Wysypisko, Włóczykijing, Żarcie & Napitki

PigOut na Haju vol. 2

23/03/2020

Dłu­go zasta­na­wia­łem się, czy w ogó­le opo­wia­dać dal­szy ciąg naszej muf­fin­ko­wej przy­go­dy (część pierw­sza -> Klik). O ile pierw­sza cześć jest nawet zabaw­na, to póź­niej zaczę­ło robić się strasz­no i żenu­ją­co. No bo taka praw­da, że w tam­tym momen­cie byłem total­nie wydy­ga­ny, że war­ga opa­dła mi już po wsze cza­sy i po wszyst­kim będę wyglą­dał niczym Syl­we­ster Sta­lon­ne w “Roc­ky­’m”, kie­dy to z obi­tą mord­ką krzy­czał: “Edr­jen”.

Poza tym nie wie­dzie­li­śmy, jak dłu­go potrwa ten stan i na jakim eta­pie aktu­al­nie jeste­śmy. Jeśli to była roz­grzew­ka, to strach pomy­śleć, co będzie dalej.

Pobyt w knaj­pie pamię­tam jak przez mgłę. Wiem, że przy jedze­niu sznyc­la umę­czy­łem się jak­bym co naj­mniej prze­biegł mara­ton, wszak takie foku­so­wa­nie się, żeby nie wywi­nąć orła razem ze sto­li­kiem, jed­nak tro­chę ener­gii kosz­tu­je. Coś tam mi się jesz­cze koła­cze, że Madzia co jakiś czas wpy­cha­ła mi mule do buzi na spró­bo­wa­nie, ale total­nie nie jestem w sta­nie odtwo­rzyć ich sma­ku. Jak kie­dyś zno­wu się na nie wybio­rę, uznam to za “mój pierw­szy raz”.

Z kolei przy inte­rak­cjach z kel­ner­ką mia­łem wra­że­nie, jak­bym sie­dział w stud­ni. Głos docie­rał z bar­dzo dale­ka i roz­no­sił się echem.

Zgod­nie uzna­li­śmy, że to już ostat­ni moment na ewa­ku­acje, jeśli na kwa­drat chce­my dotrzeć o wła­snych siłach. Opa­da­ją­ca war­ga sta­no­wi­ła spo­ry dys­kom­fort, ale jakimś cudem uda­ło mi się wyar­ty­ku­ło­wać “Czek plizz”, po czym pyk­ną­łem płat­ność zbli­że­nio­wą i dzi­da.

Po wyj­ściu zła­pa­li­śmy się z Madzią pod ramię, jak par­ka eme­ry­tów i pokuś­ty­ka­li­śmy w stro­nę nasze­go apar­ta­men­tu. Sło­wo pokuś­ty­kać jest tu jak naj­bar­dziej na miej­scu. Wspo­mi­na­łem już, że kie­dy dopa­dła mnie faza, co rusz tra­ci­łem wła­dzę nad loso­wy­mi czę­ścia­mi cia­ła. Na wyj­ście padło aku­rat na pal­ce u pra­wej dło­ni, czy­li nie tak zno­wu naj­go­rzej. Pech chciał, że pomy­śla­łem wte­dy: “Uff jak dobrze, że wysia­dła mi tyl­ko ręka, a nie noga, bo nie mógł­bym cho­dzić”. Auto­su­ge­stia zadzia­ła­ła bły­ska­wicz­nie i chwi­lę póź­niej jed­ną koń­czy­nę cią­gną­łem za sobą niczym worek kar­to­fli. I tak sobie kuś­ty­ka­my, kuter­no­ga i dziew­czy­na z ocza­mi jak 5 zło­tych. Pato­la taka, że Daniel Magi­cal ze swo­im kocioł­kiem Pano­ra­mi­xa to przy nas wzór do naśla­do­wa­nia.

Do prze­by­cia mie­li­śmy nie wię­cej niż  kilo­metr, a i tak nie oby­ło się bez kil­ku posto­jów na przy­pad­ko­wych mur­kach. Osta­tecz­nie po godzi­nie dotar­li­śmy do miesz­ka­nia, gdzie po prze­kro­cze­niu pro­gu zaczę­ły się scho­dy. Dosłow­nie i w prze­no­śni. Nie wiem, czy to typo­wa holen­der­ska myśl budow­la­na, ale nasz apar­ta­ment był trzy­po­zio­mo­wy, a na każ­dy poziom pro­wa­dzi­ły eks­tre­mal­nie stro­me scho­dy. Prak­tycz­nie pio­no­wa ścia­na, a do tego bar­dzo drob­ne stop­nie. Szcze­rze mówiąc nawet na trzeź­wo trze­ba było uwa­żać, żeby się z nich nie spie­przyć, więc wyobraź­cie sobie jakie sta­no­wi­ły wyzwa­nie dla ludzi nafa­sze­ro­wa­nych muf­fin­kam z haszem i pod­la­ny­mi kil­ko­ma piwa­mi.

Żeby było trud­niej, musie­li­śmy wdra­pać się na poziom trze­ci, bo wła­śnie tam ulo­ko­wa­na była sypial­nia. Dru­gi sta­no­wi­ły salon, kuch­nia i łazien­ka. Wcho­dzi­li­śmy na czwo­ra­kach. Madzia przo­dem, bo była w tro­chę gor­szym sta­nie, ja zabez­pie­cza­łem tyły. Wspi­nacz­ka wyglą­da­ła tak, że co trzy stop­nie Madzia wygła­sza­ła tek­sty rodem z fil­mów kata­stro­ficz­nych, czy­li: “Wyżej już nie dam rady, stra­ci­łam czu­cie w nogach. Idź sam, ja tu zosta­nę”. Jako naj­lep­szy chło­pak na świe­cie nie bra­łem takiej opcji pod uwa­gę i odpo­wia­da­łem: “Nie zosta­wię cię. Razem w to wdep­nę­li­śmy i razem z tego wyj­dzie­my” (spo­ro emo­cji jak na 12 stop­ni).

Po mniej wię­cej 30 minu­tach dopeł­zli­śmy do sypial­ni, gdzie w koń­cu zale­gli­śmy na upra­gnio­nym wyrku. Myśla­łem, że teraz pój­dzie już z gór­ki, wtem Madzia zaczę­ła łapać halu­na, że łóż­ko się zapa­da. Zna­cie to uczu­cie, kie­dy po pija­ku wyda­je wam się, że spa­da­cie w prze­paść i trze­ba jed­ną nogę zako­twi­czyć na pod­ło­dze, albo skoń­czy się womi­tem? Madzia mia­ła coś w tym sty­lu, tyle że w swo­jej wizji dry­fo­wa­ła na mate­ra­cu w otchłań. Pró­bo­wa­łem ją wyci­szyć, nie­ste­ty bez więk­szych suk­ce­sów. Osta­tecz­nie sta­nę­ło na tym, że chcia­ła do łazien­ki. Wie­cie co to zna­czy? Zno­wu cze­ka­ła nas prze­pra­wa scho­da­mi, tym razem na poziom numer dwa. W dół było jesz­cze trud­niej niż do góry.  Nie dość, że na czwo­ra­ka, to jesz­cze tyłem, żeby ręce cały czas mia­ły pod­par­cie. Trwa­ło to wie­ki, ale jakoś się uda­ło.

Madzia zamknę­ła się w łazien­ce, a ja korzy­sta­jąc z chwi­li wol­ne­go, zale­głem na kana­pie w salo­nie, gdzie w koń­cu mogłem oddać się fazie. Dziw­ne uczu­cie tak leżeć nad­pru­tym, kie­dy za oknem jesz­cze wid­no. Z dru­giej stro­ny nad Morzem Pół­noc­nym zachód słoń­ca wypa­da latem dopie­ro oko­ło 22, więc nawet gdy­bym zjadł te nie­szczę­sne cia­stecz­ka czte­ry godzi­ny póź­niej, efekt był­by iden­tycz­ny. W każ­dym razie leża­łem bez ruchu, patrzy­łem w okno i roz­k­mi­nia­łem, jak to wyszło z tymi palusz­ka­mi ryb­ny­mi, sko­ro ryby nie mają pal­ców? Nie­ste­ty zanim zdą­ży­łem dotrzeć do sed­na mate­rii, tra­fi­ła mnie kim­ka. Po kwa­dran­sie wybu­dzam się cały zaśli­nio­ny i z pani­ką -> “OMG, gdzie jest Madzia?”

Szyb­cio­rem wpa­dam do łazien­ki, patrzę, a Madzia jak gdy­by nigdy nic, sie­dzi na pod­ło­dze i jed­ną ręką przy­tu­la umy­wal­kę, a dru­gą musz­lę. Grzecz­nie pytam, co tu się odja­nie­paw­la, na co Madzia odrze­ka, że zaję­ła stra­te­gicz­ną pozy­cję, bo nie wie­dzia­ła, w któ­rą stro­nę spra­wy się poto­czą, ale wyglą­da na to, że to jed­nak fał­szy­wy alarm.

W następ­nej sce­nie zno­wu wdra­pu­je­my się na czwo­ra­kach po tych cho­ler­nych scho­dach do sypial­ni, na szczę­ście tym razem uda­je nam się zasnąć bez więk­szych tur­bu­len­cji. Następ­ne­go dnia wsta­li­śmy na kacu, jakie­go nie życzył­bym nawet naj­więk­sze­mu wro­go­wi. Nigdy wcze­śniej i nigdy póź­niej nie mia­łem takiej sucho­ści w pysiu. Na hej­nał wypi­łem butel­kę wody mine­ral­nej, a tam nadal Saha­ra. Masa­kra.

Oko­ło połu­dnia doje­cha­li do nas zna­jo­mi, któ­rzy od kil­ku lat miesz­ka­ją na sta­łe w Holan­dii i uży­czy­li nam miesz­ka­nia. Zaafe­ro­wa­ni opo­wia­da­my im o naszej przy­go­dzie, po czym uro­czy­ście skła­da­my na ich ręce pozo­sta­łe muf­fin­ki i cia­stecz­ka z haszem, doda­jąc przy tym, że Holan­dia fak­tycz­nie bar­dzo faj­na, ale dra­gi to jed­nak nie nasza baj­ka. Zna­jo­mi na to w śmiech i mówią, że o dra­gi to my się nawet nie otar­li­śmy hehe, po czym od ręki zja­da­ją otrzy­ma­ne muf­fin­ki i dobi­ja­ją join­tem gru­bym jak Olaf Luba­szen­ki, po któ­rym nawet Sno­op Dogg by zezgo­no­wał. To wszyst­ko pod­la­li bro­war­kiem, po czym luzac­ko pyta­ją, w co dziś idzie­my — pale­nie czy picie? “Chce­cie jesz­cze pić i palić? Poje­baw­szy? Jak was ten towar za godzi­nę zwa­li z nóg, to macie mini­mum dwa dni z gło­wy!” — mówię prze­ra­żo­ny, na co w odpo­wie­dzi dosta­ję tyl­ko “Buehe­he” i “Pla­żo, pro­szę”. Oka­zu­je się, że to co nas pra­wie zabi­ło, dla nich to poran­na roz­bie­gów­ka, coś jak pierw­sza kawa i papie­ros.

Nie wiem i chy­ba nie chcę wie­dzieć, ile trze­ba tre­no­wać, żeby dojść do takiej for­my. Ja w każ­dym razie od tam­tej przy­go­dy, nar­ko­ty­kom mówię sta­now­cze chy­ba NIE.

A to widziałeś?