Żarcie & Napitki

Hummus, głupcze!

28/07/2017

Zakła­da­jąc PigO­uta wie­dzia­łem tyl­ko tyle, że jed­nym z jego fun­da­men­tów ma być pisa­nie o żar­ciu. Jestem gru­by, kocham jeść i pół życia spę­dzi­łam na szla­ja­niu się po knaj­pach, więc jak­by nie patrzeć jest to moje śro­do­wi­sko natu­ral­ne, a mimo to na blo­ga­sku panu­je strasz­na posu­cha w tej kate­go­rii. Zale­d­wie trzy tek­sty trak­tu­ją­ce stric­te o szam­ce na ponad 2 lata dzia­łal­no­ści. Żal! Sam nie za bar­dzo rozu­miem, jak mogło dojść do takie­go zanie­dba­nia, ale mogę obie­cać, że się popra­wię i od teraz będzie tego znacz­nie wię­cej. Tak tak, wiem, że to samo obie­cy­wa­łem przy oka­zji recek książ­ko­wych i każ­de­go inne­go cyklu, któ­ry szum­nie zapo­wia­da­łem, po czym kła­dłem lachę po zale­d­wie jed­nym wpi­sie. Owszem leni­stwo jest we mnie sil­ne, ale tym razem będzie ina­czej, bo mam sku­tecz­ny moty­wa­tor w posta­ci Madzi, któ­ra od pew­ne­go cza­su potra­fi obu­dzić mnie w środ­ku nocy i powie­dzieć “Daaaaaaaj mi jeść! Natych­miast! To nie są ćwi­cze­nia!”. Na począt­ku myśle­li­śmy, że ktoś z pra­cy zło­śli­wie dosy­pu­je jej Ape­ti­zer do dru­gie­go śnia­da­nia i stąd te napa­dy gastro­fa­zy, tym­cza­sem sur­pri­se i oka­za­ło się, że jeste­śmy w cią­ży (pro­jekt “Bren­do­nek”, bój­cie się blo­ger­ki paren­tin­go­we, nad­cho­dzę), i to wła­śnie Bre­do­nek rzą­dzi na noc­nej zmia­nie, doma­ga­jąc się keba­bów i śle­dzi z Nut­te­lą. Szcze­rze mówiąc jest mi to bar­dzo na rękę, bo w koń­cu mam dobrą wymów­kę na noto­rycz­ne wyła­my z die­ty i nie muszę się już dłu­żej biczo­wać wyrzu­ta­mi sumie­nia (“To dla dobra Bren­don­ka”, a ja współ­od­czu­wam). Kolej­ną zale­tą jest to, że zaczę­li­śmy jesz­cze wię­cej łazić po knaj­pach, a wierz­cie mi, że już wcze­śniej wyra­bia­li­śmy śred­nią kra­jo­wą. Róż­ni­ca jest taka, że prze­sta­li­śmy kato­wać w kół­ko te same loka­le i eks­pe­ry­men­tu­je­my z nowy­mi, bo Madzia ma fazy na róż­ne sma­ki. I mniej wię­cej w taki spo­sób tra­fi­li­śmy w zeszłym tygo­dniu do “Zachod­nie­go brze­gu”, aby prze­te­sto­wać kuch­nię izra­el­ską.

Loka­li­za­cja, loka­li­za­cja, loka­li­za­cja

picmonkey-collage

“Zachod­ni brzeg” to świe­żo otwar­ta restau­ra­cja, miesz­czą­ca się w nowiut­kim budyn­ku o nie­ty­po­wej, bo pofa­lo­wa­nej fasa­dzie, usy­tu­owa­nym tuż przy lewym brze­gu Wisły, któ­ry to brzeg, jak dla mnie jest jed­ną z naj­bar­dziej kli­ma­tycz­nych miej­scó­wek w War­sza­wie. Zwłasz­cza w sezo­nie wio­sna-lato. Ile fla­szek obró­ci­łem ze zna­jo­my­mi na tam­tej­szych schod­kach, wie chy­ba tyl­ko kasjer z Bie­dron­ki i pro­du­cent Bia­łej Żubrów­ki. Wra­ca­jąc do knaj­py, wystrój w środ­ku jest nicze­go sobie, czuć nowo­ścią i nie ma do cze­go się przy­cze­pić (nie licząc jed­nej musz­li klo­ze­to­wej do podzia­łu dla chłop­ców i dziew­czy­nek), ale praw­dzi­wy wypas zaczy­na się, kie­dy zaj­mie się miej­sce na tara­sie. Raz, że wyglą­da wyj­ścio­wo #fan­cy #pal­my i dwa, że do zamó­wio­nej stra­wy i napit­ków w gra­ti­sie dosta­je­my widok na Sta­dion Naro­do­wy. Przy­zna­ję bez bicia, że taki wido­czek krę­ci mnie o wie­le bar­dziej niż gapie­nie się na wyta­pe­to­wa­ne gaze­ta­mi ścia­ny, a tak jest teraz w co dru­gim war­szaw­skim loka­lu.

Sza­ma

Ok, nasy­ci­łem już oczy kra­jo­bra­zem, więc czas wrzu­cić coś na ząbek. Kar­ta “Zachod­nie­go brze­gu” do naj­dłuż­szych może i nie nale­ży, ale z dru­giej stro­ny nie są to dania, któ­re moż­na dostać na każ­dym rogu, więc decy­zja nie jest wca­le taka oczy­wi­sta.

Przy wybo­rze dania głów­ne­go czu­łem się niczym Neo w “Matri­xie”, czy­li z prze­la­tu­ją­cych mi przed ocza­mi bez­sen­sow­nych cią­gów cyfr, nagle wyło­nił się kon­kret w posta­ci giczy jagnię­cej w mela­sie i czymś tam jesz­cze. To aku­rat było łatwe. Pro­blem za to poja­wił się przy przy­staw­kach. Z jed­nej stro­ny mia­łem ocho­tę spró­bo­wać szak­szu­ki, bo widzia­łem, że Lady Kit­chen i Kryt­ka Kuli­nar­na się nią jara­ją na swo­ich blo­gach, z dru­giej stro­ny chcia­łem się roz­dzie­wi­czyć hum­mu­sem i spraw­dzić, co ma w sobie takie­go magicz­ne­go, że hip­ste­rom na jego widok wywra­ca­ją się gał­ki oczne. Fakt, że oba dania są bez­mię­sne wybo­ru nie uła­twiał. Osta­tecz­nie posta­wi­łem na zestaw Mez­ze, w któ­rym zna­la­zły się hum­mu­sy, oliw­ki, jakaś sałat­ka i pasta z bakła­ża­na. Madzia z kolei niby taka żąd­na nowych sma­ków, a jak przy­szło co do cze­go, to na głów­ne danie wzię­ła kur­cza­ka. <Minu­ta ciszy>. I teraz prze­no­si­my się w cza­sie do momen­tu, kie­dy na stół wjeż­dża hum­mus, a ja mówię do Madzi: “Uwa­ga! pró­bu­ję, a Ty rób zdję­cia, żebym mógł po wszyst­kim wrzu­cić fotecz­kę swo­jej skwa­szo­nej miny”. Nie­ste­ty cały plan wyśmia­nia hum­mu­su poszedł do pia­chu, bo oka­za­ło się, że w sma­ku jest napraw­dę w porzo. Może nie aż tak spo­ko, żebym wrzu­cił go do swo­je­go menu na miej­sce bur­ge­rów, ale jako prze­ką­ska lub zagry­cha do piwa zde­cy­do­wa­nie daje radę. Madzi też pod­szedł, o czym niech świad­czy fakt, że 3 misecz­ki z 10 poszły na jej kon­to… par­don, na kon­to Bren­don­ka. Następ­nie na stół wje­cha­ło danie głów­ne, czy­li gicz. Zako­cha­łem się w niej od pierw­sze­go wej­rze­nia, a kie­dy mię­so ode­szło od kości nie­mal z taką łatwo­ścią jak Per­fek­cyj­na Pani Domu od Jac­ka Rozen­ka, byłem już pewien, że mię­dzy nami wypa­li. I wypa­li­ło. Nie­ste­ty nie umiem roz­pra­wiać o walo­rach sma­ko­wych jak Mag­da Ges­sler, ale mogę powie­dzieć, że w moim uni­wer­sum jedze­nie może być fatal­ne, sła­be, takie se, nie­złe lub zaje­bi­ste. Gicz zde­cy­do­wa­nie była zaje­bi­sta. Madzia kur­cza­ka też chwa­li­ła, ale osta­tecz­nie to tyl­ko kur­czak. Nawet ja nie jestem w sta­nie spie­przyć kur­cza­ka.

hummus

Iść, czy nie iść?

Tutaj powi­nie­nem już skoń­czyć i napi­sać, że knaj­pa prze­ko­na­ła zarów­no mój brzu­szek, jak i zmysł este­tycz­ny, i że na pew­no wró­cę (bo wró­cę i na powtór­kę z giczy, i na testy kofty oraz szak­szu­ki), tym­cza­sem jest jesz­cze zwrot akcji. Otóż na miej­scu, cał­kiem przy­pad­ko­wo spo­tka­li­śmy Olę z Thief of The World wraz z mężem Łuka­szem (wcze­śniej zna­li­śmy się tyl­ko z inter­ne­tów) i w tym momen­cie popo­łu­dnio­wa obia­do-kola­cja prze­ro­dzi­ła się w chi­lo­uto­wy wie­czór przy piw­ku, dzię­ki cze­mu do posu­mo­wa­nia mogę doło­żyć jesz­cze opi­nię, że knaj­pa bar­dzo dobrze się spraw­dza przy posia­dó­wach ze zna­jo­my­mi. W takim kli­ma­tycz­nym oto­cze­niu brow­ce wcho­dzą jak zło­to. Muszę tyl­ko zazna­czyć, że w kar­cie nie ma kla­sycz­nych mar­ke­to­wych marek, a same lokal­ne i kra­fto­we. Oso­bi­ście pre­fe­ru­ję opcję, w któ­rej do wybo­ru jest cho­ciaż jeden ple­bej­ski bro­war. Zawsze to jakiś pew­niak, a z kra­fto­wy­mi róż­nie bywa. Nie­mniej te, któ­re zasu­ge­ro­wał mi kel­ner dały radę. Jeśli cho­dzi o ceny, to “Zachod­ni brzeg” jest na pozio­mie “Sphi­nxa” i “Jef­fsa”. Mniej wię­cej 30–50 zło­tych za dnie głów­ne. Taniej zjeść w loka­lu z obsłu­gą kel­ner­ską w sto­li­cy w zasa­dzie się nie da. Pod­su­mo­wu­jąc, wal­cie do “Zachod­nie­go Brze­gu” jak w dym, macie moje bło­go­sła­wień­stwo.

P.S. Ola dzię­ki za uży­cze­nie zdjęć. Tak przy­jem­nie się sie­dzia­ło, że zapo­mnia­łem o zro­bie­niu wła­snych.

A to widziałeś?