Włóczykijing, Żarcie & Napitki

PigOut na haju

14/07/2016

Od pię­ciu dni jeste­śmy w Holan­dii. Zosta­ły jesz­cze dwa i trze­ba będzie wra­cać do domu, więc powo­li zaczy­na­my myśleć o pako­wa­niu oraz o tym, że trze­ba zuty­li­zo­wać cia­stecz­ka z haszem, któ­re kupi­li­śmy w Amster­da­mie. Do Pol­ski ich prze­cież nie weź­mie­my. Spe­cjal­nie zwle­ka­łem z ich zje­dze­niem do momen­tu prze­nie­sie­nia się do Vlis­sin­gen, bo mimo iż za bar­dzo nie wie­rzę w ich dzia­ła­nie, na wszel­ki wypa­dek wolę je skon­su­mo­wać w kon­tro­lo­wa­nych warun­kach, bez tłu­mu gapiów z kamer­ka­mi HD dooko­ła. Ostat­nie cze­go potrze­bu­ję to zostać gwiaz­dą YouTube’a na haju. Vlis­sin­gen jest do tego ide­al­ne. Mała por­to­wa miej­sco­wość nad Morzem Pół­noc­nym, w któ­rej nie ma tłu­mów, w dodat­ku mamy 2‑piętrowy apar­ta­ment tyl­ko do swo­jej dys­po­zy­cji, więc w razie co, jest gdzie się zaszyć.

Posta­no­wi­li­śmy, że dziś jest ten dzień. W koń­cu zro­bi­ła się dobra pogo­da, wyszło słoń­ce, popla­żo­wa­li­śmy tro­chę z rana, wysą­czy­li­śmy kil­ka drin­ków i ogól­nie wpro­wa­dzi­li­śmy się w dobry kli­mat na cia­stecz­ka. Na pierw­szy ogień poszedł klin tor­tu bana­no­we­go. Sprze­daw­ca ostrze­gał, że bez­piecz­na ilość to po pół na gło­wę, więc zda­jąc się na opi­nię spe­cja­li­sty, z chi­rur­gicz­ną pre­cy­zją prze­cię­li­śmy cia­cho i zgod­nie z instruk­cja­mi każ­de przy­ję­ło swo­ją „dział­kę”. Było pysz­ne, wróć, było obłęd­nie pysz­ne. Sma­ko­wa­ło jak z naj­lep­szej cukier­ni, a nie z kio­sku pro­wa­dzo­ne­go przez wydzia­ra­nych kole­si w krót­kich szor­tach, klap­kach i z dre­da­mi. Nabra­li­śmy ape­ty­tu na wię­cej. Moż­na powie­dzieć, że łakom­stwo oka­za­ło się sil­niej­sze niż strach przed przedaw­ko­wa­niem. Zigno­ro­wa­li­śmy ostrze­że­nia na opa­ko­wa­niu o moż­li­wym odczu­ciu haju dopie­ro po upły­wie godzi­ny, uzna­jąc, że to tyl­ko taka ście­ma dla tury­stów. Prze­cież cof­fee sho­py muszą brać popraw­kę na gim­bu­sów, któ­rzy dla szpa­nu zje­dzą 10 cia­stek naraz, po czym praw­do­po­dob­nie padli­by jak dłu­dzy przy ladzie, co nie? Komu potrzeb­ny taki skan­dal? „Na pew­no doda­ją do cia­stek tyl­ko jakieś śla­do­we ilo­ści THC, a resz­ta to auto­su­ge­stia i efekt pla­ce­bo” — pomy­śle­li­śmy. Uspo­ko­je­ni taką deduk­cją zje­dli­śmy jesz­cze po muf­fin­ku i prze­ko­na­ni, że total­nie nic nam nie gro­zi, ruszy­li­śmy w mia­sto w poszu­ki­wa­niu jakiejś szam­ki.

Pigout-na-haju

Vlis­sin­gen sły­nie z muli. W ogó­le jest tu mega pre­sti­żo­wa knaj­pa ser­wu­ją­ca wła­śnie mule, do któ­rej co chwi­la przy­jeż­dża­ją kucha­rze w sty­lu Makło­wi­cza i krę­cą odcin­ki swo­ich pro­gra­mów. Madzia bar­dzo chcia­ła spró­bo­wać i w sumie ja też byłem cie­ka­wy, więc się do niej uda­li­śmy. Lokal opo­ro­wo ele­ganc­ki, obru­sy, świecz­ni­ki, kel­ne­rzy z ręcz­nicz­kiem prze­wie­szo­nym przez rękę, tego typu tema­ty. Sia­da­my w ogród­ku na zewnątrz, zama­wia­my mule i win­ner schnit­zel, słoń­ce świe­ci, ptasz­ki ćwier­ka­ją, morze falu­je, ogól­nie jest super przy­jem­nie. Do cza­su. Kel­ner przy­no­si Heine­ke­ny, a ja w tym momen­cie czu­ję, że drę­twie­ją mi dwa pal­ce u ręki, bez­wład­nie opa­da war­ga i nie domy­ka jed­no oko. Oho, już wiem, co jest gra­ne — napra­łem się! Mówię Madzi, że chy­ba muf­fi­ny jed­nak dzia­ła­ją i może lepiej będzie wró­cić do domu, albo przy­naj­mniej odda­lić się od miej­sca publicz­ne­go. Madzia na to, że bitch plizz!, że coś sobie ubz­du­ra­łem, bo jej nic nie jest, a zja­dła tyle samo i w dodat­ku jest mniej­sza. Stwier­dzi­łem, że chy­ba fak­tycz­nie wkrę­cam sobie film i tak napraw­dę nic się nie dzie­je, nie ma co pani­ko­wać. Posta­na­wia­my zostać. No i sie­dzi­my, a ja czu­ję, że mój stan się jesz­cze pogłę­bia, ale przed Madzią poker face i uda­ję, że jest ok. Jestem mega świa­do­my, ale cia­ło nie chce współ­pra­co­wać. Co chwi­lę drę­twie­je mi ręka albo noga. Pół twa­rzy spa­ra­li­żo­wa­ne, więc gadać też nie za bar­dzo mogę, w dodat­ku sie­dzi­my przy sto­li­kach opar­tych na jed­nej nodze, któ­re nie do koń­ca są sta­bil­ne, więc zaczy­nam wpa­dać w para­no­ję, że kie­dy będę pró­bo­wał kro­ić sznyc­la, na bank stra­cę rów­no­wa­gę i pole­cę ze wszyst­kim na gle­bę. Ogar­nia mnie pani­ka, pot zale­wa ple­cy, w gło­wie prze­pro­wa­dzam róż­ne ana­li­zy i osta­tecz­nie posta­na­wiam, że naj­bez­piecz­niej będzie wsza­mać sznyc­la bez kro­je­nia. I to jest plan! Nie­ste­ty duma z wła­snej prze­bie­gło­ści nie prze­kła­da się na uczu­cie ulgi, bo już po chwi­li dopa­da mnie kolej­ny lęk. Tym razem myślę sobie, że to nie jest dobry moment na debiut z mula­mi. Nie wiem jak je otwo­rzyć ani jeść, no i chwi­lo­wo koor­dy­na­cja pozo­sta­wia wie­le do życze­nia, a ostat­nią rze­czą, jakiej teraz chcę, to wzbu­dze­nie sen­sa­cji. Roz­pa­tru­ję wszyst­kie czar­ne sce­na­riu­sze, któ­re mogą się wyda­rzyć pod­czas jedze­nia i nagle zda­ję sobie spra­wę, że minę­ło już dobrych kil­ka minut, kie­dy pochło­nię­ty roz­k­min­ka­mi, nie dawa­łem żad­nych zna­ków życia. Ogar­niam się, patrzę co u Madzi i widzę, że u niej też już się zaczę­ło. Oczy jak 5 zło­tych, nie­do­wład nogi, tro­chę uśmiech tro­chę pani­ka, przy sto­li­ku jest tyl­ko cia­łem, a men­tal­nie prze­ży­wa fazę gdzieś dale­ko stąd. W tym momen­cie kosz­mar stał się fak­tem. Dwój­ka zda­wa­ło­by się odpo­wie­dzial­nych osób, sie­dzi napra­na w naj­bar­dziej ele­ganc­kim loka­lu we Vlis­sin­gen, cze­ka­jąc na gar­nek muli i żodyn nie wie, jak to się poto­czy dalej. Kur­ty­na.

Wyzerka-na-haju

.….….….….….….….….….….….….….….….….….….….….….….….….….….….….….….….….….….….….….….….….….….….….….….….….

A to widziałeś?