„Wspólniczka” Steve Cavanagh

Ocena Pigouta:

Nie jestem świeżakiem, jeśli chodzi o amerykański system sądowniczy, wszak od młodości czytałem i oglądałem wszystko sygnowane przez Johna Grishama, później miałem moment zauroczenia „Suits”, a niedawno obejrzałem „Przysięgłego nr 2” Clinta Eastwooda. Teoretycznie nie powinno mnie tu już nic dziwić, a jednak nadal mnie szokuje, jaki oni za tym oceanem teatr odstawiają na salach sądowych. Po co im Broadway, skoro w sądzie takie przedstawienia schodzą za darmoszkę? Te kilkuminutowe przemówienia oskarżenia i obrony, robiące przysięgłym budyń z mózgu, wyciąganie kluczowych świadków i dowodów z kapelusza, odkopywanie faktów, które podważają bezstronność ławników i konteksty zatapiające opinie biegłych:

– Czyli twierdzi pan, że plama krwi nie mogła się znaleźć na bluzce oskarżonej przypadkowo? Przypominam, że zeznaje pan pod przysięgą

– Hipotetycznie mogłaby, ale jest na to mniej niż 1% szans. Osobiście nie wierzę w takie przypadki. Każdy by zauważył, że się właśnie poplamił, więc tłumaczenie oskarżonej nie ma sensu

– Czyżby? A pamięta pan, jak przed wejściem na salę pożyczył mi pióro?

– Pamiętam

– W ramach eksperymentu dokonałem małej sztuczki. Otóż oddałem panu identyczne pióro, ale z dziurą. Proszę spojrzeć na swoją koszulę na wysokości kieszonki…

– Ojej, atrament się wylał

– Czyli nie zauważył pan wcześniej tej plamy?

– Ale…

Wysoki Sąd: „Proszę ławę przysięgłych, aby nie brała pod uwagę zeznań biegłego.”

Zawsze, jak coś takiego czytam/widzę na ekranie, część mnie ma ochotę krzyknąć, że to bullshit i w rzeczywistości na bank tak to nie wygląda, ale równocześnie moje drugie ja masuje się na takich rzeczach po sutkach, bo to nośne, rozrywkowe i dzięki takim wstawkom czyta/ogląda się to jak złe.

Widzieliście serial o sprawie O.J. Simpsona? Ławę przysięgłych? Prawnika z Lincolna? Czas zabijania? Sprawę Kramerów? Filadelfię? Ludzi honoru? Lęk pierwotny? Adwokata diabła? Te przemowy, to wygrywanie przegranych spraw i na odwrót, bronienie oskarżonych, na których jest druzgocący materiał dowodowy. To jest czysta kokaina dla widza.

I właśnie dlatego Steve Cavanagh może spać spokojnie. Jego seria o Eddiem Flynnie to samograj i raczej nie grozi mu strata czytelników. Eddie kiedyś był kanciarzem, aktualnie jest adwokatem, ale nie oznacza to, że wyzbył się starych sztuczek. Wręcz przeciwnie, naginanie zasad i szukanie luk w systemie ma wpisane w DNA, więc system prawny traktuje jak plastelinę. Są tutaj rzeczy, które tygrysy lubią najbardziej, czyli Eddie w każdym tomie podejmuje się sprawy, która na pierwszy rzut oka wydaje się z góry przegrana, ale nie uprzedzajmy faktów. Eddie nie jest typem adwokata, który bazuje wyłącznie na aktach. Nope, niczym Chyłka robi najpierw terenowy research, odpala prywatne dochodzenie, które, guess what, okazuje się skuteczniejsze niż to policyjne, a jak do czegoś nie ma dostępu, zawsze znajdzie się jakiś zaprzyjaźniony haker i pomoże. A później idzie do sądu i tutaj dzieje się to całe prawnicze show, przy którym magia Copperfielda to pikuś.

W Polsce dostaliśmy serię z Eddiem z opóźnieniem, ale Wydawnictwo Albatros ekspresowo nadrabia stracony czas i co kilka miesięcy wydaje kolejny tom. Aktualnie jesteśmy na etapie siódmego -> „Wspólniczki”, i nie jest to tylko moja opinia, bo średnia ocen powyżej 8 na Lubimy Czytać to potwierdza –> najlepszego.

Dlaczego ten jest najlepszy, zapytacie? Jak wspomniałem, wszystkie są nośne, bo bazują na lubianych, bardzo angażujących mykach, ale w 7. tomie dostajemy zdecydowanie najlepszą intrygę. Taką, która potrafi zakręcić nawet osobami, które przeczytały już tysiąc kryminałów i wydaje im się, że widziały każdy twist i każde zakończenie. No to w 7. tomie tacy ostrzy gracze będą kilka razy mieli: „Haaa, już wiem, jak to się skończy! Nie ze mną te numery, panie Cavanagh”, a kilka stron później: „Kurde, a może jednak nie tak”. Tam cały czas w powietrzu unosi się wątpliwość: „Ale czy aby na pewno?”. Przyznaję, że sam byłem gotów założyć się o 5 zeta, że już połapałem się w sytuacji i wiem, jak to się skończy. I co? I byłbym teraz lżejszy o 5 zeta, ale zabawa była przednia.

Seria z Eddiem to sporo efekciarstwa i rozrywka z gatunku Cobena, czyli nie drążymy zbyt głęboko, ale jestem skłonny rzucić opinią, że aktualnie nikt w tym nurcie nie robi tego lepiej.

Przełożył: Andrzej Szulc

Wersje audiobookowe w bardzo pro wydaniu #słuchable