„Prąd wsteczny” Dariusz Gizak

Ocena Pigouta:

Jeśli wydawnictwo Media Rodzina kojarzy wam się wyłącznie z Harrym Potterem i Kici Kocią, to chyba już czas zrewidować takie myślenie. W ostatnim czasie mocno wchodzą w segment polskiego kryminału. Najpierw dostaliśmy „Woltę” Dariusza Gizaka, później „polskiego Jacka Reachera” od autora ukrywającego się pod pseudonimem Michał Ritter (Remek wiemy, że to Ty), a teraz… Gizak wrócił z drugim tomem serii z detektywem Jackiem Kowalikiem. I myk polega na tym, że obaj wymienieni autorzy dysponują wiedzą i doświadczeniem, które ma sprawić, że ich fabuły będą bardziej wiarygodne i bliższe realiom, ale nadal atrakcyjne.

Zacznijmy od tego, kim w ogóle jest Dariusz Gizak?

To były policjant, po służbie zajmował się ochroną, m.in. na Dworcu Centralnym, był też dyrektorem w firmie windykacyjnej, a także konsultantem przy filmie „Dług”. Krótko mówiąc -> swoje przeżył i widział więcej niż staruszki monitorujące osiedla z okien. Pewności mieć nie mogę, ale zakładam, że kiedy pisze o czynnościach na miejscu zbrodni i procedurach policyjnych, pisze z własnego doświadczenia.

A teraz dlaczego uważam, że seria z Jackiem Kowalikiem zostanie z nami na dłużej i zyska grono wiernych czytelników?

Po pierwsze, bo z kryminałami jest jak z piosenkami o złamanych serduszkach -> chłonność rynku na takie rzeczy jest nieskończona. Zawsze znajdzie się ktoś nieszczęśliwie zakochany oraz amator dobrego śledztwa.

Po drugie, jeśli autor potrafi stworzyć bohatera, który interesuje, obchodzi i łapie sympatię, to jest już w domu. A Jacek Kowalik właśnie taki jest. Z jednej strony uparty, zdystansowany, szorstki jak papier ścierny i twardy niczym asfalt po pierwszych przymrozkach. Z drugiej, jak się zaangażuje w pomoc, to na pełnej petardzie i nie zawaha się zaryzykować własnego życia dla sprawy. Udaje oziębłego, ale w środku jest mięciutki i pluszowy #klasyk. Do tego know-how. Jest profesjonalny, zawsze dwa kroki przed innymi, zna procedury, technikalia i te wszystkie smaczki, które potrafią uatrakcyjnić śledztwo. Dodaj do tego dedukcję level Sherlock Holmes, szybką ripostę Doktora House’a i here we are.

Kolejny mocny punkt to fakt, że Kowalik jest prywatnym detektywem, który wcześniej służył w policji. Pozwala mu to działać na granicy prawa, ale jednocześnie zna system od środka i nadal ma znajomych na komendzie, którzy nieoficjalnie coś dla niego sprawdzą oraz podzielą się cynkiem. I najważniejsze -> daje to autorowi świetną wymówkę, żeby w każdym tomie przerzucać bohatera w inne miejsce, wszak lokacja to kwestia aktualnego zlecenia.

W „Prądzie wstecznym” Kowalik podejmuje się zadania, aby przyjrzeć się sprawie tajemniczego utonięcia młodej dziewczyny. Jej rodzice dostają anonim, z którego wynika, że to nie był wypadek, jak głosi oficjalna wersja, a zbrodnia z premedytacją. Żeby w ogóle mieć szansę to zweryfikować, Kowalik musi udać się do Krynicy Morskiej, pod przykrywką przeniknąć do lokalnej społeczności, zyskać zaufanie tubylców i w międzyczasie ustalić, co tam się wydarzyło i kto ciągnie za sznurki.

Jest tu wszystko to, co tygrysy lubią najbardziej w historiach o detektywach -> zagadka, akcja, bitka, dedukcja, zaczepne dialogi i lokowanie boobsów. Na taki jesienny wieczór wejdzie na strzał.

Ale nie zapominajmy, że po tym świecie chodzą również ludzie, którzy preferują audiobooki i nie dobierają ich po opisie wydawcy. Nope, ich kluczem wyboru jest -> Filip Kosior na lektorce. Guess waht? „Prądy wsteczne” czyta Filip, więc koniec końców wszystkie drogi prowadzą do Dariusza Gizaka.