Wysypisko

Liga Europy — finał od kuchni

29/05/2015

Moż­na powie­dzieć, że Liga Euro­pej­ska to brzyd­sza i bar­dziej zahu­ka­na sio­stra Ligi Mistrzów, do któ­rej nikt na trzeź­wo nie pod­cho­dzi. Niby gra­ją w niej w mia­rę uzna­ne mar­ki, ale nie są zno­wu na tyle atrak­cyj­ne, żeby śle­dzić je co tydzień. Prze­waż­nie wystar­cza spraw­dza­nie wyni­ków na live­sco­rze. Jed­nak podob­nie jak Kop­ciu­szek miał swój bal, tak Liga Euro­pej­ska raz w roku prze­ży­wa noc, kie­dy z ogra prze­mie­nia się w księż­nicz­kę Fio­nę i ma bra­nie. Jej pri­me time przy­pa­da na mecz fina­ło­wy, czy­li moment, kie­dy wszyst­kie ogór­ko­we i męczą­ce bułę dru­ży­ny zosta­ły już odstrze­lo­ne, a w grze pozo­sta­ją tyl­ko dwie naj­lep­sze. Jest jesz­cze jed­na sprzy­ja­ją­ca oko­licz­ność. Mecz fina­ło­wy przy­pa­da na okres, gdy więk­szość lig jest już po zakoń­cze­niu sezo­nu, przez co kibi­ce są wyposz­cze­ni jak żoł­nie­rze na prze­pu­st­ce i śred­nio zwra­ca­ją uwa­gę na twarz. Zali­czą wszyst­ko, co się nawi­nie.

Z pol­skiej per­spek­ty­wy, tego­rocz­na Liga Euro­pej­ska zyska­ła dodat­ko­wo +100 do atrak­cyj­no­ści. Nie dość, że Sta­dion Naro­do­wy został wyzna­czo­ny na miej­sce roz­gry­wa­nia fina­łu, to jesz­cze w wyj­ścio­wej jede­na­st­ce FC Sevil­la wystą­pił nasz repre­zen­ta­cyj­ny obroń­ca, Grze­gorz Kry­cho­wiak. Gdy­by wygrał, był­by to pierw­szy przy­pa­dek w histo­rii, kie­dy pił­karz zdo­by­wa puchar euro­pej­ski przed wła­sną publicz­no­ścią. Dziś już wia­do­mo, że to się uda­ło. Cof­nij­my się jed­nak o 2 dni wstecz i zobacz­my jak mecz wyglą­dał od kuch­ni.

Od rana War­sza­wa prze­ży­wa­ła wzmo­żo­ny ruch ukra­iń­skich i hisz­pań­skich kibi­ców (wspo­mi­na­łem, że w fina­le gra­ły FC Sevil­la z Hisz­pa­nii i Dni­pro Dnie­pro­pie­trowsk z Ukra­iny?), a media dono­si­ły o róż­nych incy­den­tach i krwa­wych jat­kach na uli­cach. Po takich infor­ma­cjach spo­dzie­wa­łem się moc­no napię­tej sytu­acji, tym­cza­sem pod sta­dio­nem było spo­koj­niej niż na wyprze­da­ży w Lidlu. Przy­jezd­ni bez­ko­li­zyj­nie sączy­li bro­wa­ry i wymie­nia­li się doświad­cze­nia­mi. Uda­ło mi się nawet nagrać moment, kie­dy fani Dni­pro pró­bo­wa­li nauczyć pew­ne­go Hisz­pa­na kil­ku słów po ukra­iń­sku (zgad­nij­cie o jakie sło­wa cho­dzi­ło, pod­po­wiem, że pierw­szym był Putin) i opo­wie­dzieć o ich aktu­al­nej sytu­acji poli­tycz­nej. Nie­ste­ty Hisz­pan oka­zał się mało kuma­ty.

Mecz był roz­gry­wa­ny w śro­dę, czy­li dzień zwa­ny w nie­któ­rych krę­gach “małą sobo­tą”, wska­za­ne więc było roz­po­czę­cie wie­czo­ru od kil­ku jasnych peł­nych i małe­go co nie­co.

Po nad­wi­ślań­skim bifor­ku i lek­cji kul­tu­ro­znaw­stwa od zagra­nicz­nych kibi­ców, uda­li­śmy się na sta­dion, gdzie aku­rat pod­jeż­dżał auto­bus z pił­ka­rza­mi Sevil­li. Na nagra­niu śred­nio to widać, ale pił­ka­rze byli tak samo zaja­ra­ni atmos­fe­rą, co kibi­ce i eufo­rycz­nie wali­li w szy­by swo­je­go bron­ko­bu­sa.

Pomi­mo spo­re­go tłu­mu, wej­ście na sta­dion było bez­pro­ble­mo­we. Ochro­na szyb­ko się ogar­nia­ła z maca­niem ludzi w poszu­ki­wa­niu rac i maczet, dzię­ki cze­mu wszyst­ko szło płyn­nie. Jedy­ny szko­puł sta­no­wił brak toj-toi.

No i sta­dio­no­we koło­wrot­ki dla nie­któ­rych oka­zy­wa­ły się zapo­rą nie do przej­ścia. Poza tym luzik.

Zapo­wia­da­no, że sta­dion będzie wypeł­nio­ny na full, w rze­czy­wi­sto­ści na try­bu­nach, podob­nie jak na gło­wie Rad­ka Maj­da­na, zda­rza­ły się prze­świ­ty. Nam przy­pa­dły miej­sców­ki na dru­gim pię­trze, bli­sko sek­to­ra kibi­ców Sevil­li. Opra­wa z naszej per­spek­ty­wy wyglą­da­ła tak:

Prze­czu­cie pod­po­wia­da­ło mi, że mecz nie będzie z kate­go­rii super eks­cy­tu­ją­cych. Mam już doświad­cze­nie z Camp Nou i Ber­li­na w bez­bram­ko­wych spo­tka­niach i tym razem spo­dzie­wa­łem się powtór­ki z roz­ryw­ki. Tuż przed pierw­szym gwizd­kiem wrzu­ci­łem nawet na fejs­bu­nia sta­tus, w któ­rym prze­wi­dy­wa­łem rzu­ty kar­ne po 120 męczą­cych minu­tach kle­pa­nia w środ­ku pola. Tym­cza­sem szok! Pierw­sza bram­ka padła już w 7 minu­cie, a w całej pierw­szej poło­wie nali­czy­łem ich łącz­nie 4, w tym jed­no tra­fie­nie Kry­cho­wia­ka #tyle­wy­grać.

Jesz­cze przed prze­rwą Madzia wzię­ła tele­fon i powie­dzia­ła: “nagram Ci mate­riał na blo­ga”. W tym momen­cie sta­ło się to:

Sko­ro już jeste­śmy przy dam­skich odczu­ciach z meczu, to Madzi naj­bar­dziej się podo­ba­ło, kie­dy sędzia zazna­czył pian­ką do gole­nia miej­sce wyko­ny­wa­nia rzu­tu wol­ne­go. Kto by się jarał bram­ka­mi sko­ro jest pian­ka? A jesz­cze przed meczem pod­słu­cha­ła roz­mo­wę przy­pad­ko­wych kibi­ców i koza­czy­ła: “A czy Ty wiesz, że Sevil­la ma szan­sę wygrać puchar dru­gi raz z rzę­du i jeśli tego doko­na to auto­ma­tycz­nie awan­su­je do fazy gru­po­wej Ligi Mistrzów?”. Wyho­do­wa­łem sobie dru­gie­go Jac­ka Gmo­cha. Cze­kam aż chwy­ci za mar­ke­ry i roz­ry­su­je mi poszcze­gól­ne akcje. Jeśli wciąż nie wie­cie “co to spa­lo­ny?”, dawaj­cie znać, usta­wię kore­pe­ty­cje u Madzi.

Wra­ca­jąc do meczu, po 45 minu­tach było 2:2, więc kibi­ce obu dru­żyn na prze­rwę scho­dzi­li w dobrych nastro­jach. Nie­któ­rzy ten kwa­drans posta­no­wi­li wyko­rzy­stać na sesje zdję­cio­wą samo­je­bek. Nie­se­ty nie wszy­scy sobie radzi­li. Pewien azja­ta miał bar­dzo duży pro­blem z uchwy­ce­niem ide­al­ne­go dziub­ka.

Po prze­rwie gra lek­ko sia­dła. Obie dru­ży­ny bały się zaata­ko­wać i nadziać na kontrę. Osta­tecz­nie Sevil­li uda­ło się zro­bić akcję z dupy i wyjść na pro­wa­dze­nie 3:2. Cie­ka­wost­ką jest, że strze­lec dru­giej i trze­ciej bram­ki dla Hisz­pa­nów, Car­los Bac­ca, jesz­cze do nie­daw­na robił w Kolum­bii za kana­ra.

Mimo żywio­ło­we­go dopin­gu (na prze­mian krzy­cze­li “Na Hoj?” i “Pac­can!”) i wia­ry do ostat­nich sekund ze stro­ny ukra­iń­skich kibi­ców, wynik już się nie zmie­nił i Sevil­la po raz dru­gi z rzę­du i czwar­ty w ostat­niej deka­dzie, się­gnę­ła po puchar.

Zawod­ni­cy Dni­pro mimo poraż­ki i tak zapi­sa­li się w histo­rii. Po pierw­sze byli naj­więk­szą sen­sa­cją tur­nie­ju, po dru­gie prze­gra­li o piczy kłak i po trze­cie, naj­bar­dziej istot­ne, osią­gnę­li taki wynik mimo, że cały sezon mie­li pod gór­kę. Ze wzglę­du na kon­flikt z Rosją swo­je mecze musie­li roz­gry­wać pra­wie 500 kilo­me­trów od macie­rzy­ste­go sta­dio­nu. Sza­cun.

A to widziałeś?