167 Sezon 2

Ocena Pigouta:

Sytuacja wygląda tak, że Netflix często zbiera ode mnie bęcki za karmienie nas zapchajdziurami zrobionymi pod algorytm, ale żeby było sprawiedliwie, wypada ich pochwalić, jak zrobią coś dobrze. A tak się składa, że „1670” robią świetnie.

Pierwszy sezon był większym zaskoczeniem niż hiszpańska inkwizycja. Wyszedł bez wcześniejszego sygnalizowania, że „uwaga, śmieszne idzie” i wziął nas z zaskoczenia. Wróć… część z nas, bo doskonale pamiętam, że na każdy komentarz zachwytu znalazły się dwa pytające: „Co trzeba mieć w głowie, żeby się z tego śmiać?” + w gratisie wycieczki osobiste, że „Bezbekowe” i „Żena”.

Totalnie nie mam siły ani weny nikogo przekonywać do zmiany opinii. Jak ci się nie podoba, to dla mnie luz, ale chciałem delikatnie zwrócić uwagę, że my, którzy łapiemy ten humor, czytając komcie typu „trzeba być szalonym, żeby się na tym śmiać”, mamy dokładnie taką samą rozkminę w drugą stronę. Bo heloł, skoro nie bawią cię takie piękne szydery i analogie, to co cię bawi? Potrzebujesz śmiechu z puszki i kontrolera lotniskowego z tymi świecącymi marchewkami, żeby dał ci znać, że żart leci, czy jak? Zdefiniuj, co rozumiesz przez „śmieszne”, i pośmiejemy się razem.

Ale do rzeczy. Pierwszy sezon wziął z zaskoczenia, za to drugi dźwigał już na pleckach pięciotonowe kowadło presji i oczekiwań z naszej strony -> „Hej Netflix, rozbaw nas jeszcze raz, czekamy”. Do tego aktorzy po drodze wskoczyli na top rozpoznawalności i zaczęli intensywnie się udzielać tu i tam, więc generalnie idealne warunki, żeby się rozproszyć i spaść z wysokiego konia. Tymczasem nope. To nadal jest złoto. Przyznam szczerze, że Jakub Rużyłło zaimponował mi w uj, bo wydawało mi się, że pierwszy sezon wydrenował konwencję i z XVII wieku już więcej się nie wyciśnie, a tu okazuje się, że to była tylko rozgrzewka i da się polecieć jeszcze wyżej.

Każdy odcinek naszpikowany jest żartami, easter eggami, analogiami i to wszystko podane jest na lekko. Tematy polaryzujące, które w debacie publicznej dzielą Polskę na pół, są tu tak mięciutko obrobione, że zaśmiejesz się (tzn. część z nas, która jest krezji), niezależnie po której stronie barykady się opowiadasz. Ale na tym się nie kończy, bo aktorzy też już weszli w buty swoich postaci na 150% i płyną z tym świadomym krindżem i przebijaniem czwartej ściany jak Michael Phelps na igrzyskach w Atenach. Wszyscy bez wyjątku dowożą, a Bartłomiej Topa ostatecznie zdejmuje z siebie piętno Zenka Pereszczaka ze Złotopolskich i w tym momencie jest dla mnie w TOP3 najlepszych Michaelów Scottów ever.

I tu docieramy do momentu, kiedy Netflix zasługuje na oddanie sprawiedliwości, bo widać, że wierzy i chucha na ten projekt. Zakładam, że o wiele łatwiej i taniej byłoby im wyprodukować „Planetę Singli 5”, wszak w „1670” muszą bujać się ze scenografiami, kostiumami, rekwizytami, od czasu do czasu z bardziej wymagającymi technicznie ujęciami… i robią to, chociaż wiedzą, że zbindżujemy całość w jeden dzień i za tydzień znowu będziemy cisnąć za zapchajdziury. Doceniam. Za tydzień będę cisnął, ale dzisiaj doceniam i szanuję.

Podsumowując -> Mówcie, co chcecie, dla mnie to jest perełka i chcę jeszcze.