sobą, czas na listę najlepszych samurajskich rzeczy:
# Ostatni Samuraj – jeden z najwspanialszych filmów w historii świata i nie zapraszam do handlowania.
# Shōgun – Wszystkie wersje propsuję. Emocje takie, czy czytałem i oglądałem na zaciśniętych zwieraczach.
# Samurai Jack – Oesu, jak ja się cieszę, że wychowałem się w czasach, kiedy Cartoon Network serwowało kozackie kreskówki.
# Siedmiu Samurajów – ale Kurosawę to wy szanujcie!
# Zatoichi – niby ślepy, tymczasem widzi wszystko i na klocek Lego nigdy nie nadepnął.
# Ghost Dog: Droga samuraja – Forest Whitaker na kodeksie Bushidō i Wu-Tang na soundtracku. Gdzie wady?