Druga Furioza

Ocena Pigouta:

Są dwie rzeczy, które od dawna mnie uwierają. Pierwsza to, jak kiedyś robiłem ranking czekolad na Instagramie (czego to człowiek nie wymyśli, żeby nie robić prawdziwej pracy) i Studentską z żelkami ulokowałem dopiero w drugiej dziesiątce. Po tym teście na kilka miesięcy odstawiłem całkowicie czeksę, po czym nagle stwierdziłem, że znowu bym wszamał, ale nie byle jaką, tylko taką „mmm Studentską z żelkami”. Właśnie wtedy do mnie dotarło, że nie doszacowałem. To nie jest żadna druga dziesiątka, tylko TOP3 jak w mordę strzelił.

I dokładnie takiego samego kaca mam po recenzji pierwszej „Furiozy”, która wyszła bodajże cztery lata temu. Dałem jej wtedy 6/10, czyli w mojej skali „bardzo okej”, a jednak w podsumowaniu się sprułem, że wszystko za grubą krechą rysowane, że te kibolskie szemrane biznesy idą w zbyt wysoką stawkę, jakby to był co najmniej Donnie Brasco. No mieliłem to, jakbym miał na warsztacie ekranizację Hamleta, a nie film o kibolach, co w ryj dać mogą dać.

Czas pokazał, że „Furioza” była całkiem spoko. Może i wątki dramatyczne zbudowane z klisz -> ona policjantka, on chłopak z ekipy, on chce dobrze, ale musi trzymać się kodeksu, ten zdradza, ten ginie, ten płacze w deszczu, braci się nie traci, etc. Proste, niezbyt ambitne, ale miało dobre flow, rytm, fajnie rozpisaną ekipę i sceny akcji ponad polskie standardy. No i oczywiście Golden, czyli postać grana przez Mateusza Damięckiego, która stała się memiczna i ikoniczna równocześnie.

Jak ogłosili, że robią „dwójkę”, to już nawet nie udawałem, że jestem tu dla wyższej kultury. Nope, napisałem w komciu: „Dawać teraz, natychmiast.”

No i dostałem. „Druga Furioza” to film rysowany jeszcze grubszą kredką niż jedynka, taką Maybelline minimum. To co w jedynce było (powiedzmy) powściągliwe, tu jest podkręcone, jak reaktor w Czarnobylu (spokojnie, wytrzyma), ale absolutnie już z tym nie walczę. Baa zobaczyłem Damięckiego na gołej klacie z maczetami i Bobrowskiego z kurwikami w oczach, nadziewającego typów na widły i w głowie momentalnie zagrał mi refren Quebo: „Tęskniłem za wami, nie kłamię jak zły, że dałbym się pociąć, ale przyjmę kulkę w moim bubble tea.” Do tego Sebastian Stankiewicz w topessie i mordeczka sama się śmieje.

„Druga Furioza” balansuje na granicy zajebistości i cringe’u, czyli „Szybkich i wściekłych” mamy w domu. Miejscami są tu „Gangi Nowego Yorku” tyle że w Trójmieście, miejscami „Głupi i Głupszy”. Film trwa dłużej niż „Napoleon” Ridleya Scotta w wersji reżyserskiej, natężenie bluzgów dorównuje pierwszej części „Psów”, Mateusz Damięcki jest jednocześnie „Jokerem” Joaquina Phoenixa i sobą z „Kochaj i tańcz” -> jestem liściem, tańczę na molo, z kolei Szymon Bobrowski szarżuje, niczym Nicolas Cage w swoich najbardziej odklejonych rolach… and I think it’s bjutyfull. Intensywne to bardzo.

Pięknie mi ten film dziś zdjął gruz z bani i oderwał od myśli, że za 5 dni termin płatność ZUSu. Absolute cinema. A po niedawnej kampanii wyborczej nawet nie uważam, żeby jakoś szczególnie naciągał logikę.