Wysypisko

My first 7 jobs

31/08/2016

Ostat­nio dużą karie­rę w inter­ne­cie robił hasz­tag #MyFirst7Jobs. Akcja pole­ga­ła na tym, że mniej i bar­dziej zna­ni ludzie opo­wia­da­li o swo­ich sied­miu pierw­szych pra­cach, czy­li o dro­dze, któ­rą musie­li przejść, aby zna­leźć się w aktu­al­nym punk­cie karie­ry. Ja co praw­da wciąż nie odnio­słem spek­ta­ku­lar­ne­go suk­ce­su, ale nie widzę powo­dów, dla któ­rych nie miał­bym podzie­lić się swo­imi sied­mio­ma pierw­szy­mi pra­ca­mi. Ponoć żad­na nie hań­bi, a z cze­goś żyć trze­ba. Jak to napi­sał kie­dyś Julio Cor­ta­zar: “”(…) jak się nie ma for­sy, wszyst­ko idzie jak kur­wie w desz­czu”.

 

Lichwiarz

Pierw­szej pra­cy nie szu­ka­łem, sama mnie zna­la­zła. Otóż pew­ne­go dnia, gdzieś na eta­pie dru­giej kla­sy pod­sta­wów­ki rodzi­ce wró­ci­li z wywia­dów­ki i melo­dra­ma­tycz­nym gło­sem oznaj­mi­li, że musi­my poroz­ma­wiać. “Oho, ton na spe­cjal­ne oka­zje” pomy­śla­łem, a to ozna­cza, że kroi się grub­sza akcja. Oka­za­ło się, że według wycho­waw­czy­ni jestem lichwia­rzem i w prze­rwach mię­dzy lek­cja­mi udzie­lam szyb­kich poży­czek  —  bez for­mal­no­ści, ale za to na wyso­ki pro­cent. Fak­tycz­nie, stwo­rzy­łem Pro­vi­den­ta zanim sta­ło się to mod­ne, ale na swo­ją obro­nę mogę powie­dzieć, że nie mia­łem złych inten­cji. W kla­sie na porząd­ku dzien­nym było poży­cza­nie sobie drob­nych kwot rzę­du 1–2 zło­te na towa­ry pierw­szej potrze­by ze szkol­ne­go skle­pi­ku, ale z cza­sem część ziom­ków prze­sta­ła wywią­zy­wać się ze zobo­wią­zań. Baaa, wycwa­ni­li się tak bar­dzo, że nie spła­ci­li jesz­cze jed­ne­go dłu­gu, a już pró­bo­wa­li zacią­gnąć kolej­ny. Oczy­wi­ście odma­wia­łem, bo co to za biz­nes? Zda­nie zmie­ni­łem, dopie­ro kie­dy zaczę­li przy­cho­dzić z pro­po­zy­cją typu: “pożycz zło­tów­kę, oddam zło­ty pięć­dzie­siąt”. Deal życia, kto by nie wszedł? Nie­ste­ty w pew­nym momen­cie wszyst­ko wyrwa­ło się spod kon­tro­li, kum­ple powpa­da­li w spi­ra­lę dłu­gów i gene­ral­nie wyszła chry­ja na mak­sa, cze­go następ­stwem była wła­śnie moja poważ­na roz­mo­wa z rodzi­ca­mi. W 2008 roku dokład­nie to samo spo­tka­ło bank Leh­man Bro­thers, co w kon­se­kwen­cji dopro­wa­dzi­ło do świa­to­we­go kry­zy­su finan­so­we­go. W dru­giej kla­sie mia­łem też etap, kie­dy prze­krę­ca­łem swo­ich dziad­ków meto­dą na wnucz­ka, no i tro­chę kan­to­wa­łem mamę przy odda­wa­niu resz­ty z zaku­pów. Przez “tro­chę” mam na myśli sytu­ację, kie­dy mat­ka patrzy­ła na tor­bę z zaku­pa­mi, póź­niej na resz­tę szma­lu, a jesz­cze póź­niej na mnie, po czym wyska­ki­wa­ła z pyta­niem, gdzie byłem na zaku­pach? W Mul­ti­ki­nie, na Orle­nie czy może w stre­fie bez­cło­wej na lot­ni­sku? Ewi­dent­nie mia­łem zadat­ki na pre­ze­sa Amber Gold.

 

Jack Sparrow

Dru­gi biz­nes to nie­le­gal­na tłocz­nia płyt. Mia­łem fart, bo ojciec jarał się kom­pu­te­ra­mi, dzię­ki cze­mu zawsze mia­łem dostęp do nowych tech­no­lo­gii przed inny­mi. Pierw­szy w kla­sie pecet, pierw­szy pod­łą­czo­ny do inter­ne­tu i w koń­cu pierw­sza nagry­war­ka CD (jesz­cze nikt nie sły­szał o DVD). Wła­śnie nagry­war­ka oka­za­ła się urzą­dze­niem, któ­re dało mi zaro­bić kil­ka gro­szy. Kró­lo­wa­ły wte­dy disc­ma­ny, a wiel­ką karie­rę zaczę­ła robić muzy­ka w mp3 i fil­my w divik­sie. Zapo­trze­bo­wa­nie ryn­ku było ogrom­ne, a kon­ku­ren­cja prak­tycz­nie żad­na. Za wypa­le­nie CD kaso­wa­łem 10 zeta, z cze­go 3 zł sta­no­wi­ło zwrot kosz­tów pustej pły­ty, a pozo­sta­łe 7 to już czy­sty zysk. Nie­ste­ty sam pro­ces nagry­wa­nia trwał wiecz­ność, bo oko­ło godzi­ny, a komp po 3 sesjach grzał się jak komi­nek, więc dzia­ła­łem bar­dziej w deta­lu niż w hur­cie, ale i tak był z tego spo­ko pie­niądz. Wszyst­ko zesra­ło się pół roku póź­niej, kie­dy ceny nagry­wa­rek pole­cia­ły na łeb na szy­ję, zabi­ja­jąc przy oka­zji popyt na moje usłu­gi. Z karie­ry pira­ta pamię­tam jesz­cze, że naj­więk­szą popu­lar­no­ścią cie­szy­ła się Ency­klo­pe­dia Przy­ro­dy. Każ­dy chciał mieć wła­sną kopię. Oczy­wi­ście tytuł był ście­mą, a praw­dzi­wą zawar­tość sta­no­wi­ły fikoł­ki. Nor­mal­na rzecz, w koń­cu klien­ta­mi była mło­dzież doj­rze­wa­ją­ca, a Red­Tu­be miał powstać dopie­ro za 15 lat.

 

Mielenie gąbki

Trze­cia pra­ca była naj­bar­dziej wynisz­cza­ją­cym zaję­ciem jakie kie­dy­kol­wiek mia­łem.  Zatrud­ni­li­śmy się z bra­tem w zakła­dzie pro­du­ku­ją­cym poście­le, do któ­re­go trze­ba było dymać z buta aż do sąsied­niej wsi. Zaczy­na­li­śmy o 7 rano, więc o 6 musie­li­śmy być już w dro­dze. Dra­mat. Sze­dłem ze skle­jo­nym okiem i roz­wią­za­ny­mi buta­mi, bo o tej porze nie mia­łem jesz­cze czu­cia w rękach, a po dotar­ciu na miej­sce byłem skraj­nie wyora­ny i mógł­bym w zasa­dzie iść już spać, tym­cza­sem przede mną było jesz­cze 10 godzin pra­cy. Podział obo­wiąz­ków wyglą­dał tak, że bra­ta rzu­ci­li na sek­cję cię­cia mate­ria­łu, gdzie słu­chał sobie radyj­ka, kaw­ko­wał i gawę­dził ze star­szy­mi pania­mi. Ja nie­ste­ty mia­łem mniej szczę­ścia i przy­pa­dło mi zaję­cie mie­le­nia gąb­ki, potrzeb­nej do wypeł­nie­nia podu­szek. Pra­co­wa­łem w małym, zamknię­tym pomiesz­cze­niu 2 na 2m, do któ­re­go wno­si­łem kurew­sko cięż­kie wory z gąb­ką, następ­nie tę gąb­kę wrzu­ca­łem do wiel­kie­go bąka, uzbro­jo­ne­go w zabój­cze ostrza, a to co z nie­go wypa­da­ło po zmie­le­niu, zbie­ra­łem do nowe­go wora i tasz­czy­łem pod szwal­nię. Pra­ca masa­kra. W pomiesz­cze­niu ciem­no jak w dupie,  gorą­co jak w pie­kle, bąk noto­rycz­nie się zapy­chał i trze­ba było uwa­żać, żeby nie stra­cić łap pod­czas pró­by prze­py­cha­nia, do tego zaje­bi­sty hałas i kłę­by pyłu od mie­le­nia. Ściem­niać się nie dało, bo mia­łem okre­ślo­ne mini­mum worów do prze­mie­le­nia. Mimo wszyst­ko w pra­cy wytrwa­łem do koń­ca kon­trak­tu, z cze­go byłem bar­dzo dum­ny. Zaro­bio­ny kesz mie­li­śmy prze­zna­czyć na Play­Sta­tion 2, ale wcze­śniej poje­cha­li­śmy na week­end nad morze, gdzie nie wytrzy­ma­łem psy­chicz­nie i pode­bra­łem z puli 10 zł, za któ­re kupi­łem nale­śni­ki. Kie­dy brat się o tym dowie­dział, naj­pierw nie­ziem­sko się wkur­wił, po czym prze­szedł zała­ma­nie ner­wo­we i stwier­dził, że bez tych 10 zeta marze­nie o PS2 pękło jak bań­ka mydla­na i w zasa­dzie może­my roz­wa­lić resz­tę szma­lu, bo i tak cały plan poszedł się walić. Tak też zro­bi­li­śmy.

 

Długopisowy StartUp

Jeste­śmy na eta­pie, kie­dy prze­nio­słem się już na stu­dia do War­sza­wy. Stu­dio­wa­łem dzien­nie, więc inte­re­so­wa­ła mnie pra­ca doryw­cza. Oczy­wi­ście pierw­szym moim kro­kiem było zapy­ta­nie googla jak zaro­bić i się nie naro­bić? W odpo­wie­dzi dosta­łem suge­stię, żeby zacząć skrę­cać dłu­go­pi­sy. Klik­ną­łem w link i przy­się­gam, że opis czy­ta­łem z wypie­ka­mi na twa­rzy. Wyda­wa­ło mi się, że zła­pa­łem Pana Boga za nogi — “przy­śle­my Ci czę­ści, z któ­rych skrę­cisz dłu­go­pi­sy, póź­niej ktoś po nie przyj­dzie i da Ci za to kupę szma­lu”. Pomy­śla­łem, że muszę szyb­ko klik­nąć, bo zaraz inni się dowie­dzą i będzie po zawo­dach. Na szczę­ście następ­ne­go dnia wytrzeź­wia­łem i jesz­cze raz zgo­oglo­wa­łem temat. Tym razem tra­fi­łem na forum, z któ­re­go dowie­dzia­łem się, że naj­pierw trze­ba zapła­cić jakieś cho­re pie­nią­dze za prze­sła­nie czę­ści, dalej jest etap skrę­ca­nia, a póź­niej same­mu trze­ba wyjść w mia­sto i spró­bo­wać komuś te dłu­go­pi­sy wci­snąć. Gene­ral­nie kupa, ale bez szma­lu. I tyle było z moje­go pierw­sze­go sta­ru­pu. Mis­sion fail.

 

Topiarz Fryty

Po nie­wy­pa­le z dłu­go­pi­sa­mi stwier­dzi­łem, że przez inter­net raczej nie zaro­bię, więc trze­ba będzie zna­leźć praw­dzi­wą pra­cę. Uzna­łem, że naj­lep­szym kie­run­kiem będzie fast­fo­od ze wzglę­du na ela­stycz­ne godzi­ny pra­cy. Wsze­dłem na pracuj.pl i  już po chwi­li zna­la­złem ofer­tę na sta­no­wi­sko topiarz fry­ty. Pomy­śla­łem, że tro­chę prze­szar­żo­wa­li z nazwą, ale jakoś sobie wytłu­ma­czy­łem, że pew­nie mam do czy­nie­nia z hip­ster­ską knaj­pą, poza tym nie wyma­ga­li ksią­żecz­ki sane­pi­du, co było dla mnie klu­czo­we, bo nie mia­łem ocho­ty jechać przez pół mia­sta z dwó­jecz­ką w pró­bów­ce. Umó­wi­łem się na spo­tka­nie, ale po dotar­ciu na miej­sce zła­pa­łem lek­ką kon­ster­na­cję, bo zamiast do fan­cy knaj­py tra­fi­łem do fir­my pro­du­ku­ją­cej cera­mi­kę.  Osta­tecz­nie oka­za­ło się, że topiarz fry­ty wca­le nie ogar­nia fry­tow­ni­cy w Maku tyl­ko napier­da­la przy pie­cach słu­żą­cych do wyta­pia­nia jakie­goś gran­tu­la­tu (fry­ty) nie­zbęd­ne­go do pro­duk­cji szkliw cera­micz­nych. Mis­sion fail. 

 

Praca na taśmie

Mówi się, że do trzech razy sztu­ka i fak­tycz­nie za trze­cim razem uda­ło mi się zna­leźć praw­dzi­wą pra­cę. Zatrud­ni­łem sie w dru­kar­ni pro­du­ku­ją­cej kore­spon­den­cję wyso­ko­na­kła­do­wą. Dru­ko­wa­li­śmy rachun­ki, umo­wy, rekla­my, ofer­ty, widy­ka­cje, tego typu tema­ty. Posta­wi­li mnie na taśmie, gdzie moim zada­niem było zbie­ra­nie zako­per­to­wa­nych listów, wyplu­tych przez wiel­ką maszy­nę i wkła­da­nie ich do pla­sti­ko­wych skrzy­nek. Po zapeł­nie­niu całej pale­ty skrzy­nia­mi, musia­łem ją zafo­lio­wać i odsta­wić na maga­zyn, skąd zabie­rał ją trans­port pocz­to­wy. Gene­ral­nie byłem w tym opo­ro­wo chu­jo­wy, co rusz zaci­na­łem się papie­rem, bro­cząc krwią na koper­ty i total­nie nie wyra­bia­łem się ze zbie­ra­niem towa­ru z taśmy. Po nocach śni­ło mi się, że maszy­na plu­je lista­mi jak sza­lo­na, a ja pró­bu­ję je wszyst­kie zebrać, ale nie daję rady i w koń­cu cała hala w nich tonie. Mimo wszyst­ko pra­cę uwiel­bia­łem, bo była dobra eki­pa i nie­koń­czą­cy się mara­ton śmie­chu. To się jakie­goś śpio­cha wrzu­ca­ło na foliar­kę, to inne­mu zio­mo­wi wrzu­ci­li­śmy rower na dach zakła­du, a ten szan­ta­żo­wał, że zadzwo­ni na poli­cje, jeśli nie zdej­mie­my, to mi chło­pa­ki tak star­li Kubo­ty, że pode­szwa mia­ła 1 mili­metr gru­bo­ści. Po pro­stu na noc­nej zmia­nie jeden gość zdzie­rał je jeż­dzać przez 5 godzin pod­cze­pio­ny do wóz­ka widło­we­go. Pamię­tam też akcję, kie­dy na roz­mo­wę o pra­cę przy­szedł czar­no­skó­ry emi­grant. Miał dwie ręce i mówił per­fek­cyj­nie po pol­sku, więc robo­tę dostał.  Miał zacząć następ­ne­go dnia. No i zaczął, tyle że przez noc ewi­dent­nie zapo­mniał języ­ka pol­skie­go. Koleś, któ­ry go przy­uczał za cho­le­rę nie mógł sie doga­dać, więc w koń­cu nie wytrzy­mał psy­chicz­nie i poszedł na skar­gę do kie­row­nicz­ki. Ta prze­pro­wa­dzi­ła śledz­two, po któ­rym oka­za­ło się, że gość z roz­mo­wy i typ z pra­cy to dwaj zupeł­nie inni kole­sie. Tym spo­so­bem wykry­li­śmy wiel­ki prze­kręt, gdzie jeden murzyn afro­ame­ry­ka­nin ogar­niał pra­cę po całej War­sza­wie innym afro­aery­ka­nom bez zna­jo­mo­ści języ­ka. Wadą dru­kar­ni był wiel­ki hałas. Ogłu­chem w tej robo­cie. Cza­sa­mi ludzie coś do mnie mówi­li, a mi głu­pio było po raz dzie­sią­ty powta­rzać “co? / słu­cham?”, więc po pro­stu przy­ta­ki­wa­łem. Pew­ne­go razu wpa­ro­wa­ła roz­go­rącz­ko­wa­na kie­row­nicz­ka i zaczę­ła gadać “bla bla bla bla bla przy­nieś mi za 5 minut do biu­ra”. Powie­dzia­łem, że jasne, cho­ciaż ni cho­le­ry nie dosły­sza­łem o co bie­ga. Po jej wyj­ściu pytam ziom­ka, cze­go chcia­ła, na co on, że nie dosły­szał, ale chy­ba dziur­kacz. 

- Taaa dziur­kacz? Prze­cież wzię­ła­by od razu!

- Jak wiesz lepiej, to po co pytasz? Chcia­ła dziur­kacz, ten wiel­ki 3 kilo­wy do prze­dziu­ra­wia­nia pli­ku doku­men­tów.

Nie do koń­ca prze­ko­na­ny, ale z bra­ku lep­szych pomy­słów zanio­słem jej ten koby­la­sty dziur­kacz. Nigdy nie zapo­mnę jej spoj­rze­nia pt. “WTF?”.

 

Makler

W CV mam jesz­cze epi­zod gry na gieł­dzie. Na noc­nej zmia­nie w dru­kar­ni prze­czy­ta­łem książ­kę Rober­ta Kiy­osa­kie­go “Boga­ty ojciec, bied­ny ojciec”, po któ­rej zapra­gną­łem zmie­nić swo­je życie i zostać milio­ne­rem. Z For­be­sa dowie­dzia­łem się, że lada moment PZU wcho­dzi na gieł­dę, a ich akcje to pew­niak. Nic tyl­ko inwe­sto­wać. Wycią­gną­łem wszyst­kie swo­je oszczęd­no­ści i za całość kupi­łem akcje. Star­czy­ło na 3. Fak­tycz­nie zwyż­ko­wa­ły, ale po jakimś cza­sie byłem w potrze­bie i musia­łem szyb­ko je upłyn­nić. Zaro­bi­łem 30 zł na sztu­ce, czy­li 90 zło­tych łącz­nie. Sza­łu nie było, ale zawsze lep­sze to niż nic, zwłasz­cza, że wszyst­ko samo się zro­bi­ło. Umiar­ko­wa­na radość trwa­ła do lute­go, kie­dy dosta­łem jakie­goś nie­ty­po­we­go PITa i oka­za­ło się, że od zaro­bio­nej kasy trze­ba jesz­cze zapła­cić poda­tek. Na dobi­cie, w mar­cu dosta­łem od ING rachu­nek na 100 zło­tych z tytu­łu pro­wa­dze­nia kon­ta makler­skie­go. W sumie skoń­czy­łem z pię­cio­ma dycha­mi pod kre­ską. Jaki kraj taki Wilk z Wall Stre­et.

A to widziałeś?