„Kamień z księżyca” Janusz Płoński

Ocena Pigouta:

Najtrudniejsze zadanie recenzenckie? Kiedy losujesz książkę, która jest lekka, fajna, przyjemna i zabawna, dowozi na wielu poziomach i czujesz wewnętrzną potrzebę, żeby ją polecić. Wróć, żeby zachęcić ludzi, żeby naprawdę po nią sięgnęli, bo autor zrobił to dobrze i zasługuje na feedback, na poczucie, że to poszło w świat i żyje.

Niestety już w trakcie lektury wiesz, że będzie to misja z kategorii „trudnych”, bardziej dla Tomka Kruza niż dla mnie. Dlaczego? Bo to nie jest kryminał, ani thriller, ani fantasy, ani nawet young adult. Czyli jesteśmy poza mainstreamem. Dejm, jak to ograć? Gdzie kliknąć, żeby ludzie zareagowali – siarap and take my money? Dokąd iść, gdy nie ma dokąd pójść?

Niestety, tego nie wiem. Ale wiem jedno -> „Kamień z Księżyca” to książka, której przeczytania zdecydowanie się nie żałuje.

Zacznijmy od autora, Janusz Płoński . Dziennikarz, scenarzysta, dokumentalista, człowiek, który mieszkał tu i tam, i jak wynika z jego notki biograficznej, żadnej pracy się nie boi. Robił to i owo, spotykał różnych ludzi na swojej drodze, co sprawiło że wie rzeczy i potrafi o nich opowiadać. A i zapomniałbym – maczał palce w „Alternatywach 4”, a to nie tylko najlepszy możliwy kredenszal, ale też daje punkt odniesienia, żeby zwizualizować sobie, z jakim humorem będziemy mieli do czynienia. Ironia, absurd, groteska.

W „Kamieniu…” mamy PRL, ale nie takie nudy z podręcznika. To PRL ze wszystkimi swoimi freakami, marzycielami i cwaniakami. Galeria postaci jest jak fauna i flora tamtych czasów – sekretarz partii, niemiecki bankier, bokser, barman, inteligent, pisarz, handlarz, nauczycielka i amerykański senator, który przywozi do Polski tytułowy, księżycowy kamień z misji Apollo 11. Każdy z innej parafii, ale orbitują wokół wspólnych punktów – Krakowa, klubu „Czarny Kot” i Justyny… prostytutki, która jak się później okaże, ma znacznie więcej talentów.

Narracja skacze między postaciami, dawkując ich losy w małych porcjach. Skrawki z życia. Początkowo czyta się to na luzie, na zasadzie fajne, relaksujące, zabawne, wtem odkrywasz, że wsiąkłeś w to, jak w telenowelę i bardzo chcesz wiedzieć, co będzie dalej, czy losy postaci się przetną i jak to wszystko się spuentuje.

Humor? Wspaniały. Nie wali łopatą po głowie, nie sygnalizuje – uwaga, teraz będzie gag. Nic z tych rzeczy. Dostajemy klasyczny humor sytuacyjny, który sprawia wrażenie, jakby pojawił się samoistnie, ot Płoński opisuje, jak w tamtych czasach było, a że było egzotycznie, to co chwilę zza rogu wychodzi gruby absurd. It’s funy, because it’s true. Z tej groteski i przypadkowych zbiegów okoliczności, rodzą się rzeczy ważne, a może i przełomowe, które w dużym obrazku wyglądają na przemyślane i planowane… tymczasem takie nie są. I to też jest zabawne. Mieliśmy to w „Alternatywach”, mieliśmy w „Misiu”, mamy tutaj. Ta książka to była duża przyjemność. BTW Jest też wersja audio (na Storytel widziałem).