„Czarnobogi” Michał Zgajewski

Jeśli czegoś nauczyła mnie polska literatura, to zasady, że jeśli urodziłeś się w małym miasteczku i jakimś cudem udało ci się z niego wyrwać do większego miasta, to nie wracaj. Nieważne, czy chodzi o pierwszą komunię chrześniaka, wizytę świąteczną, czy chciałeś tylko sprawdzić, czy może przez te lata nieobecności, wybudowali w końcu Maczka. Nie wracaj, bo to zawsze źle się kończy. No chyba, że lubisz rozdrapywać rodzinne traumy, wywlekać trupy z szafy, odświeżać stare, toksyczne znajomości i przy okazji nadziać się na lokalne gusła.

Niestety tej rady nie posłuchała Zyta Kafka, bohaterka „Czarnobogów”, czyli nowej książki Michał Zgajewski – pisarz. Okej, uznajmy, że miała ważny powód, bo wraca w rodzinne strony na pogrzeb matki, ale w pakiecie powitalnym dostaje newsa, że niedawno z łez padołem pożegnał się też jej ex chłopak, którego ciało później ktoś odkopał i … odciął mu głowę. Ostre gunao pomyślicie, tymczasem lokalesi wzruszają na to ramionami, bo w ich stronach wierzą, że nieboszczyki lubią wstać z grobu i ruszyć na miasto, jak w „The Walking Dead”, więc lepiej dmuchać na zimne i zawczasu takich rozczłonkować. Ot dzień jak co dzień w Beskidzie Żywieckim.

Zyta jeszcze nie zdążyła przetworzyć tej historii w głowie, a tu kolejny podbródkowy leci –> boom… a nie, jednak nie mogę wam wszystkiego zdradzić, bo po co mielibyście czytać? Powiem tylko, że wszystkie wydarzenia w jakiś sposób łączą się z jej traumatyczną przeszłością. W jaki? Tego właśnie Zyta próbuje się dowiedzieć, zadając tubylcom niewygodne pytania, co oczywiście nie wszystkim się podoba, więc, jak to się potocznie mówi –> na własne życzenie pcha się w gips. Ale ale. Nieoczekiwanie w swoim gonieniu za prawdą, zyskuje sojusznika w osobie ex gliarza, który dostał wilczy bilet w policji i teraz dorabia, jako ochroniarz w markecie. Razem tworzą mieszankę, przy której mieszanka wedlowska to popierdółka.

„Czarnobogi” to kryminał prowadzony w niespiesznym tempie, który poniekąd chce nam przybliżyć określony region kraju wraz z jego mitami, zabobonami i lokalanym folklorem. Osobiście mam odczucie, że jest aktualnie jest większy trend na tego typu kryminały, wszak niedawno podobnie było u Michała Śmielaka w „Reglu”. Nie jest to dla mnie problem, bo zawsze fajnie poznać w ten sposób nieznany kawałek Polski.

Wracając do tematu, historia balansuje między wiarą a logiką, czyli wszystkie wydarzenia, które mają miejsce perfekcyjnie pasują do lokalnej legendy, ale równie dobrze ktoś może wszystkim sprytnie kierować, żeby tak to właśnie wyglądało. I na tym polega myk –> chcemy wiedzieć, jak to się wyjaśni, czy autor pójdzie w racjonalność, czy w szeptuchowe klimaty. Czyli odwieczne pytanie, które towarzyszyło nam przy każdym odcinku „Z archiwum X”.

Jest mroczenie, duszno i klaustrofobicznie, więc na moje oko wszystko działa, tak jak powinno, ale to co lubię w tego typu książkach najbardziej, to posłowie, które jest kropeczką nad i. Zawsze po skończeniu takiej lektury, w głowie kotłuje mi się pytanie – skąd pomysł i ile z tych legend funkcjonuje naprawdę, a ile autor dopisał dla uatrakcyjnienia fabuły? I cyk, w posłowiu Michał Zgajewski zachowuje się, jakby czytał mi w myślach i opowiada, w jakich okolicznościach ta historia zaczęła kiełkować, jak długo dojrzewała oraz co jest prawdziwą bazą. Baa nawet odsyła do konkretnych źródeł, z których korzystał. Fajnie, lubię taką przejrzystość.

I jak cuś jest też wersja audio na Audiotece.