Żarcie & Napitki

Nie mylmy kanapeczek z burgerami

16/09/2017

Chy­ba dla niko­go nie jest tajem­ni­cą, że uwiel­biam bur­ge­ry. Zwłasz­cza trzy­pię­tro­we skur­wie­le, bez­kom­pro­mi­so­wo pod­ra­so­wa­ne serem i beko­nem (świę­ta trój­ca). Nie­ste­ty przez 34 życia dobre­go bur­ge­ra widy­wa­łem tyl­ko w ame­ry­kań­skich fil­mach i seria­lach. W zasa­dzie “Bever­ly Hills 90210” oglą­da­łem wyłącz­nie dla scen, w któ­rych Bren­don, Bren­da, Dylan, Kel­ly (heart) i spół­ka, spo­ty­ka­li się w “Peach Pit” i sza­ma­li te nie­przy­zwo­icie ape­tycz­ne burg­sy, popi­ja­jąc wyuz­da­ny­mi szej­ka­mi w fiku­śnych szklan­kach. Jezu jak ja im zazdro­ści­łem. A co my wte­dy mie­li­śmy? Obszcza­ne bary dwor­co­we,  ser­wu­ją­ce kotle­ta trze­ciej kate­go­rii z psa (sor­ry Church), zmie­lo­ne­go razem z budą, poda­ne­go w buł­ce czer­stwej jak pol­skie kaba­re­ty, odgrza­ne­go w mikro­fa­li i zala­ne­go mie­szan­ką tanie­go, prak­tycz­nie prze­zro­czy­ste­go ket­chu­pu i majo­ne­zu no. I co? I jadło się, bo nic inne­go nie było. Dopie­ro jakiś czas póź­niej dotar­ły do Pol­ski McDo­nal­dy, któ­re były jak powiew Ame­ry­ki. Miesz­ka­łem na pro­win­cji, więc każ­da wyciecz­ka do duże­go mia­sta obo­wiąz­ko­wo musia­ła zostać uwień­czo­na wizy­tą w macz­ku. Fascy­na­cja trwa­ła jakiś czas, ale zno­wu te ame­ry­kań­skie fil­my zaczę­ły siać zamęt w gło­wie, bo jak dobrze się przyj­rzeć, to oka­zy­wa­ło się, że akto­rzy wca­le nie jada­li w sie­ciów­kach,  tyl­ko w sty­lo­wych din­ner barach i te bur­ge­ry wyglą­da­ły ina­czej… god­niej… wła­śnie takich chcia­łem. Nie­ste­ty przy­szło mi cze­kać na nie jesz­cze kil­ka lat. Naj­pierw musie­li­śmy odbęb­nić boom na kuch­nie wiet­nam­ską, póź­niej keb­sy, następ­nie sushi, aż w koń­cu zaczę­ła się era bur­ge­rów. Na począ­tek wystar­to­wa­ły food­truc­ki, a ja wraz z nimi. Łazi­łem na wszyst­kie zlo­ty i odwie­dza­łem więk­szość bud roz­sia­nych po mie­ście, ale oka­za­ło się, że to nie jest zno­wu taki cud. Mię­cho niby dobre, śred­nio wysma­żo­ne, więc bez porów­na­nia lep­sze niż prze­cią­gnię­te pode­szwy w sie­ciów­kach, ale cze­ka­ło się na nie opo­ro­wo dłu­go, pła­ci­ło jak za dwu­da­nio­wy obiad w knaj­pie z obsłu­gą kel­ner­ską, a jadło opar­tym o śmiet­nik. Bez sen­su. Na szczę­ście rów­no­le­gle zaczę­ły wyra­stać bur­ge­row­nie z miej­sca­mi sie­dzą­cy­mi. Wyglą­da­ły jak te zna­ne z fil­mów — hoke­ry do sie­dze­nia, ame­ry­kań­skie bla­chy i kul­to­we pla­ka­ty na ścia­nach, etc. Kolej­ny raz wiel­ka radość zago­ści­ła w moim ser­cu… któ­ra kolej­ny raz bar­dzo szyb­ko prze­ro­dzi­ła się w roz­cza­ro­wa­nie. Oka­za­ło się, że więk­szość z tych knajp była fej­ka­mi, stwo­rzo­ny­mi pod wpły­wem aktu­al­nej mody, ale total­nie bez feeling w tema­cie “czym jest dobry bur­ger?”. Celo­wa­li w hip­ste­rów, więc bekon został wypar­ty przez ruko­lę, kla­sycz­na cola, przez naj­haj­po­wa­ną Fritz colę, John­na Lemo­na i Yer­bę, piwo pole­gło w star­ciu z Pro­sec­co, a rachun­ki przy­po­mi­na­ły te z Ate­lier Ama­ro. O sie­dze­niu na pale­tach już nawet nie wspo­mi­nam. Nie, nie i jesz­cze raz nie. Nie tędy dro­ga. Bur­ger to musi być bur­ger, a nie jakaś kana­pecz­ka. Dla kana­pecz­ki to nawet nie chce mi się wycho­dzić z domu, bo tyl­ko mnie podraż­ni, a póź­niej ktoś może mieć pesz­ka i obe­rwać moją agre­sją prze­nie­sio­ną.

 

Porząd­ny bur­ger musi budzić sza­cu­nek. Być soczy­sty, pysz­ny i tak wiel­ki, że trze­ba go naj­pierw spra­so­wać pią­chą, żeby w ogó­le zmie­ścił się do pysia, a po zje­dze­niu obo­wiąz­ko­wo musi włą­czać się kim­ka pokar­mo­wa. Porząd­ne­go bur­ge­ra poznasz po tym, że mat­ki cho­wa­ją swo­je dzie­ci, kie­dy poda­jesz jego skład, a ksiądz na spo­wie­dzi mówi “Sor­ka, ale tu nic już się nie da zro­bić, roz­grze­sze­nia nie będzie”. Dobra bur­ge­row­nia to taka, w któ­rej każ­de­go bur­ge­ra moż­na powięk­szyć o dowol­ną ilość pię­ter, nikt cię nie oce­nia, kie­dy popro­sisz o dodat­ko­wy ser i bekon, fryt­ki ocie­ka­ją łojem woło­wym, a grill master wra­ca na cha­tę z popa­rze­nia­mi trze­cie­go stop­nia i zakwa­szo­ny, jak­by przez kil­ka godzin tre­no­wał cross­fit. I ja taką bur­ge­row­nię zna­la­złem. Nazy­wa się Serial Gril­lers, mie­ści się w War­sza­wie przy al. Soli­dar­no­ści i gril­lu­je naj­le­piej. Zako­cha­łem się w ich pół­ki­lo­wych Grand Maste­rach od pierw­sze­go gry­za, ale nadal byłem nie­wier­ny i cho­dzi­łem do innych knajp, żeby mieć punkt odnie­sie­nia. Pod­czas tych wypraw wyse­lek­cjo­no­wa­łem pięć barów, któ­re napraw­dę potra­fią w bur­ge­ry, ale jak dla mnie, nadal są dwie dłu­go­ści za Serial Gril­lers. Jest to dość subiek­tyw­ny ran­king, ale wystar­czy­ło, że zada­łem sobie jed­no pyta­nie — “Co chciał­bym zjeść, gdy­bym był wła­śnie na die­cie i wypadł mi che­at day? Grand Maste­ra, wia­dom­ka”. Prze­sta­łem szu­kać.

serialserial-2przechuj1

I teraz jest taki zwrot akcji, że Serial Gril­lers wie, że ich kocham — noto­rycz­nie ozna­czam ich na insta, a w lutym wysy­łam walen­tyn­ki, więc doda­li dwa do dwóch. Na szczę­ście jest to miłość odwza­jem­nio­na, w związ­ku z czym weszli­śmy w koope­ra­cję. Otóż eki­pa Serial Gril­lers świę­tu­je wła­śnie trze­cie uro­dzi­ny i z tej oka­zji posta­no­wi­li zapro­sić mnie i trój­kę czy­tel­ni­ków na małą bur­ge­ro­wą orgię.

 

Zasa­dy są takie, że trze­ba zesta­wić ide­al­ne­go bur­ge­ra, wyko­rzy­stu­jąc do tego skład­ni­ki z poniż­szej gra­fi­ki. Zwy­cię­ska buła zosta­nie nazwa­na PigO­ut i wej­dzie do menu Serial Gril­lers jako bur­ger mie­sią­ca (jaram się). Gra­my do czwart­ku 21 wrze­śnia 2017 do pół­no­cy. W pią­tek (22.09.2017) ogła­szam zwy­cięz­ców, któ­rych w sobo­tę (23.09.2017) w godzi­nach popo­łu­dnio­wych zabie­ram na wyżer­kę. Obró­ci­my PigO­uta, Grand Maste­ra lub to i to, lub coś inne­go z kar­ty (będzie dobrze). Swo­je typy moż­na zosta­wiać pod tym wpi­sem, lub pod zajaw­ką na fejs­bucz­ku. W jury jestem ja oraz Maks, wła­ści­ciel Serial Gril­lers. Nie zosta­wiaj­cie mnie z tym same­go. Potra­fię zjeść, ale 4 prze­chuj­bur­ge­rów sam nie ogar­nę 😉

konkurs

A to widziałeś?