Żarcie & Napitki

PigOut vs KrowaRzywa

18/11/2016

Dobra przy­znam się, bo i tak się wyda. W ponie­dział­ki cho­dzę na kor­ki z angiel­skie­go (poziom ele­men­ta­ry of cour­se) i pro­blem jest taki, że mię­dzy robo­tą a zaję­cia­mi mam ponad dwu­go­dzin­ne okien­ko. Na począt­ku pró­bo­wa­łem ten czas jakoś sen­sow­nie wypeł­nić, raz posze­dłem nawet na sił­kę, ale nie podo­ba­ło mi się. Puści­łem dużo soków i zmę­czy­łem jak przy lek­tu­rze “Nad Nie­mnem”, ale naj­więk­szą trau­mą i tak oka­za­ła się szat­nia. Grzecz­nie paku­ję ciu­chy do tor­by i w tym momen­cie obok sta­je koleś, full walet, jed­ną nogę opie­ra o ławecz­kę, tak że kro­cze ma na wyso­ko­ści mojej gło­wy (say hel­lo to my lit­tle friend) i jak gdy­by nigdy nic zaczy­na sza­mać kur­cza­ka z ryżem. Nie­zręcz­ność poziom milion. Stwier­dzi­łem, że to nie dla mnie i od tam­te­go incy­den­tu mar­nu­ję już tyl­ko czas na szla­ja­nie się po empi­kach i nur­ko­wa­nie w koszach z tanim DVD #mniej­sze­zło. Jed­nak ostat­nio wpadł mi do gło­wy sza­tań­ski pomysł: „A gdy­by tak wbić do Kro­wa­Rzy­wa i prze­te­sto­wać ich wege bur­ge­ry?”. Co praw­da klau­zu­la sumie­nia mi nie pozwa­la, ale z dru­giej stro­ny mają lokal tuż pod moją szko­łą, no i w sumie już kil­ka razy ich hej­to­wa­łem, więc może wypa­da­ło­by spraw­dzić, czy słusz­nie? Jak pomy­śla­łem, tak zro­bi­łem. No pra­wie. W rze­czy­wi­sto­ści mia­łem już naci­skać klam­kę, ale w ostat­niej chwi­li wypa­ro­wa­ła ze mnie cała pew­ność sie­bie – „To się nie uda”, pomy­śla­łem, „A co, jeśli pod­czas spa­ce­ru do kasy pęk­ną mi rur­ki w kro­ku? Zorien­tu­ją się, że przy­sze­dłem tu tyl­ko dla hehesz­ków i zaczną okła­dać iPa­da­mi. Albo gorzej, spo­tkam kogoś zna­jo­me­go i będzie przy­pał. Cho­ciaż nie, jeśli spo­tkam zna­jo­me­go to zna­czy, że sie­dzi­my w tym razem i na pew­no zawrze­my deal, że ten sekret idzie z nami do pia­chu”. „Kuź­wa, a co jeśli ten vege bur­ger mi posma­ku­je? Prze­cież z takie­go bagna nie da się już wygrze­bać. Zaczy­na się od nie­win­ne­go fala­fe­la, a chwi­lę póź­niej popy­lasz na holen­der­ce i pijesz yer­bę na Pla­cu Zba­wi­cie­la, trzy­ma­jąc dys­kret­nie chło­pa­ka za rękę pod sto­łem. Nie, nie ma opcji, nie wcho­dzę!” — mniej wię­cej takie wąt­pli­wo­ści mną tar­ga­ły. Osta­tecz­nie po trzech nie­uda­nych podej­ściach, zebra­łem w sobie wszyst­kie siły i za czwar­tym razem wbi­łem, jak Clint Eastwo­od do bur­de­lu salo­onu — na peł­nej k.… Obcią­łem wszyst­kich wzro­kiem, splu­ną­łem fleg­mą, po czym zapy­ta­łem kto jest wła­ści­cie­lem tego sra­cza?! Żart, tak serio to wsze­dłem cicha­czem, jak mini­strant na zakry­stię, pró­bu­jąc przy tym nie zwró­cić na sie­bie niczy­jej uwa­gi. W środ­ku było dziw­nie. Poczu­łem nie­zna­ną mi dotąd atmos­fe­rę otwar­to­ści, awan­gar­dy i kre­atyw­no­ści. Przez gło­we prze­le­cia­ły mi takie hasła, jak: sztu­ka, pro­jekt, gra­fi­ka, mac­bo­ok KOD, Try­bu­nał Kon­sty­tu­cyj­ny, Moni­ka Brod­ka, gen­der, ate­lie, wer­ni­saż i sojo­we lat­te. Przy­się­gam, że przez chwi­lę byłem tak ogłu­szo­ny, że mia­łem ocho­tę podejść do obcych ludzi i zapy­tać, co sądzą o naj­now­szej pły­cie Taco Hemin­gwaya i to, pomi­mo że w życiu nie sły­sza­łem żad­ne­go jego kawał­ka. Na szczę­ście w ostat­niej chwi­li wymie­rzy­łem sobie szyb­kie­go liścia i mi prze­szło. Kie­dy już się ogar­ną­łem, pod­bi­łem do lady i na szyb­ko pró­bo­wa­łem roz­k­mi­nić sys­tem zamó­wień, żeby nie było żad­nej wto­py. Po chwi­li już wszyst­ko wie­dzia­łem. Naj­pierw wybie­rasz buł­kę — razo­wą lub jasną, a za 3 peele­ny extra bez­glu­te­no­wą, następ­nie dobie­rasz wkład­kę — cie­cio­rex, jagla­nex, czy tam jakiś inny ex, do tego docho­dzą warzy­wa i na koniec dwa sosy.

Wkład­ki nic mi nie mówi­ły, więc na chy­bił tra­fił wzią­łem cie­cio­re­xa. Żal mi było na buł­kę bez­glu­te­no­wą, więc padło na jasną, ale w zamian dorzu­ci­łem vegan bekon (+ 3 pln). Do tego sos pomi­do­ro­wy + vege majo­nez #YOLO! Cena? 16,50, czy­li wię­cej niż za pysz­niut­kie­go czi­zbej­ko­na w mojej ulu­bio­nej bur­ge­row­ni, tro­chę lipa.

Nie mam pew­no­ści, jaka będzie moja reak­cja na cie­cio­rex, więc na wszel­ki wypa­dek znaj­du­ję sobie miej­sce w naj­dal­szym i naj­ciem­niej­szym kącie sali, sia­dam i cze­kam, cze­kam, cze­kam… ja prdl ile moż­na kro­ić warzy­wa? Osta­tecz­nie trwa­ło to nie­mal pół godzi­ny, ale grunt, że w ogó­le uro­dzi­li, bo zaczy­na­łem już wąt­pić..

Pierw­sze wra­że­nia — spo­ra buła z mnó­stwem sała­ty, kawał­kiem ogór­ka i jakąś podej­rza­ną imi­ta­cją kotle­ta. Bio­rę gry­za, lamen­tu­jąc w myślach “Pliz niech to będzie nie­do­bre, pliz, pliz”, a po chwi­li myśl “Fuck! Dobre!”. Dobre na tyle, na ile może sma­ko­wać kanap­ka ze świe­ży­mi warzy­wa­mi. To trze­ba przy­znać, jest świe­żo. W kolej­nym kęsie tra­fiam w koń­cu na cie­cio­re­xa. Cóż mogę powie­dzieć? Było dokład­nie tak, jak to sobie wyobra­ża­łem — kar­ton w sma­ku, pasz­tet w kon­sy­sten­cji. Cie­cio­rex zde­cy­do­wa­nie popsuł pierw­sze pozy­tyw­ne wra­że­nie. Vege beko­nu nie wyczu­wam, więc posta­na­wiam go wycią­gnąć i zjeść osob­no. Wyglą­dał jak­by został ule­pio­ny z sza­re­go papie­ru toa­le­to­we­go, takie­go z dru­gie­go tło­cze­nia i smak to potwier­dził #celu­lo­za. Zapa­chu nie stwier­dzo­no. Nie ma opcji, żeby trak­to­wać go jako uda­ny zamien­nik praw­dzi­we­go beko­nu, nope! Podej­rze­wam, że nawet Chur­chill (mój pie­seł) by go nie ruszył, a musi­cie wie­dzieć, że on je wszyst­ko. Mówiąc wszyst­ko mam na myśli pla­sti­ko­wą pod­ło­gę z klat­ki, pły­tę blu ray z Wieś­kiem 3 i odświęt­ne maj­ty Madzi z Vic­to­ria Secre­t’s (juz tyl­ko te z Atlan­ti­ca jej zosta­ły #smu­te­czek).

https://www.instagram.com/p/BGtUEgMtIfs/?hl=pl

Jeśli cho­dzi o Vege majo­nez, był on total­nie nie wyczu­wal­ny, więc uznaj­my, że coś takie­go nie ist­nie­je, a jeśli ktoś twier­dzi ina­czej, to zna­czy, że padł ofia­rą pla­ce­bo. Ogól­nie, jak już wypie­przy­łem cie­cio­re­xa, kanap­ka była nawet spo­ko. Świe­że warzy­wa, mięk­ka buła i zaska­ku­ją­cy dobry sos pomi­do­ro­wy. Na śnia­da­nie w Wiel­ki Pią­tek jak zna­lazł. 3,50 zł nawet bym za taką dał, ale 16? Bit­ches plizz! Nie ma takiej opcji. Pod­su­mo­wu­jąc — vege fre­akiem nie zosta­nę, do Kro­wy­Rzy­wej raczej już nie zaj­rzę, ale jest też pozy­tyw. Oka­za­ło się, że od cza­su do cza­su da radę zjeść posi­łek bez mię­sa i nie umrzeć. Oczy­wi­ście nie moż­na prze­sa­dzać, ale tak raz na 2 lata na luzie. Nie hej­tu­je, nie pole­cam, cytu­jąc kla­sy­ka: “rób­ta, co chce­ta”.

P.S. Zapo­mnia­łem powie­dzieć, że jestem fanem nazwy. Kro­wa­Rzy­wa — krę­ci mnie ta dwu­znacz­ność i mówię to, jako absol­went rekla­my i mar­ke­tin­gu. 

A to widziałeś?