„Rok szarańczy” Terry Hayes

Ocena Pigouta:

Pamiętacie książkę „Pielgrzym” z 2014 roku? Taki tam thrillerek szpiegowski na 760 stron, który wyszedł na rynku po cichu, ale ktoś przeczytał i stwierdził, że kurde dobre, po czym polecił znajomym, znajomi polecili kolejnym znajomym i rozeszło się pocztą pantoflową na grubo.

Ja też się wtedy załapałem na falę „Pielgrzyma” i nie tylko mi się podobało, ale wręcz uważam, że to była najlepsza książka szpiegowską, jaką czytałem. Wielowątkowa, łapiąca za mordkę tak mocno, że w kluczowych momentach człowiek wstrzymywał oddech, z idealnym mixem akcji i bekstejdżu pracy wywiadowczej. „Pielgrzym” dowoził jak zły i narobił apetytu na więcej…

I tu pojawiają się schody, bo autor, czyli Terry Hayes nie jest etatowym pisarzem książek. Nope, teraz to już emeryt, ale w prajm tajmie był scenarzystą -> w cv ma m.in. Mad Maxa 2, Mad Maxa Pod Kopułą Gromu, Godzinę Zemsty i Plan Lotu z Jodie Foster. Tego „Pielgrzyma” prawdopodobnie napisał hobbystycznie, nie spodziewając się, że skończy się takim sukcesem i ludzie będą chcieli wincyj.

10 lat! Tyle przyszło nam czekać na kontynuację i oto jest -> „Rok szarańczy”. Jeszcze ciepła, bo dziś premiera i znowu cegła 760 stron+.

Ja już jestem po i jeszcze dwa dni temu, jak byłem mniej więcej w połowie, dałbym sobie rękę uciąć, że ta recka będzie maratonem pochwał i klepania po pleckach, bo fabuła znowu wciąga, ponownie jest ten fajny klimat, dreszczyk, bo agenta CIA działa na wrogim terenie, gdzie musi zinfiltrować wroga, konkretnego złola, pilnując cały czas każdego detalu ze swojej legendy, albo go zakillują, a gdzieś pomiędzy wplecione są ciekawostki o pracy wywiadowczej, aktualnej technologii, etc. No i znowu jest skakanie po lokacjach, więc nudy brak.

Wszystko super, aż docieramy do 3/4 książki, gdzie Terry zapodaje takiego plot twista, że aż musiałem zejść do piwnicy, co by pozbierać szczękę, która mi opadła. I najgorsze jest to, że nie potrafię rozsądzić, czy ten plot twist jest super cool, czy od czapy.

Żeby nie spoilerować, o co konkretnie chodzi, powiem tylko, że jest to plot twist, który zmienia książce gatunek literacki. Jesteśmy sobie w thrillerze szpiegowskim, co nie i wiadomo, że on w jakimś tam stopniu jest hollywoodzko ubarwiony, ale nie znamy się na tym, więc przyjmujemy na słowo, że tak to mniej więcej wygląda w prawdziwym życiu, a co za tym idzie, traktujemy książkę, jako trzymają się mniej więcej realiów (po co drążyć?)… wtem schodzi ten plot twist i nagle jesteśmy w nurcie saj-faj. Ale takim saj-faju na pełnej. True story.

I ja sobie myślę o tym na dwa sposoby. Pierwszy, że być może Terry Hayes chciał przeskoczyć samego siebie + on już nic nie musi, więc popuścił lejce, bo mógł i chciał. W tym kontekście potrafię go zrozumieć -> Już nikt mu nie zarzuci, że „Rok szarańczy” to powtórka z „Pielgrzyma” i nie ma żadnego dodatkowego X faktora, a przecież 10 lat czekaliśmy.

Drugie podejście to -> stary, „Pielgrzym” był idealną konwencją i takiej oczekiwałem w „Roku Szarańczy”, heloł. Nie można zmienić gatunku w trakcie książki, bo saj-faj zabija wiarygodność thrillera szpiegowskiego i później już się nie da wrócić na te tory. Po co? Dlaczego? Przecież było dobrze, wystarczyło zostawić tak, jak jest.

Chyba bardziej skłaniam się do wersji, że saj-fajowy plot twist to nie był najlepszy pomysł, bo wybija człowieka z fabuły -> masz takie WTF? i zamiast lecieć dalej przez historię, zaczynasz się zastanawiać, dlaczego Terry Hayes to zrobił? Ale jest też opcja, że się nie znam i większość czytelników uzna, że to super nowatorskie zagranie i zaraz wszyscy zaczną taki patent kopiować. Czas pokaże.

I chyba z taką myślą was zostawię -> jeśli podobał wam się „Pielgrzym”, to „Rok Szarańczy” jest pewniaczkiem… do pewnego momentu, a później to już każdy sam musi zdecydować, czy jest na Tak czy na Nie.