Rodzina Soprano

- Tytuł:Rodzina Soprano
- Autorzy:
- Wydawca:
- Gatunek:
Ostatnio miałem takie odczucie, że bardzo staram się być na bieżąco ze wszystkimi premierami streamingowymi. Wiecie, człowiek sobie wkręca, że skoro dotyka na fanpejdżu popkulturowych rzeczy, to musi ogarniać absolutnie wszystko i najlepiej być pierwszym w internecie, który się wypowie. A że tych streamingów się namnożyło i każdy coś tam podrzuca na bieżąco, to robią się z tego niekończące maratony bingowania. Niestety większość to miałkie produkcje do zapomnienia w dwa dni. Coś we mnie pękło i aktualnie nie chce mi się na to tracić czasu, ani tym bardziej pisać rozprawek, które w puencie będą miały -> nie warto.
Long story short, stałem się bardzo selektywny w doborze tytułów i uwolniłem od pressingu, że „muszę”. Pier…, nie muszę.
I na przykład zamiast odhaczać 10 nowości z tego tygodnia, z których 7 już zatonęła w algorytmie, postanowiłem zrobić coś, co od lat chodziło mi po głowie, ale nie miałem czasu, bo goniłem za bieżączką. Mianowicie obejrzeć „Rodzinę Soprano” od początku do końca, w chronologicznej kolejności. Żeby nie było teraz skandalu, że jak można nie znać Rodziny Soprano? Oczywiście, że znam, tyle że oglądałem ją w czasach, kiedy leciała w odcinkach na HBO i jak przegapiłeś epizod, to ciężko było go zorganizować, więc miałem trochę dziur fabularnych. A teraz lecę po bożemu, czyli całość i po kolei.
Best decision ever. Ten serial w 2025 roku nadal ogląda się wspaniale. Okej, na początku jest wizualny szok, bo z dzisiejszej perspektywy fryzury, ciuchy, wnętrza chat i ziarno na obrazie brutalnie trącą myszką, ale mózg szybko się dostraja, a później człowiek siedzi w tym po uszy. Klimat, dialogi, tarcia i notorycznie wkurwiony Tony Soprano
. RIP James Gandolfini gra irytację milion razy lepiej, niż to zapamiętałem. Poza tym w sumie dobrze wyszło, że oglądam teraz, kiedy jestem prawie w tym samym wieku co Tony, bo wyłapuję o wiele więcej rzeczy. Za młodu widziałem w tym serial o mafii, po prostu. Teraz mając perspektywę dorosłego i wiedząc, jak świat funkcjonuje, kumam, że to jest o typie, który zmaga się z daily shitem w robocie, a później z kolejnym w domu, zarządza niekompetentnymi dzbanami i są momenty, kiedy chciałby to wszystko rzucić i wyjechać w Bieszczady. Samo życie, tylko specyficzna branża.
Dobijam do końca drugiego sezonu, więc jeszcze kilka wieczorów przede mną, ale już czuję lekki stresik na myśl o syndromie odstawiennym po skończeniu. Gdzie ja znajdę coś równie mięsistego? A nie wróć… po Sopranos wjedzie „The Wire”, potem „Sześć stóp pod ziemią”, dalej „Deadwood”, później powtórka z „Ekipy” i na deser „Mad Men”. Samo gęste, a później się zobaczy.