Wzgórze Psów

Ocena Pigouta:

Oglądając “Ślepnąc od świateł” i “Informację zwrotną”, wchodziłem do tych seriali jako fan książek, czyli już na dzień dobry byłem bardzo zainteresowany i entuzjastyczny “ooo chcę zobaczyć, jak to sfilmowali”. Dodatkowo na starcie miałem wiedzę, z której korzystałem, kiedy mi czegoś brakowało na ekranie. Czego nie pokażą, to sobie dopowiem.

Do “Wzgórza Psów” podchodziłem neutralnie. Książki nie czytałem, więc zero więzi emocjonalnej i fanowskich forów na dzień dobry. Serial miał za zadanie samodzielnie podbić moje serce + dobrze mi to sprzedać, bo tym razem nie miałem czym wypełnić pustych miejsc.

Czy to się udało? No tak średnio bym powiedział. Ustalmy, że nie jest to typowy kryminał, w którym mamy trupa, na co przychodzi jakiś zapijaczony detektyw i drąży. Nope to jest historia, w której owszem jest tajemnica i wątek kryminalny, ale dużą część opowieści pochłania wiwisekcja emocjonalna bohaterów, którzy coś tam ukrywają, mają traumy, żale, jakieś niezabliźnione konflikty.

Książka liczy 864 strony i zgaduje, że powolutku ustawia kolejne figury na planszy, malując backgroud, pokazując, kto jest kim w tej historii, jakie łączą ich wzajemne relacje, kosy, sojusze, etc. To są rzeczy, które potrzebują czasu i przestrzeni, z kolei styl i język autora sprawiają, że story wchodzi pod skórę, intryguje i trzyma nas za mordkę.

Tymczasem serial chce nam tę historię opowiedzieć w 5 odcinkach. Nie ma siły, takie szybkie podanie rzeczy musi odbyć się po łebkach i niestety koszt jest taki, że wychodzi z tego bardzo generyczny początek, przy którym miałem wrażenie, że widziałem coś takiego już 100 razy.

Koleś przyjeżdża po dłuższej przerwie do rodzinnego domu na urodziny ojca i podczas tych urodzin dochodzi do eskalacji żali i pretensji. Żodyn by nie przewidział. W tle również dzieją się rzeczy niespotykane, bo oto trafiamy do małego miasteczka, z zamkniętą społecznością i na pierwszy rzut oka widać, że łączy ich zmowa milczenia odnośnie jakichś wydarzeń sprzed lat, a jednak żyją, udając, że wcale nie + są bardzo wrogo nastawieni, jak ktoś zaczyna rozdrapywać. Nowe, nie znałem. Do tego dialogi na zasadzie -> A pamiętasz jak 20 lat temu? Na co lokales się wzdryga -> Ale po co o tym mówić? To niedobra jest.

Fabularnie bardzo silne uczucie deja vu mi towarzyszyło. Z kolei realizacyjnie wielokrotnie widziałem tam „Kruka”.

Przyznam, że bardzo się wynudziłem na pierwszych dwóch odcinkach i gdyby był to “zwykły” serial, prawdopodobnie na tym etapie bym go porzucił. Pociągnąłem jednak dalej, bo wiem, że to na bazie Żulczyka, który jest dla mnie konkretną marką i dla Więckiewicza, który idzie taranem w roli Tomasza Głowackiego. Niestety w ujęciu panoramiczny, nie jest to dobra wiadomość dla twórców, bo na tle Więckiewicza, Mateusz Kościukiewicz z imidżem Kurta Cobaina wypada dość blado. Najlepiej w scenach niemych. Niemniej decyzja o brnięciu dalej oddała, bo w trzecim odcinku następuje drgnięcie fabularne. Poza taplaniem się w trudnych relacjach rodziny Głowackich, serial zaczyna kręcić się wokół wątku kryminalnego i w końcu w jakiś sposób angażuje, aczkolwiek umówmy się, że nadal nie jest to jakieś szalone tempo i czasami kusi, żeby przescrollować insta, rozwiązać sudoku, albo kopsnąć do Paczkomat bez pauzy.

Uważam, że w pewnych kwestiach “Wzgórze psów” wychodzi poza średnią krajową -> dialogi są bardziej mięsiste… jak się ma zestaw audio za 50 koła, kadry niebrzydkie, twinpiksowa muzyczka, animacja w czwartym czy tam piątym odcinku, Więckiewicz, broda Więckiewicza. W pewnych typowa polska produkcja -> Niedomagający dźwięk przy scenach dialogowych (przesiadłem się na słuchawki), na maksa marsowe miny i zaciśnięte szczęki aktorów, żebyśmy nie mieli wątpliwości, że to poważna drama jest a nie byle co.

Niestety pod względem emocjonalnym prześlizgnąłem się przez tę produkcję jakbym sunął na bobsleju. Nie udało jej się wzbudzić we mnie jakiegoś większego zainteresowania losem postaci, sprawić, żebym komuś kibicował / martwił się. Niestety patrzyłem na to na zasadzie “łorewa”, totalnie na chłodno.

Gorzej, sam sobie trochę popsułem seans, bo na etapie 4 odcinka, zacząłem się zastanawiać nad technikaliami i co ja bym zrobił na miejscu Żulczyka, żeby ta historia dostała dobrego twista na koniec. I cholera zgadłem kluczową zagrywkę, więc jak się wydarzyła, to zamiast “oooo”, zrobiłem “ha, skubaniutki, aj niułyt”. Oczywiście nie liczę tego jako wady, ot minusy bycia geniuszem 😉

Ale wracając do moich rozkmin odnośnie serialu, to jednak moje myśli lecą w stronę książki. Porównanie książki z adaptacją to broń obosieczna, bo wiadomo, że czytając mamy swoje wyobrażenia i później niekoniecznie to, co widzimy na ekranie, się z nimi pokrywa, więc zaczynamy kręcić nosem. Niemniej wydaje mi się, że akurat w przypadku “Wzgórza psów” wiedza książkowa działa na plus. Jak mówiłem to są 864 strony na papierze (28h audiobooka) vs 5h na ekranie. Obstawiam w ciemno, że serial jest wykastrowany z wielu małych dialogów, opisów, zadr, krzywych spojrzeń, kontekstów etc., budujących właśnie to zaangażowanie emocjonalne, którego mi zabrakło.

Wzgórze psów” ogólnie nie jest złe i ostatecznie fabularnie się broni, ale niczego mi nie urwało. Jest za krótkie, żeby zmieściły się w nim książkowe gejmczendżery, a co za tym idzie, żeby się znacząco wybiło ponad inne, podobne produkcje. To jest chyba dla mnie największa wada. Na tym poziomie ekspozycji bohaterów, jest to po prostu kolejny solidny serial, którego wspomnienie będzie szybko blakło w mojej pamięci.