„Kontury” Jakub Jarno

Ocena Pigouta:

Jakub Jarno wrócił.

W zeszłym roku było to nazwisko, które narobiło sporo zamieszania w polskiej literaturze, bo wraz z dobrymi reckami jego debiutanckiej „Światłoczułości”, pojawiła się plotka, że to tak naprawdę Remigiusz Mróz pod pseudonimem.

Dziś już wiemy na 100 pro, że to faktycznie Remek, co sprawia, że ten eksperyment z pseudonimem uważam za średnio udany. Wyobrażam sobie, że plan zakładał, że debiutant robi na dzień dobry bestseller, zgarnia super recki, być może jakąś nagrodę i grono oddanych czytelników ofkors, po czym boom, dostajemy plot twista, że to Remigiusz i jest podwójny wygryw. Raz, bo mamy dowód, że popularny autor może zacząć od zera i znowu zrobić szał, więc nie jest to kwestia farta. Dwa, bo wśród tych entuzjastów prawdopodobnie trafiłby się ktoś, kto wcześniej pruł się do innych książek Remka, czyli „in your face, mordo”. Piękna wizja, ale w praktyce plotka, że Jarno to Mróz pojawiła się niemal na starcie, więc to wszystko, co się później wydarzyło (szum, topka sprzedażowa), leciało już na marce Remka i żadnych sensownych wniosków z tego wyciągnąć się nie da.

Aktualnie „Jakub Jarno” służy już tylko jako marker gatunkowy… oraz żeby zachować spójność okładkową. Widzisz to nazwisko i po pierwszej nutce wiesz, że czeka cię historia o ludziach, którym trudne się wylosowało, którzy nie mają swojego miejsca na świecie, tułają się z kąta w kąt, a życie rzuca im pod nogi nie tylko kłody, ale też klocki lego, grabie oraz skórki od banana. Wiesz, że to Remek w wersji smuteczek.

Nie będę ściemniał, pierwsza książka spod marki Jarno, czyli „Światłoczułość”, trafiła mnie w miękkie. Pamiętam, że słuchaliśmy jej z Madzią w samochodzie, w wersji audiobookowej, i od pewnego momentu już nikt się nie odzywał. Cisza jak w kościele, tylko Krzysztof Gosztyła mówił dalej, a człowiek czuł, jak mu gula w gardle rośnie. Historia o ludziach rozdzielonych przez wojnę, którzy nie wiedzą, czy ta druga osoba jeszcze żyje, o dzieciakach, które musiały w ekspresowym tempie dorosnąć, o tym, że człowiek człowiekowi wilkiem, etc. No kurła, dostałem wtedy centralnie między oczy mojej drugiej osobowości. Tej wrażliwej i empatycznej, którą maskuję przed światem heheszkami i autoironią. A później zebrałem jeszcze bęcki w komentarzach, bo „jak można propsować Remka, heloł?”. Szczerze? Wywalone. Tamta historia serio mnie trafiła i nadal to podtrzymuję.

I tu dochodzimy do „Konturów”, które w gruncie rzeczy celują w podobne emocje i reakcje. Główną bohaterką jest Wanda Jeżyńska, dziewczyna, która przyszła na świat w ostatnich dniach wojny i od tego momentu miała prze… trudno. Sierota bez dokumentów, tożsamości i nikogo, kto by się nią zaopiekował. Ponownie bieda, samotność i tułaczka. Jej ustawienia fabryczne to oczekiwanie, że stanie się coś złego i ktoś ją źle potraktuje, wtem pojawia się nadzieja, że los może się odmienić… ale czy aby na pewno?

Jakub aka Remek ponownie serwuje nam łamiącą serduszko historię i znowu robi to poetycko, z czułością, nie unikając ładnych słów w stylu „onegdaj” i fraz typu „Ja nie musiałam uczyć się umierania” (w domyśle, bo nie było to moje pierwsze rodeo). Czasami jest Wiesławem Myśliwskim, czasami Wisławą Szymborską, a czasami przeszarżuje i wjeżdża na rejestry Paulo Coelho feat. Sanah, ale trafia tam, gdzie chciał. A jak wybierzecie wersję audio, czytaną przez Maję Ostaszewską i Krzysztofa Gosztyłę, to już w ogóle macie zaorane, bo ich interpretacje to +100 do poczucia jesieniarskiej melancholii.

Moja opinia jest taka, że Jakub Jarno trzyma poziom, który wyznaczył „Światłoczułością” i niejedna osoba sobie przy tym chlipnie. Wiecie po co po to sięgacie i to dostaniecie, ale dostrzegam jedną słabość w tym powrocie. Przynajmniej w moim przypadku tak było. Mianowicie „Światłoczułość” wzięła mnie totalnie z zaskoczenia. Kiedy brałem ją na warsztat, nie miałem pojęcia, co mnie czeka, tymczasem tutaj już miałem w głowie -> „Aha, Jarno, czyli będą smuteczki”, co spowodowało, że od początku byłem na gardzie, oczekując, aż coś jeb… złego się wydarzy. Trochę jak z filmami, w których pieskom dzieje się krzywda. Jak oglądałem „Jestem legendą” pierwszy raz, scena z owczarkiem totalnie mnie połamała. Za drugim razem cały czas miałem w głowie -> „O nie, zbliżamy się do momentu z owczarkiem, buuu”. I tak samo tu, człowiek czeka, kiedy spadnie pierwszy cios.

Chętnie się dowiem, czy wam się udało wskoczyć na równie wysoką falę, jak przy „Światłoczułości”.