„Tańczmy, ciemność płonie” Cyryl Sone

- Autorzy:
- Wydawca:
- Gatunek:
A Ty, Pig, niby taki oblatany z książkami, a Cyryla Sone nie znałeś. Jak to możliwe?
Hmm, pomyślmy – co tydzień wychodzi jakieś milion pięćset sto 900 książek, więc nawet ludzie bez prawdziwej pracy nie są w stanie wszystkiego ogarniać na bieżąco. Ale żebyśmy byli precyzyjni, cyrylowe okładki migały mi w księgarni i zostały w pamięci, bo są charakterystyczne, aczkolwiek czytelniczo jeszcze nie mieliśmy okazji + do zeszłego tygodnia myślałem, że to zagraniczny autor, co oczywiście nie jest przypadkowe, bo na tym polega trik z pseudonimem. Dziś już wiem, że to polski chłop i do tego aktywny zawodowo prokurator – przynajmniej tak mi na riserczu wyszło.
Ale do brzegu. „Ciemność płonie” to najnowsza książka Cyryla, która przy okazji stanowi trzeci tom cyklu „Prawo Dunli”, ale osobiście zagrałem hazardowo i wskoczyłem w niego bez znajomości poprzednich. I co się stało? Nic. Czuć, że bohaterowie coś już razem przeżyli, jakieś dramaty, historie, piwka po godzinach, romanse w różnych konfiguracjach, ale intryga w tej części jest nowa, zaczyna się od zera, więc wszystko, co potrzebujesz wiedzieć, dostajesz na bieżąco. Nie miałem żadnego problemu, żeby to ogarnąć i cofnięcie się do początku to bardziej na zasadzie – „o, kliknęło, więc chcę to poznać w całości” niż „mus, bo bez tego nie zrozumiesz, co się teraz dzieje”.
O czym to w ogóle jest? Na moje oko to dwie i pół książki w jednej. Pierwszy segment to losy pisarza-celebryty oraz jego przyjaciółki, w których życiu pojawił się trup i teraz prowadzą prywatne śledztwo, żeby odkryć, dlaczego sprawy tak się potoczyły. Jest w tym wątku sporo obyczaju, skupienia na ich aktualnej sytuacji życiowej i codziennych dramatach. Ale konwencja bardziej idąca w ironię i sarkazm niż lamenty. Chłop to taki trochę playboy i lekkoduch w stylu Hanka Moody’ego i Charliego Sheena z „Dwóch i pół”, więc wszystko bierze na miękko i zamienia w żart. Nawet jak go karki w zaułku biją.
Drugi segment jest o zmęczonym życiem prokuratorze, który prowadzi śledztwo w sprawie zwłok znalezionych w Dunli, czyli fikcyjnym miasteczku stanowiącym centrum wydarzeń książki. Potem… a nie, to już byłby spoiler.
A ta „połówka” to wątek tajemniczej babeczki i starszego pana, którzy snują się po Dunli i komunikują ze sobą tak enigmatycznie, że mogliby robić za szyfrantów w czasie II wojny światowej. Ewidentnie coś wiedzą, ewidentnie są umoczeni w sprawy trupów + dodają książce mistyczny vibe — szeptuchy, gusła, lokalne urban legend o diabłach rogatych, tego typu klimat.
Te wszystkie wątki przez dłuższy czas rozwijają się równolegle i to jest właśnie ta noga w drzwi, która nie pozwala odłożyć książki. Wiesz, że to w pewnym momencie musi zacząć się łączyć w całość i zastanawiasz się, jak Cyryl to zrobi i czy wyjdzie z tego z tarczą, czy mu się to rozsypie jak domek z kart.
Ten zabieg naprawdę działa. Książkę zrobiłem na dwa strzały na plaży. Pierwszego dnia dygnąłem 170 stron na hejnał i dotarłem do momentu -> „Nie no, teraz to już muszę wiedzieć, albo nie zaznam spokoju”, więc drugiego dnia domknąłem resztę.
Słabsze momenty? Według mnie są. Na ten przykład totalnie nie polubiłem się z główną bohaterką z pierwszego segmentu i dużo czasu poświęciłem na zastanawianie się, dlaczego dwóch typów lgnie do niej jak ćmy do lampy. To nieracjonalne, ona bierze, ale nie bardzo chce coś dawać w zamian. No i ten wątek z enigmatycznymi dziadkami też na moje oko przeciągany, żeby utrzymać jak najdłużej tajemnicę. I ok, to logiczne, że autor nie chce się wysprzęglić za wcześnie, ale myk polega na tym, że ich dialogi w tym tajemniczym tonie stają się absurdalne na zasadzie – „Nie możemy pozwolić, żeby to się powtórzyło. To wiesz, tamto co kiedyś, co nie możemy o tym mówić”. „Tak, masz rację, tamto to było okropne, ale nie mówmy o tym, aczkolwiek wygląda na to, że się powtarza”. „No raczej, ale nie można o tym mówić”.
Puryzm kryminalny czy odklejka?
Powiedziałbym, że środek tabeli. Segmenty z prokuratorem i policyjnym śledztwem są bardzo przyziemne i wiarygodnie oddają procedury. Dwa pozostałe wątki na lekkiej podkrętce fabularnej, ale nie na poziomie hollywoodzkiego blockbustera ze złolem chcącym przejąć władzę nad światem. Tak w sam raz, żeby się czytało jak dobry thriller.
Paszportu Polityki z tego nie będzie, ale na leżaczek, do pociągu i na plażę totalnie spoko, na co sam jestem przykładem. Jak najbardziej czytable i wciągające-able.