„Mój następny oddech” Jeremy Renner

- Tytuł:Mój Następny Oddech
- Autorzy:
- Wydawca:
- Gatunek:
„Facet, którego zmiażdżyło własne bohaterstwo”
1 stycznia 2023. Internet jeszcze odsypia po sylwestrowych balach i „fajerwerkach” w postaci koncertów Maryli i Zenka, a tu nagle wpadają szokujące nagłówki -> “Gwiazda Avengers, aktor Jeremy Renner w stanie krytycznym trafił do szpitala po wypadku. Kolejne godziny będą decydujące.”
Że co? Co to za clickbait? Przecież znanym i bogatym nie zdarzają się takie historie. Zwykłemu Kowalskiemu owszem, ale nie hollywoodzkim gwiazdom, heloł. I faktycznie pamiętam, jak przez mgłę, że jak działo się to na żywo, brałem te artykuły za próbę kręcenia sensacji na znanym nazwisku i ani przez moment nie przyjmowałem wersji, że tam jest jakieś zagrożenie życia, wszak “bogolom krzywda się nie dzieje”.
Dopiero teraz, za sprawą książki Jeremy’ego -> „Mój następny oddech”, wróciłem do tej historii i wychodzi na to, że chłop naprawdę był na granicy. Wróć, technicznie rzecz biorąc, przeżył śmierć kliniczną, czyli nie w kij dmuchał.
Ale w sumie po co ta książka? Przecież dzisiaj już wiemy, że z tego wyszedł, nakręcił trzeci sezon “Burmistrza Kingstown”, a niedługo zobaczymy go w nowej odsłonie “Na noże”, czyli na moje oko wszystko gra i buczy. Czyżby skok na kasę?
I tak i nie. Nie oszukujmy się, Jeremy i ludzie z jego otoczenia nie są głupi, a tylko głupi by nie skorzystał, mając do opowiedzenia historię rodem z serialu HBO. Jakby nie patrzeć, jest tu aspekt komercyjny, ale absolutnie nie wrzucałbym tej książki do worka z typową twórczością celebrycką, gdzie na ten przykład gwiazda popularnej telenoweli zdradza patenty na odzyskanie płaskiego brzucha w tydzień po powiciu siedmioraczków, a znana żona znanego męża dzieli się lifehackami na perfekcyjne sprzątanie chaty, chociaż wiemy, że w realu ma od tego ludzi.
Renner ma prawdziwą historię do opowiedzenia, a sporo osób chciałoby jej wysłuchać (i tak ciągle go o to pytają w wywiadach), więc prawa strona zgadza się z lewą. Facet, który w teorii miał wszystkie karty, żeby wygrać w grze zwanej życiem, w Nowy Rok wyszedł na podwórko, żeby odśnieżyć podjazd i zabrać rodzinę na stok narciarski… zostaje zmiażdżony przez własny, 6-tonowowy ratrak. Czyn niby bohaterski, wszak ratował siostrzeńca… ale przez głupie niedopatrzenie sam sprowokował to zagrożenie. Jeden moment zmienia wszystko.
Jak się czyta chronologiczny opis tego wypadku, brzmi to absurdalnie niczym scenariusz z nowej części „Oszukać przeznaczenie” i ma się takie „Stary, WTF, przecież nie jest możliwe, żeby aż tyyyyle czynników równocześnie poszło nie tak”, tymczasem tu nie ma z czego się śmiać, bo skończyło się ponad trzydziestoma złamaniami, zmiażdżoną klatą, dziurawym płucem i okiem, które wypadło z oczodołu… ale nadal działało.
A skoro już jesteśmy przy oku, to na moje (oko) ta książka pełni trzy funkcje. Po pierwsze rekonstruuje wydarzenia z dnia wypadku minuta po minucie, z dodatkiem narracyjnym z gatunku „co czułem, jak leżałem na lodzie i nie mogłem oddychać”. Po drugie działa jak autoterapia, pozwalając Rennerowi zamknąć traumę w słowach, podziękować, przeprosić (bo to zmieniło plany nie tylko jego, ale też wielu osób) i zamknąć pewien etap. Po trzecie serwuje delikatny kołczing okraszony afirmacją życia. Gdzieś między opisami pękających żeber a wspomnieniem uśmiechu córki, który dawał siłę i motywację do rekonwalescencji, pojawia się rozkminka z kategorii „lepiej mieć czy być?”
To nie jest książka, którą da się wrzucić na typową skalę ocen, wszak nie będziemy jej porównać z jakimś nowym kryminałem, ani twórczością Stephena Kinga. To jest historia — spisana, wydrukowana i zilustrowana zdjęciami — działająca na tym samym poziomie, co dokumenty na Netfliksie. Wyobraź sobie, że Jeremy Renner, jak na dokument przystało, siedzi w fotelu, patrzy prosto w kamerę i mówi: „I wtedy usłyszałem ten dźwięk. Myślałem, że to śnieg skrzypi pod butami, tymczasem to ratrak łamał moje kości”, po czym cyk, wjeżdża ujęcie ratraka sunącego po zboczu w slołmołszyn. Montażysta dodaje ambientowy dźwięk trzaskającego lodu i serce ci zamarza. Wydanie papierowe daje ci mniej więcej to samo, tylko bez pilota w dłoni, ale z większym ładunkiem szczerości, samokrytyki i autoironii.