„Morderstwo u kresu świata” Stuart Turton

- Tytuł:Morderstwo u kresu świata
- Autorzy:
- Wydawca:
- Gatunek:
Są takie historie, których lepiej nie próbować zajawiać, bo człowiek zamiast zachęcić, może przez przypadek odstraszyć.
Dajmy na to serial „Lost”. Spróbuj wytłumaczyć znajomemu, który nigdy nie widział, o czym to jest. Niby proste → samolot rozbija się na wyspie. Do tego momentu spoko, ale dalej zaczyna się zabawa, bo to nie jest zwykła wyspa. Nope, ona żyje. Ba, hasa po niej jakiś czarny, szalony dym, są tubylcy z dzidami i podziemne bunkry wyposażone w technologię NASA. Jest komputer, do którego trzeba wpisywać kod, albo stanie się coś złego + rosną tam takie rośliny, że jak je zjesz, to wyglądasz jak nieżywy, ale tak naprawdę nadal żyjesz, tylko nikt się o tym nie dowie, bo już zdążyli cię pogrzebać.
Opowiadasz to komuś i po chwili słyszysz: „Mama wie, że ćpiesz?” Tymczasem Lost to jeden z najwspanialszych seriali w historii telewizji. Finał skopany, owszem, ale plizz, nie chodzi o dotarcie do celu, tylko podróż, a tak się składa, że to było kilka sezonów najbardziej odjechanej wycieczki ever.
Z serialem „Stamtąd” jeszcze trudniej, nawet nie zaczynam.
I podobnie jest z nową książką Stuarta Turtona – „Morderstwo u kresu świata”. Próba zajawienia fabuły kończy się bólem głowy -> dystopijna przyszłość, mgła, która zabiła cały świat. No prawie, bo ostała się ostatnia wyspa, na której żyje 122 mieszkańców, dowodzona przez trójkę naukowców. Do tego sztuczna inteligencja obecna w głowach ludzi, zbrodnia, zbiorowa amnezja i 92 godziny, aby znaleźć mordercę, albo mgła pochłonie wyspę. Serio, tego się nie da ogarnąć w dwóch zdaniach. W dziesięciu też nie.
Ale to właśnie wyróżnia Stuarta Turtona. Tego samego, który kilka lat temu zaliczył brawurowy debiut „Siedmioma śmierciami Evelyn Hardcastle”. Kto czytał, ten wie, że był to kryminalny escape room. Babeczka zginęła i codziennie odradzała się w innym ciele, i tak do czasu odkrycia, kto ją zabił. Pokręcone i totalnie świeże.
Turton nie korzysta z gotowców. Nie pisze książek które czytałeś już dziesięć razy, tylko za każdym razem wymyśla coś kompletnie nowego, szalonego. Miesza gatunki, jak na imprezie trunki, stawia na niebanalne pomysły i za każdym razem zabiera czytelnika w inną podróż. To nie jest autor do czytania jednym okiem, nope, wymaga skupienia, ale odwdzięcza się czymś świeżym, zaskakującym i zupełnie innym niż wszystko, co masz na półce.
Skubaniutki znowu zaskakuje i za to brawo, ale równocześnie spuczucia dla osoby, która pisze mu streszczenia na tylnej okładce. Znowu trudne się wylosowało.
Przełożył: Jacek Żuławnik