Żarcie & Napitki

Jeśli nie burger to co? Test kanapek z Pogromców Meatów

03/02/2019

Wiadomo, że najlepsze na świecie są potrójne burgery. Proste.

Jed­nak nie samy­mi burg­sa­mi czło­wiek żyje, dla­te­go też posta­no­wi­łem zro­bić mały skok w bok i wybra­łem się na mia­sto w celu prze­te­sto­wa­nia kana­pek z tro­chę inną wstaw­ką, ale nadal pozo­sta­ją­cych na orbi­cie stre­et foodu. Jest to dru­gi wpis z cyklu “Jeśli nie bur­ger, to co?” (pierw­szy tu -> KLIK) i dziś na warsz­tat bio­rę lokal Pogrom­cy Meatów

A  cóż to takiego?

Zało­ży­cie­la­mi Pogrom­ców Meatów jest dwóch typów, pomię­dzy któ­ry­mi praw­do­po­dob­nie zaiskrzy­ło już od pierw­sze­go uści­sku ręki, a to dla­te­go, że jeden nazy­wa się Andrzej Andrzej­czak, a dru­gi Tomasz Toma­szek. Coś jak lewy i pra­wy Twix. Kie­dy już pohe­hesz­ko­wa­li ze swo­ich imion i nazwisk, zapew­ne odkry­li, że obaj lubią wrzu­cić na ruszt kon­kret­ny kawał mię­cha, po czym stwier­dzi­li: “Ej, a może byśmy zro­bi­li z tego biz­nes?”.

Tym spo­so­bem powstał duet, któ­ry ukrył się pod nazwą Pogrom­cy Meatów (sza­nu­ję tę grę słów). Na począt­ku gril­lo­wa­li pod chmur­ką na tar­gach śnia­da­nio­wych, ale ich kana­pecz­ki cie­szy­ły się takim bra­niem, że w poło­wie 2015 roku doro­bi­li się wła­sne­go loka­lu na ul. Koszy­ko­wej (War­sza­wa). To był strzał w dzie­siąt­kę. Hip­ste­rzy wali­li drzwia­mi i okna­mi, a po wyj­ściu roz­po­wia­da­li na mie­ście, że bur­ge­ry to już prze­szłość i teraz liczą się tyl­ko buły od Pogrom­ców. Suk­ces był tak spek­ta­ku­lar­ny, że zało­ży­cie­le szyb­ko sta­li się kuli­nar­ny­mi cele­bry­ta­mi i otwo­rzy­li jesz­cze dwa loka­le, wtem chy­ba coś mię­dzy nimi pękło, bo zde­cy­do­wa­li się wziąć biz­ne­so­wy roz­wód. Pogrom­cy pozo­sta­li pod batu­tą Tomasz­ka, a Andrzej­czak zaczął kucha­rzyć w bur­ge­row­ni Black w CH Arka­dia + roz­wi­jał autor­ską mar­kę Meato­lo­gia.

Wprowadźmy ozór na salony, czyli koncept

Ideą Pogrom­ców Meatów było wyko­rzy­sta­nie kawał­ków woło­wi­ny, któ­re prze­cięt­ny Kowal­ski uwa­ża za mniej szla­chet­ne, czy­li ozór i polik, dorzu­ce­nie do nich nie­ty­po­wych dodat­ków (np. mary­no­wa­na kala­re­pa), pod­la­nie krę­co­ny­mi na miej­scu fan­cy sosa­mi (np. majo­nez chi­po­tle), i zapa­ko­wa­nie we wła­sno­ręcz­nie wypie­ka­ne buł­ki. Brzmi jak prze­rost for­my nad tre­ścią, ale War­sza­wa poko­cha­ła te sma­ki.

Obec­nie poli­ka w menu już nie ma, za to ozór nadal moc­no się trzy­ma i zbie­ra cał­kiem pochleb­ne recen­zje. Poza tym w kar­cie uświad­czy­my kanap­ki z pastra­mi, kacz­ką (w wyda­niu kla­sycz­nym oraz kore­ań­skim), żebrem (wer­sja kla­sycz­na lub BBQ) i do tego dwa warian­ty bur­ge­ra (z nacho­sa­mi lub z serem gor­gon­zo­la). W sumie jest jesz­cze kanap­ka w wer­sji vege, ale osta­tecz­nie #nikt nie daje fuc­ka na vege, więc nawet nie zada­łem sobie tru­du, żeby doczy­tać skład.

Pora coś przetrącić!

Na testy zabra­łem ze sobą Redzie­go, czy­li młod­sze­go bra­cho­la, któ­ry pacie­rza, kie­lon­ka i dobrej stra­wy nigdy nie odma­wia. A jak jest za dar­mo (tzn. na mój koszt), to już w ogó­le nie zada­je pytań, tyl­ko zapo­da­je: “Szko­da strzę­pić ryja, jedzie­my”.

Plan był pro­sty — testu­je­my całe menu. Nie­ste­ty po pią­tej kana­pecz­ce spu­chli­śmy. Każ­da waży­ła oko­ło pół kilo, więc i tak byli­śmy dziel­ni, bo wyszło ponad kilo­gram na gło­wę. Ogar­nę­li­śmy pastra­mi, bur­ge­ra gor­go­zno­lę, kacz­kę kore­an, żebro BBQ i osła­wio­ny ozór.

Jed­no­gło­śnie uzna­li­śmy, że naj­więk­szym wymia­ta­czem było pastra­mi. OMG mię­cho roz­wa­li­ło nasze kub­ki sma­ko­we na milion kawał­ków. Duże, soczy­ste i dobrze dopra­wio­ne pla­stry most­ka woło­we­go z dodat­kiem kiszo­nej kapu­sty, pikant­nych ogór­ków, sosu rosyj­skie­go i sera ched­dar. Po pro­stu baj­ka. Pastra­mi Pogrom­ców od kla­sycz­ne­go Reu­be­na róż­ni się obec­no­ścią ogór­ków i uży­ciem buł­ki mlecz­nej zamiast chle­ba żyt­nie­go, ale taka wer­sja jak naj­bar­dziej daje radę. Prop­su­ję.

Nie mie­li­śmy za to zgod­no­ści co do miej­sca dru­gie­go. Ja sta­wiam na bur­ge­ra, któ­ry może i pod wzglę­dem mię­sa nie wyróż­niał się na tle kon­ku­ren­cji, ale bar­dzo dużo zyskał dzię­ki gor­gon­zo­li i nie­sa­mo­wi­cie mię­ciut­kiej, wypie­ka­nej na miej­scu buł­ki mlecz­nej. Buł­ka to jest coś, na czym wykła­da się wie­le loka­li. Moż­na mieć dobre skład­ni­ki, super gril­lo­wać, ale wszyst­ko na nic, jeśli całość zosta­nie poda­na w napom­po­wa­nej, suchej i sypią­cej się bule. Pogrom­cy aku­rat w tej mate­rii są czo­łów­ką. Gdy­by w kar­cie mie­li wię­cej warian­tów, mogli­by się bić o bur­ge­ro­wą TOP­kę.

Redzi ponad bur­ge­ra posta­wił kacz­kę kore­an. Zga­dzam się, że w niej mię­cho rów­nież było wyjąt­ko­wej uro­dy — soczy­ste i w god­nej por­cji. Dodat­ko­wą robo­tę zro­bi­ło kim­chi, a kro­pecz­kę nad “i” posta­wił sos na bazie majo­ne­zu, któ­ry faj­nie pod­krę­cił sma­ki.

Nie­ste­ty w tym miej­scu zachwy­ty się koń­czą, bo żebro BBQ i ozór roz­cza­ro­wa­ły. W obu przy­pad­kach mię­so zosta­ło zdo­mi­no­wa­ne przez dodat­ki i gdy­by był to test w ciem­no, za cho­le­rę bym nie zgadł, co wła­śnie jem. Ponad­to kanap­ka z ozo­rem była zde­cy­do­wa­nie za sło­na. Sor­ry, ale po wizy­cie w Pogrom­cach, o ozo­rze nadal myślę chłod­no, więc ich plan się nie powiódł.

A ile to kosztuje?

Ceno­wo jest sro­go, bo kana­pecz­ki kosz­tu­ją od 27 do 30 zł. I dużo i mało. Z jed­nej stro­ny moż­na się lek­ko ziry­to­wać, że pusz­czasz trzy dychy na sza­mę i wycho­dzisz głod­ny. Z dru­giej są to jako­ścio­we skład­ni­ki, a te kosz­tu­ją. Teraz kie­dy wypły­nę­ła afe­ra z mię­sem padłych krów, któ­re tra­fia­ją do keba­bow­ni, może nie­któ­rym otwo­rzą się oczy i ogar­ną skąd się bie­rze róż­ni­ca ceno­wa mię­dzy keb­sem, a bur­ge­rem. Nie­ste­ty za jakość trze­ba pła­cić. Poza tym kana­pe­czek z Pogrom­ców nie odtwo­rzysz w domu. Samo przy­go­to­wa­nie mię­sa na pastra­mi zaj­mu­je ponad dwa tygo­dnie — kil­ka­na­ście dni mocze­nia w mary­na­cie + kil­ka godzin goto­wa­nia w niskiej tem­pe­ra­tu­rze. Do tego docho­dzą kiszo­ne, piklo­wa­ne lub mary­no­wa­ne warzy­wa, fiku­śne sosy i świe­że buły, wypie­ka­ne bez spulch­nia­czy i mar­ke­to­we­go syfu. Tro­chę jed­nak trze­ba się uro­bić, żeby skom­po­no­wać takie sma­ki. Jest za to spo­ko prom­ka. Codzien­nie któ­raś z kana­pek jest prop­so­wa­na jako danie dnia i kosz­tu­je 22 zł. Za tę cenę brać, nie pytać.

Lokal

Lokal jest mały i zde­cy­do­wa­nie nasta­wio­ny na szyb­ką kon­sump­cję, a nie wie­lo­go­dzin­ne poga­du­chy. Na wypo­sa­że­niu mają dwa bla­ty z baro­wy­mi stoł­ka­mi i w sumie na tym koniec. W sezo­nie wio­sna-lato docho­dzi jesz­cze ogró­dek z para­so­la­mi, więc wte­dy panu­ją bar­dziej sprzy­ja­ją­ce warun­ki do dłuż­szych posia­dó­wek.

To warto, czy nie?

Dla pastra­mi, kaki i bur­ge­ra zde­cy­do­wa­nie war­to, bo to orgia sma­ków i cele­bra­cja mię­sa. Kur­ła, jak Redzi sza­mał pastra­mi to ema­no­wał takim szczę­ściem, jak­by co naj­mniej pol­ska rep­ka zosta­ła mistrzem świa­ta w pił­ce noż­nej. A jak te kna­pecz­ki są na prom­ce, to już w ogó­le szał. Odra­dzam za to żebro i ozo­ra, bo one ani tro­chę nie roz­pa­la­ją kona­ra. Wręcz prze­ciw­nie, czło­wiek gotów jest po takiej szam­ce wyjść z loka­lu i roz­po­wie­dzieć na mie­ście, że żar­cie u Pogrom­ców Meatów ssie.

Za pastrami, kakę i burgera przyznaję 5 świń, czyli max. Za lokal i ozora 2. Łącznie to będzie 3,5.

A to widziałeś?