Żarcie & Napitki

Wszystko co zjadłem w Trójmieście

05/03/2019

Ostat­ni tydzień spę­dzi­łem z Madzią, Bren­don­kiem i Chur­chil­lem nad pol­skim morzem. Taki tam zale­gły urlop, pod­czas któ­re­go, jak każ­dy pra­wil­ny Polak, mia­łem robić remont… ale w sumie pogo­da nadal dopi­sy­wa­ła i aku­rat skoń­czył się sezon para­wa­no­wy, więc padł pomysł spon­ta­icz­ne­go wypa­du nad Bał­tyk. 4 dni buja­li­śmy się pomię­dzy Kar­wią a Helem, gdzie tro­chę chil­lo­wo­wa­li­śmy na pla­żach i tro­chę lata­li­śmy dro­nem, ale do tego jesz­cze wró­ci­my. Nato­miast na ostat­nie 3 dni prze­nie­śli­smy się do Trój­mia­sta, w któ­rym byli­śmy już miliard razy, więc nawet nie trze­ba było uda­wać, że jedzie­my na zwie­dza­nie. Nope, był to typo­wy wypad na PigO­ut, czy­li, tak jak w kawał­ku Tama­got­chi “tyl­ko pić, jeść, spać”.

Zaczę­li­śmy od gru­be­go fal­star­tu, bo po przy­jeź­dzie do Gdań­ska, mie­li­śmy rzu­cić tyl­ko wali­zy do pod­na­ję­te­go kwa­dra­tu i od razu lecieć do Sopo­tu, gdzie byli­śmy usta­wie­ni z kuzy­nem na trzy­pię­tro­we­go prze­cho­oy­bur­ge­ra w restau­ra­cji Bil­ly­’s. Nie­ste­ty nie wyszło. Tam­te­go dnia Bren­do­nek prze­cho­dził cięż­kie fazy, z wiąz­ku z czym, cały dzień wył, a że Madzia też była pro­ble­ma­tycz­na od same­go rana, to osta­tecz­nie, skoń­czy­ło się taką imbą, że dymy po kocioł­kach u pato­stre­ame­rów, to przy nas mały miki i do Bil­ly­’s nie­ste­ty nie dotar­li­śmy (chlip chlip).
Kie­dy emo­cje już tro­chę opa­dły, wyszli­śmy do pobli­skie­go cen­trum han­dlo­we­go, gdzie w ciszy i na smut­no zja­dłem podwój­ne­go Who­oper­ka w Bur­ger Kin­gu, a Madzia coś pseu­do­taj­skie­go. O 22 nie wytrzy­ma­łem psy­chicz­nie i zamó­wi­łem przez Uber Eats jesz­cze podwój­ne­go McRoy­la + fry­ty i szej­ka dla Madzi,  któ­ra po przy­ję­ciu słusz­nej daw­ki tłusz­czu i cukru, w 2 sekun­dy odzy­ska­ła humor. Przy­pa­dek? Nie sądzę! Tak więc pano­wie, cHWDP w kwia­ty. Na prze­pro­si­ny naj­lep­sze są puste kalo­rie #Spraw­dzo­ne­In­fo. Mimo wszyst­ko dzień 1 trze­ba było uznać za stra­co­ny i nad­ro­bić w pozo­sta­łe dwa. Odwie­dzi­li­śmy nastę­pu­ją­ce przy­byt­ki:

Aio­li inspi­red by Gdańsk
Ta knaj­pa jest też w War­sza­wie, ale prze­cięt­ny czło­wiek nie jest w sta­nie się do niej dostać, a ja swój honor mam, więc w kolej­ce stać nie będę! Na szcze­ście w Gdań­sku nie robią z niej aż takie­go halo i dało się wbić z uli­cy. No i muszę przy­znać, że cał­kiem faj­na ta buda. Co praw­da od wej­ścia wiesz, że nie jest to restau­ra­cja, któ­ra zro­dzi­ła się w gło­wie jakie­goś sze­fa kuch­ni, tyl­ko zosta­ła zapro­jek­to­wa­na przez agen­cję mar­ke­tin­go­wą, ale jest na to pomysł, obsłu­ga ogar­nia, żar­cie trzy­ma poziom, prom­ki też spo­ko, więc gene­ral­nie ma to ręce i nogi. Wbi­li­śmy dwu­krot­nie. Raz na śnia­da­nia, bo mają spo­ko opcje dla janu­szy, czy­li jak weź­miesz kawę, to śnia­da­nie masz za zeta. Fran­kur­ter­ki, jaja sadzo­ne, jakaś sałat­ka i kawa, któ­rą odda­łem Madzi, bo nie pijam, za dycha­cza, to nie w kij dmu­chał spra­wa. Prop­su­ję. Dru­gi raz zaata­ko­wa­li­śmy w porze obia­do­wej, na bur­ger­ki. Podwój­ne bur­ger­ki. Buła do popra­wy, bekon odro­bi­nę dłu­żej na patel­ni i było­by bar­dzo dobrze, a tak jest tyl­ko popraw­nie, ale zado­wa­la­ją­co. Jeśli szu­ka­cie bur­ge­ra, któ­ry was wzru­szy i o któ­rym bedzie­cie śnić po nocach, to Aio­li raczej nie speł­ni tych ocze­ki­wań, ale jeśli szu­ka­cie miej­sca, w któ­rym moż­na się “zro­bić” ze zna­jo­my­mi i przy oka­zji dobrze zjeść, albo zabrać rodzi­ców na nie­dziel­ny obiad, no to wal­cie śmia­ło. No chy­ba, że kolej­ka będzie, to wte­dy olew­ka.

W kar­cie piz­za, bur­ge­ry i maka­ro­ny + menu sezo­no­we, no i wpo­mnia­ne śnia­da­nia za 1 PLN do dowol­nej kawy.

aioli-gdansk-2 img-8131

Carm­nik Kan­ty­na
Kuzyn, z któ­rym byli­śmy usta­wie­ni do Bil­ly­’s, ma podob­ne hob­by do moje­go, czy­li cho­dzi po Trój­mie­ście i testu­je wszyst­kie bur­ge­row­nie (moż­na pod­glą­dać na Insta beef_first). I wła­śnie od nie­go dosta­łem reko­men­da­cję na gdyń­ski Carm­nik. Dobry cynk. Car­mi­nik zde­cy­do­wa­nie potra­fi w bur­ger­ki. Mię­cho mia­ło być medium i było medium, buł­ka, czy­li to co zazwy­czaj zawo­dzi, pra­wie ide­la­na (chy­ba wypie­ka­ją je na miej­scu) — pra­wie, bo na brze­gu w dwóch miej­scach tro­chę się zwę­gli­ła, ale #Przy­my­ka­mO­ko, bo nad­ro­bi­li beko­no­wym dże­mem. Jup, taki bajer miał — dżem beko­no­wy. W realu wyglą­da to jak kaszan­ka, ale w sma­ku fak­tycz­nie bekon, a póź­niej wjeż­dża jakaś słod­ka nuta. Do tego sała­ta, ogó­ras, cebul­ka, sos bbq. Bar­dzo spo­czko to wszyst­ko razem zagra­ło… ale mogli­by 3 razy wię­cej dawać tego dże­mo­ru ze świ­ni. Nie­mniej z knaj­py wysze­dłem bar­dzo na tak i po kil­ku dniach mogę śmia­ło stwier­dzić, że oto obja­wił się bur­ger, któ­ry zapa­da w pamięć i na któ­re­go chciał­bym wró­cić.

befunky-collage-4-2

F. Min­ga
Kawiar­nia przy pla­ży w Gdy­ni, z epic­kim widocz­kiem, na któ­rą dosta­li­śmy namia­ry przez Insta­gram. Obsłu­ga nasta­wio­na przy­jaź­nie i do dzie­ci i do pie­sków, więc +20 na star­cie, bo aku­rat zaczę­ło padać, a był z nami Chur­chill + Bren­do­nek z peł­ną pie­lu­chą. Jed­nak to nie kącik paren­tin­go­wy, wiec wróć­my do żar­cia, a w F.Minga aku­rat pod tym hasłem kry­ją się cia­sta. Czy już mówi­łem, że moją dru­gą miło­ścią zaraz po bur­ge­rach, są ser­ni­ki? Nie, no to teraz mówię. F. Min­ga zapo­da­ło mi taki ser­nik, że po pierw­szym kęsie się zako­cha­łem. Kur­ła, gła­ciut­ki jak lico Moni­ci Bel­lu­ci 20 lat temu, roz­pły­wa­ją­cy się w ustach (a nie w dło­ni) i z kru­chym spodem. Po pro­stu orgia dla kub­ków sma­ko­wych. Madzia z kolei wzię­ła cia­sto Raf­fa­elo, czy­li moją czwar­tą miłość (zaraz po keb­sach)… i też było na prop­sie, ale do ser­ni­ka nie miał star­tu. Podob­no ser­wu­ją też kozac­kie śnia­da­nia­nia, ale tego aku­rat nie zwe­ry­fi­ko­wa­li­śmy. Aaa i Madzia mi tu krzy­czy, że kolej­ne +10 za kli­mat (komi­nek), co daje łącz­ną notę 250 pkt na 100 moż­li­wych. Not bad.

befunky-collage-2_1img-2073_3

Kos
Opusz­cza­my już Gdy­nię i wra­ca­my do Gdań­ska, a kon­kret­nie na Sta­re Mia­sto, gdzie zaata­ko­wa­li­śmy restau­ra­cję Kos, w celu kon­sump­cji śnia­da­nia. Śnia­da­nia w Kos to jesz­cze więk­szy wypas niż w Aio­li. Wszyst­kie­go dają wię­cej + nie­lim­to­wa­ne dolew­ki kawy i her­ba­ty, a ceny zaczy­na­ją się już od 13 PLN za zestaw. Testo­wa­li­śmy jaja sadzo­ne i pan­kej­ki. Sadzo­ne jak sadzo­ne, ale pan­kej­ki, łooo panie! Szto­sik 10/10. Do tego jedząc na zewnątrz, w gra­ti­sie dosta­je się przy­jem­ny wido­czek. W inter­ne­tach piszą, że Kos, daje też radę w kwe­stii obiad­ków, ale aż tak dłu­go tam nie sie­dzia­łem, więc nie moge potwier­dzić.

42088813-2672356159655683-420441991556-320151632077486-52283img-2182-2

Umam
I zno­wu sło­dy­cze, ale każ­dy die­te­tyk wam to powie, że dese­rek jest naj­waż­niej­szym posił­kiem dnia… zaraz po śnia­da­niu, bran­chu, lun­chu, obie­dzie, kola­cji, pod­kur­ku i pijac­kim keb­sie. W necie zna­leź­li­smy namia­ry na super fan­cy cukier­nię, któ­ra ponoć ury­wa dup­sko wraz z krę­go­słu­pem i w ogó­le jak jadasz u nich cia­cha, to niby z miej­sca awan­su­jesz do mia­na uber czło­wie­ka, bo to dowód, że nie zado­wa­lasz się byle ple­bej­skim pty­siem. Coś w tym jest, bo Umam nawet nie uwa­ża się za cukier­nię, tyl­ko za … po pol­sku to będzie chy­ba “pasman­te­ria”, bo w nazwie mają napi­sa­ne “Patis­se­rie”. Never­mind. Ciast­ka w każ­dym razie są dro­gie jak naj­now­szy ajfon, bo za sztu­kę woła­ją aż 13–18 zeta, co spra­wia, że nor­mal­nie obró­cił­bym się na pię­cie i pod­bił do tura­sa na woło­wi­nę w lawa­szu… ale ja tu blo­ga pro­wa­dzę, więc cza­sa­mi muszę się poświę­cić, żeby­ście wy już nie musie­li. Wzię­li­śmy 4 cia­cha w kształ­cie boob­sów, każ­de w innym kolo­rze (szar­lot­ka, mali­na w cze­ko­la­dzie, czar­na porzecz­ka i man­go — mara­ku­ja). Wyglą­da­ły cał­kiem faj­nie, w sam­ku też dobre, ale żeby był to jakiś szał, po któ­rym miał­bym klęk­nąć i się popła­kać, to ni chu chu. Ser­nicz­ko­wi mogą co naj­wy­żej rodzyn­ki czy­ścić. Jeśli nie jeste­ście tacy Ą Ę jak Kin­ga Rusin, to może­cie sobie daro­wać, a świat nadal będzie się krę­cił. Gdy­by­ście jed­nak tam zaszli, to według mnie naj­le­piej wypa­da man­go-mara­ku­ja. Madzia z kolei sta­wia na mali­nę.

img-2196_4befunky-collage-3_1

Bil­ly­’s Ame­ri­can Restau­rant
Nie doje­cha­li­śmy do Bil­ly­’s w Sopo­cie, ale nad­ro­bi­li­śmy w Gdań­sku — lokal przy CH Forum (na mie­scie jest ich wię­cej i kuzyn twier­dzi, że nie każ­dy punkt trzy­ma poziom). Nasz dał radę. Typo­wa knaj­pa sty­li­zo­wa­na na ame­ry­kań­ski din­ner bar, czy­li ścia­ny wykle­jo­ne gaze­ta­mi i fotecz­ka­mi Mari­lyn Mon­roe + bur­ge­ry i stej­ki w menu. Lubię ten for­mat, bo w takich przy­byt­kach zawsze dają duże por­cje, mają rzut­nik, więc jest duże praw­do­po­do­bieństw, że w tle pole­ci aku­rat jakiś meczyk (+10), no i pod wzglę­dem alko są goto­wi na każ­dą oka­zję. I Bil­ly­’s dokład­nie taki jest. Obró­ci­łem tam pod­ówj­ne­go bur­ge­ra, któ­ry był bar­dzo dobry i w sumie nie mam zastrze­żeń (takie Aio­li tyl­ko z lep­szą bułą i beko­nem w punkt), ale Car­min­ka nie prze­bił. Madzia zapo­da­ła maka­ron z owo­ca­mi morza, któ­re­mu też dała okej­kę (god­ne kre­we­ty, a nie jakieś popier­dół­ki). Pod­la­li­śmy to piw­kiem i winem, poga­pi­li­smy się na mecz Napo­li (Milik jak zwy­kle pie­przył setę za setą) i w sumie tyle. Wszyst­ko było Si i jak­by teraz Bil­ly­’s otwo­rzył lokal w Wawie, to już mam w gło­wie zano­to­wa­ne, że to pew­nia­czek i lecę na testy żebe­rek.

42197951-691020181297256-1784642113742-1911865602170105-5462befunky-collage-5-2

Cały Gaweł
W Sopo­cie mie­li­śmy meeting na blo­ger­skim szczy­cie, czy­li PigO­uto­wa eki­pa, umó­wi­ła się na bur­ge­ra, z eki­pą Mum­Me. Jeśli jesz­cze jej nie zna­cie, koniecz­nie laj­kuj­cie na fej­sie. Na pierw­szy rzut oka to bran­ża paren­tin­go­wa, ale w rze­czy­wi­sto­ści Ania pisze na znacz­nie wię­cej tema­tów, w dodat­ku nadal jest zdro­wa psy­chicz­na (cze­go nie moż­na powie­dzieć o wszyst­kich blo­ger­kach paren­tin­go­wych), poza tym to bar­dzo ogar­nię­ta życio­wo bab­ka, w sen­sie mądra. Pole­cam tego ale­gro­wi­cza. Usta­wi­li­śmy się w knaj­pie Cały Gaweł, któ­ra nie prze­stra­szy­ła się najaz­du czwór­ki dzie­ci i pie­ska. Meeting pochło­nął mnie na tyle, że nawet nie pamię­tam, jaką kuch­nie mają w kar­cie. Ja w każ­dym razie dla odmia­ny wizią­łem bur­ge­ra i mimo iż na zdję­ciu wygla­da jak­by zali­czył bli­skie spo­tka­nie z Łysym z Braz­zers, był bar­dzo bar­dzo Si. Wół, bekon, jajo sadzo­ne, coś zie­lo­ne­go, sos uma­mi, czy­li wszyst­ko to, co tygry­sy lubią naj­bar­dziej. Do tego czar­na buła, żeby nie było, że nic ich nie odróż­nia od Bil­l’s i Aio­li. Jedy­ny zgrzyt to ciut zbyt prze­cią­gnię­te mię­cho, ale u Madzi, po któ­rej doja­da­łem, było już w punkt, więc zali­czam jako incy­dent. Kolej­ny adres, któ­ry daje radę, ale Car­mink nadal na pro­wa­dze­niu (z tym, że on by się total­nie nie spraw­dził na meeting ze zna­jo­my­mi. Mały lokal, któ­ry dzia­ła na zasa­dzie — zama­wiasz, jesz i robisz wypad).

42090696-1226036390868657-7271 42094437-1784955314950789-8616


Pan Bale­ron
And the last but not the least — Pan Bale­ron. Pan Bale­ron to maleń­ka knaj­pa, odda­lo­na jakieś 200 metrów od Całe­go Gaw­ła, któ­ra ser­wu­je bur­ge­ry i Phil­ly Che­ese­stej­ki. Jed­nen rzut oka mi wystar­czył, żeby stwier­dzić, że w bur­ge­rach nie są mistrza­mi świa­ta, ale za to w kanap­kach fila­del­fij­skich mają czar­ny pas. Jak­by ktoś nie wie­dział — Phil­ly Che­ese­stej­ki, to kanap­ki wywo­dzą­ce się z Fila­del­fii, któ­rych ideą jest wsa­dze­nie drob­no pocię­tej gril­lo­wa­nej woło­wi­ny do podłuż­nej buł­ki pszen­nej i przy­kry­cie koł­der­ką z sera, sma­żo­nej cebul­ki i papry­ki. Oczy­wi­ście powsta­ło milion pięć­set warian­cji na ten temat. U Pana Bale­ro­na che­estej­ków jest kil­ka rodza­jów. Madzia wzię­ła kla­sycz­ną wer­sję, a ja jak zwy­kle pole­cia­łem na boga­to i posta­wi­łem na naj­bar­dziej wypa­sio­ną — z beko­nem, żura­wio­ną i serem ple­śnio­wym. I Madzia wybra­ła jed­nak lepiej. To, że bekon, żura­wi­na i ser ple­śnio­wy faj­nie się kom­po­nu­ją, wia­do­mo nie od dziś, jed­nak w tym przy­pad­ku, nie­po­trzeb­nie odwra­ca­ły uwa­gę od woło­wi­ny i sosu sero­we­go, któ­re są naj­lep­sze w tym wszyst­kim. Tak więc tro­che prze­rost for­my nad tre­ścią, ale kla­sycz­ny che­estejk od Pana Bale­ro­na już poza­mia­tał. Prop­su­ję. Jedy­ny man­ka­ment to fakt, że ceny star­tu­ją od 19 zł, a por­cje są… powiedz­my, że dla czło­wie­ka o moich gaba­ry­tach, to prze­ką­ska. Wno­szę o ich powięk­sze­nie… tak mini­mum 3 razy. Aaa i podob­nie jak z Car­mi­ni­kiem, lokal bar­dziej na szyb­ką akcję niż posia­dó­wy z ziom­ka­mi.

42161703-2218155011730254-8803 42200781-240072243334836-31812 befunky-collage-6

Aktu­ali­za­cja 2019

Tym razem wpa­dli­śmy do Trój­mia­sta na jed­ną noc, ale uda­ło się zali­czyć dwie jadło­daj­nie i do tego zapić na Mon­cia­ku. Bra­wo my.

Man­du

Zaczę­li­śmy od pie­ro­gra­ni Man­du. Jesz­cze na tra­sie do Gdań­ska stwier­dzi­li­smy, że mamy ocho­tę na pie­roż­ka i wujek googiel pokie­ro­wał nas wła­śnie do tego przy­byt­ku, twier­dząc, że lipy nie będzie. Miał rację, wyszli­śmy, a raczej wytur­la­li­śmy się bar­dzo zado­wo­le­ni. Oka­za­ło się, że Man­du ma w kar­cie wszyst­kie moż­li­we rodza­je pie­ro­gów: pol­skie, gru­zin­skie, chiń­skie, japoń­skie i jakie tam jesz­cze chce­cie. Wzię­li­śmy trzy por­cje. Ja z far­szem z dzi­ka i w sosie grzy­bo­wym, Madzia z gęsi­ną i sosem żura­wi­no­wym, a na dobit­kę dorzu­ci­li­śmy jesz­cze gru­ziń­skie chin­ka­li. Wszyst­kie rewe­la­cyj­ne, ale te z gęsi­ną total­nie poza­mia­ta­ły. Jak­bym miał się do cze­goś przy­cze­pic, to chim­ka­li może ociu­pin­kę zbyt sło­ne, ale nie zno­wu tak, żeby krę­cić z tego powo­du dym. Ogól­nie knaj­pa super przy­jem­na do posie­dze­nia, por­cje spo­re (wymię­ka­łem pod koniec), ceny umiar­ko­wa­ne, a menu tak obfi­te, że trze­ba pofa­ty­go­wac się kil­ka razy, żeby spró­bo­wac wszyst­kie­go. Żału­ję, że nie mam takie­go loka­lu na swo­jej dziel­ni.

Piro­man

W zeszłym roku się nie uda­ło, ale teraz nad­ro­bi­li­śmy z nawiąz­ką. W zasa­dzie wizy­ta w Pir­mo­anie była klu­czo­wa w tym wyjeź­dzie. Umó­wi­li­śmy się w nim na kola­cję z czy­tel­ni­ka­mi blo­ga (Pozdro Mar­cin i Agniesz­ka), któ­rzy nie­ofi­cjal­nie zapro­po­no­wa­li, że dorzu­cą parę gro­szy na WOŚP za taki meeting (ofi­cjal­na licy­ta­cja skoń­czy­ła się z kwo­tą 2300zł!), czy­li opcja win-win. Lokal z zewnątrz nie­po­zor­ny, za to w środ­ku cał­kiem wyględ­ny, z nie­na­rzu­ca­ją­cym się mini­ma­li­stycz­nym wystro­jem. Kar­ta jest krót­ka — dwie zupy, bur­ger, tatar, polę­dwi­ca i kil­ka rodza­jów ste­ków, któ­re moż­na sobie wcze­śniej obej­rzeć za szkla­ną witry­ną. Do tego dadat­ki do wybo­ru, np. pie­czo­ne ziem­nia­ki, gru­bo cio­sa­ne fryt­ki albo sałat­ki, jed­nak bez pre­sji na ich zama­wia­nie, bo głów­ne skrzyp­ce gra tutaj mię­so. Powiem to bez zbęd­ne­go prze­dłu­ża­nia — Piro­man rzą­dzi. Zja­dłem tam naj­lep­sze­go ste­ka i w ogó­le naj­lp­szy kawał mię­cha w całym swo­im życiu. Per­fek­cyj­ny, soczy­sty, różo­wiut­ki, 400-gra­mo­wy pla­ster Sir­lo­ina mar­mur­ko­we­go. Na sto­le mie­li­śmy jesz­cze tata­ra, polę­dwi­ce, club ste­aka i zapie­ka­ne ziem­nia­ki. Wszyst­ko ury­wa­ło odwłok, ale Sir­lo­in poza kon­ku­ren­cją. Coś pięk­ne­go. Ceny są sro­gie, bo polę­dwi­ca i sir­lo­in po 85 zeta/szt, a club ste­ak jesz­cze wię­cej, bo aż 95 zeta, ale były to naj­le­piej wyda­ne pie­nią­dze ever. Już tęsk­nie i odli­czam dni, kie­dy zno­wu prze­kro­czę próg Piro­ma­na. Pole­cam wszyst­ki­mi racicz­ka­mi. 10/10.

I to by było na tyle. Wiem, że zaraz mnie obje­dzie­cie, że prze­ga­pi­łem milion epic­kich knajp, gdzie ser­wu­ją naj­lep­sze to i tam­to, ale defi­cyt cza­su nie­ste­ty robi swo­jej. Chill, mały­mi krocz­ka­mi w koń­cu zali­czę wszyst­ko, ale i bez tego, mogę już powie­dzieć, że trój­miej­skie gat­stro zde­cy­do­wa­nie daje radę! Spo­koj­nie mógł­bym się tam prze­pro­wa­dzić i z gło­du raczej bym nie umarł.

A to widziałeś?