Wysypisko

Spieprz jej walentynki!

12/02/2016

Wiel­ki­mi kro­ka­mi zbli­ża­my się do naj­bar­dziej trau­ma­tycz­ne­go dnia roku, do Walen­ty­nek! Już sam fakt, że nazwa pocho­dzi od Św. Walen­te­go, czy­li patro­na cho­rych na padacz­kę, jest wystar­cza­ją­co wymow­ny. To nie przy­pa­dek, miłość po pro­stu bar­dzo czę­sto mylo­na jest wła­śnie z padacz­ką. Obja­wy są nie­mal iden­tycz­ne – płyt­ki oddech, przy­spie­szo­ne bicie ser­ca, roz­bie­ga­ny wzrok, dresz­cze, pia­na z ust, etc. 

W teo­rii, Walen­tyn­ki to dzień wyzna­wa­nia uczuć swo­jej sym­pa­tii, w rze­czy­wi­sto­ści to jed­no wiel­kie pasmo roz­cza­ro­wań. Pod wzglę­dem pre­sji „zro­bie­nia cze­goś wyjąt­ko­we­go” jest tro­chę jak syl­we­ster, tyle że gor­szy, bo w syl­we­stra nikt nie ma pre­ten­sji, jeśli prze­szar­żu­jesz z alko­ho­lem. Dla nie­któ­rych walen­tyn­ki skoń­czą się pierw­szo­rzęd­nym wychę­do­że­niem .….….…. z kasy, dla innych epic­kim daniem dupy .….….….…. przez nie­zad­ba­nie o odpo­wied­ni pre­zent. Gene­ral­nie nikt w tym dniu nie ma lek­ko, no może poza skle­pi­ka­rza­mi, któ­rzy zbi­ją for­tu­nę, czysz­cząc maga­zy­ny ze wszyst­kie­go, co różo­we, plu­szo­we, słod­kie i pach­ną­ce.

Roz­cza­ro­wa­ne będą gim­by, któ­re widzą w tej dacie poten­cjał na odby­cie pierw­sze­go razu, ale z bra­ku loka­lu, skoń­czą na publicz­nym upra­wia­niu tar­ła w ZTM-ie. Cho­ciaż oni to jesz­cze nic, odku­ją się pod­czas gry w sło­necz­ko. Bar­dziej prze­wa­lo­ne mają sin­gle, któ­rzy zamiast wyje­chać na snow­bo­ard, spi­jać dri­ny i cie­szyć się wol­no­ścią, zła­mią się psy­chicz­nie pod cię­ża­rem oce­nia­ją­cych spoj­rzeń „zako­cha­nych” i spę­dzą dzień na kana­pie, zawi­nię­ci w koce, zaja­da­jąc smut­ki i oglą­da­jąc po raz set­ny „Bez­sen­ność w Seat­tle”. Oczy­wi­ście głów­nie tyczy się to dziew­czy­nek, bo chłop­cy gene­ral­nie mają wyje­ba­ne i wolą wbi­jać level w Tibii, ale i wśród nich znaj­dą się kami­ka­dze, któ­rzy posta­no­wią w tym dniu wyznać komuś uczu­cie. Ich też cze­ka zawód. Moment, kie­dy po wrę­cze­niu pre­zen­tu usły­szą: „Dzię­ku­ję, jesteś moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem”, będzie dla nich dru­zgo­cą­cy. Nie lepiej malu­je się sytu­acja par z krót­kim sta­żem. Nie­ste­ty one nie dotar­ły jesz­cze do tego pięk­ne­go eta­pu, kie­dy moż­na być już sobą, więc zamiast pójść na “Dead­po­ola”, będą cier­pieć na “Pla­ne­cie Sin­gli”. Naj­go­rzej jed­nak mają pary z wie­lo­let­nim doświad­cze­niem, tzw. wete­ra­ni, któ­rzy posta­no­wi­li w ten wie­czór opu­ścić swo­ją stre­fę kom­for­tu i wbić do jakiejś knaj­py. Co praw­da, cie­pła stra­wa zawsze jest na prop­sie, ale trze­ba za to zapła­cić wyso­ką cenę — zrzu­cić dre­sy, wyde­pi­lo­wać wąsik i kla­tę (dziew­czy­ny) oraz mosz­nę i ple­cy  (chłop­cy), a co naj­gor­sze, wyjść z domu. Brrr. Do tego, jako uko­ro­no­wa­nie wie­czo­ru, “świą­tecz­ne” zbli­że­nie, czy­li takie z grą wstęp­ną, bez skar­pet i przy wyłą­czo­nym tele­wi­zo­rze. Po wszyst­kim Broń Boże nie wol­no odpa­lać Play­Sta­tion. Nope, trze­ba leżeć na łyżecz­kę, patrzeć w sufit i cele­bro­wać.

Powszech­nie wia­do­mo, że Walen­tyn­ki naj­le­piej obcho­dzić sze­ro­kim łukiem, ale na dłuż­szą metę tak się nie da. Moja stra­te­gia prze­trwa­nia to uni­ka­nie kry­zy­su już na eta­pie pre­zen­tu. Nie­ste­ty nie powiem wam, co jest naj­lep­szym walen­tyn­ko­wym giftem, ale mogę pod­po­wie­dzieć, co na pew­no nie jest. Poni­żej lista rze­czy zaka­za­nych. Ich nie wrę­cza­my. Jeśli odnaj­dziesz na niej swój pre­zent, masz fart. Wciąż jest czas na wdro­że­nie pla­nu B.

 

#Kwiaty z kupy słonia

Żyje­my w sza­lo­nych cza­sach. W cza­sach, kie­dy ludzie tak się zafik­so­wa­li na wszyst­ko, co jest eko i wege, że naj­po­pu­lar­niej­szą bur­ge­row­nią w War­sza­wie jest bur­ge­row­nia wege­ta­riań­ska! Oso­bi­ście tego nie ogar­niam, to tak jak­by powie­dzieć, że naj­lep­szym moto­cy­klem jest rower, ale co pora­dzić? Oka­zu­je się, że na tym sza­leń­stwo się nie koń­czy. W inter­ne­cie szał robią kwia­ty ule­pio­ne z kupy sło­nia. Wiem, że kusi was taka opcja, ale nie kupuj­cie. Uwierz­cie mi na sło­wo, to gów­nia­ny pre­zent.

 

#Majtki dla dwojga

Wspól­ne gacie to jesz­cze gor­szy pomysł niż wspól­ny mail i kon­to na fej­sie. Za takie akcje tra­fia się do spe­cjal­ne­go miej­sca w pie­kle. Jeśli coś takie­go dosta­nie­cie, wno­ście od razu o roz­wód. Każ­dy sąd da wam go od ręki.

 

#Fikuśna bielizna

Pozo­sta­je­my w kli­ma­cie bie­li­zny, któ­ra jest dość popu­lar­nym pre­zen­tem, ale przy oka­zji śli­skim. Moż­na się prze­je­chać. Przy­kła­do­wo nie kupu­je­my gaci takich, jak na powyż­szym zdję­ciu. Majt­ki to nie cze­ko­la­da Nuss­be­is­ser, nie muszą mieć okien­ka, a Ty nie chcesz myśleć o hydrau­li­ku, patrząc na swo­ją lubą. 

 

#Perfumy MLE by Kasia Tusk

Po pierw­sze Cię nie stać, po dru­gie nie ma nic bar­dziej asek­su­al­ne­go niż zapach Tuska na Two­jej dziew­czy­nie. Nie, nie i jesz­cze raz nie.

 

#Zestaw zabawek z “50 twarzy Greya”

Jeśli napraw­dę już musisz ude­rzyć swo­ją lubą, znajdź lep­szą wymów­kę. Za ten zestaw zosta­niesz wyśmia­ny. Wyobraź­my sobie hipo­te­tycz­ną sytu­ację, kie­dy po skrę­po­wa­niu swo­jej niu­ni, wyjeż­dzasz z tek­stem: “Licz ze mną na głos”. To nawet w fil­mie było żenu­ją­ce. 

 

#Nieataktowne kartki z życzeniami

Madzia pode­sła­ła mi te kart­ki, jako “zły” pre­zent, ale według mnie są cał­kiem zaje­bi­ste. Słał­bym.

 

#Crocksy

Nor­mal­nie nigdy bym nie pomy­ślał, że jest na świe­cie, ktoś na tyle sza­lo­ny, żeby wybrać Crok­sy na pre­zent, ale bio­rąc pod uwa­gę, jakie mają bra­nie na Lidlo­wych pro­mo­cjach, lepiej dmu­chać na zim­ne. Pro­fi­lak­tycz­nie ostrze­gam, to nie jest dobry pomysł. Crok­sów nie kupu­je­my, nawet jeśli są “naj­pięk­niej­szą” hybry­dą kalo­sza i bale­ri­nek, jaką kie­dy­kol­wiek widzia­łeś.

 

#Tatuaż z jej/jego imieniem

Z twych łez tatu­aże … Tatu­aż to jed­nen z głup­szych pomy­słów ever. Wie­lu już na nim wto­pi­ło, ale mało kto wycią­ga wnio­ski, bo chęt­nych wciaż nie bra­ku­je. Taki błąd popeł­ni­ła swe­go cza­su Ange­li­na Jolie, dzia­ra­jąc imię Bil­ly Bob, po czym poja­wił się Brad Pitt i cały nie­cny plan poszedł w piz­du. Jesz­cze bar­dziej wto­pił Radzio Maj­dan, tatu­ując sobie całą Dodę i tym samym ska­zu­jąc się na nosze­nie dłu­gich ręka­wów przez kil­ka kolej­nych lat. Dopie­ro nie­daw­no Per­fek­cyj­na Pani Domu poży­czy­ła mu kil­ka zło­tych, za któ­re jakiś wię­zien­ny arty­sta prze­ro­bił Dodę na India­ni­na. Z desz­czu pod ryn­nę. Zmie­rzam do tego, że cele­bry­ci takie błę­dy mają wli­czo­ne w kosz­ty, stać ich na lase­ro­we usu­wa­nie. Ty jesteś bied­ny, więc możesz zostać z pro­ble­mem na dłu­go, o ile nie na zawsze. Jeśli wpad­niesz na taki pomysł, spró­buj wcze­śniej się roz­pę­dzić i przy­wa­lić z całej siły gło­wą w ścia­nę. Jeśli to nie nie zadzia­ła, to już nic nie pomo­że. Tatu­owa­nie sobie imie­nia lub podo­bi­zny swo­jej lubej, to jak pro­sze­nie się o inter­wen­cję kar­my: “Czy­li mówisz, że to tak na całe życie? Ok, w takim razie zagraj­my w grę”.

 

#Kolacja by Magda Gessler

Od kil­ku tygo­dni w skle­pach dostęp­ne są parów­ki sygno­wa­ne przez Two­ją ulu­bio­ną restau­ra­tor­kę, Mag­dę Ges­sler. W dodat­ku nazy­wa­ją się “rand­ko­we”, co jesz­cze bar­dziej mie­sza w gło­wie. Ist­nie­je sce­na­riusz, w któ­rym wpa­dasz na pomysł przy­rzą­dze­nia roman­tycz­nej kola­cji według prze­pi­su Ges­sle­ro­wej i wycho­dzisz z zało­że­nia, że w tej misji naj­le­piej spraw­dzą się wła­śnie parów­ki #Besos. Odra­dzam. Po takiej kola­cji, dziew­czy­ny wysy­cha­ją szyb­ciej niż pra­nie na sznur­ku, a Cie­bie cze­ka doży­wot­ni ban. 

 

#Fresh Balls

Walen­tyn­ki to nie Dzień Kobiet, chłop­cy też zasłu­gu­ją na pre­zent. Powi­nie­nem wska­zać teraz rze­czy, któ­re nie są odpo­wied­nie dla face­tów, ale takich nie ma. No dobra, powiedz­my, że bilet na kon­cert Dawi­da Kwiat­kow­skie­go i zapro­sze­nie na mara­ton pol­skich kome­dii roman­tycz­nych był­by spo­rym fuc­ku­pem, ale to już napraw­dę eks­tre­mal­ne przy­pad­ki. Cała resz­ta przej­dzie. Przy­kła­do­wo Madzia w kon­tek­ście nie­tra­fio­ne­go giftu, pode­sła­ła mi krem do “jaj” Fresh Balls, któ­ry oso­bi­ście uwa­żam za cał­kiem zabaw­ny trol­ling, coś jak cho­in­ka zapa­cho­wa do zaga­nia­cza. Uwiel­biam ich hasło rekla­mo­we — “takie świe­że, takie suche”. Jed­nak fak­tycz­nie nie jest to pre­zent dla każ­de­go. Jeśli wasz luby nie ma poczu­cia humo­ru, może zare­ago­wać w sty­lu: “Co? Że niby mam nie­świe­że jaja? Chy­ba Ty”. 

 

Mógł­bym tak cały dzień wyszu­ki­wać róż­ne głu­po­ty w necie i je tutaj wkle­jać, ale szko­da cza­su. Ten pesy­mi­stycz­ny wstęp to oczy­wi­ście żar­cik i nie ma co się spi­nać. Tak napraw­dę Walen­tyn­ki to nic strasz­ne­go. Ot kolej­na dobra wymów­ka, żeby wybrać sie do kina i na jakąś grub­szą wyże­rę w restau­ra­cji. A co do nie­tra­fio­nych pre­zen­tów, to mnie i tak nie prze­bi­je­cie. 2 lata temu w Walen­tyn­ki byli­śmy aku­rat w Taj­lan­dii i jedy­nym pre­zen­tem, jaki przy­go­twa­łem dla Madzi, był wypad na Ping Pong Show, gdzie ogla­da­li­śmy giba­ją­ce się na rurach strip­ti­zer­ki. Na szczę­ście znio­sła to dziel­nie, nawet lepiej niż ja, bo jak się póź­niej oka­za­ło, gwiaz­da wie­czo­ru mia­ła jakieś 90 lat. Jak kocha to zro­zu­mie. W bonu­sie dorzu­cam jesz­cze naj­lep­szą walen­tyn­kę ever, czy­li wyzna­nie miło­sne Mai Osta­szew­skiej w “Pit­bul­lu”. I takich wyznań wam życzę.

A to widziałeś?