Wysypisko

Historia pewnej paczki

25/06/2017

Ludzie już tak mają, że po kup­nie nowe­go tele­fo­nu przez kil­ka pierw­szych dni obcho­dzą się z nim jak z jaj­kiem. Etui, folia na ekran, dba­nie, żeby nie wsa­dzać go do jed­nej kie­sze­ni z klu­cza­mi, co by się żad­na ryska nie zro­bi­ła, itd. itp. Takie namasz­cze­nie trwa mniej wię­cej do pierw­sze­go upad­ku, a póź­niej wyje­ba­ne i powrót do sta­rych olew­czych zwy­cza­jów. Podob­nie jest ze sprzą­ta­niem cha­ty. Naj­pierw zapusz­czasz kwa­drat jak stu­den­ci aka­de­mik i igno­ru­jesz syf do momen­tu, aż pew­ne­go dnia dosta­jesz kopa moty­wa­cyj­ne­go, po któ­rym przez kil­ka godzin ura­biasz się po łok­cie, żeby cha­łu­pa zno­wu zaczę­ła jako tako speł­niać wymo­gi miesz­ka­nio­wo-sane­pi­do­we. Ogar­niasz sza­fy, pucu­jesz okna, zale­wasz zło z musz­li potrój­ną daw­ka Dome­sto­sa, tego typu tema­ty.  Po takiej orce czło­wiek wkrę­ca sobie, że od teraz będzie już sprzą­tał na bie­żą­co, cho­dził dwój­ko­wać wyłącz­nie do McDo­nal­d’s i pil­no­wał, żeby żaden baran nie ska­ził pod­ło­gi zabło­co­ny­mi bucio­ra­mi. W koń­cu nikt o zdro­wych zmy­słach nie chce kolej­ny raz wpier­ni­czać się w takie hard­co­ro­we sprzą­ta­nie. Mija kil­ka dni i wszyst­ko wra­ca do nor­my — skar­pe­ty na pod­ło­gę, bo do pral­ki za dale­ko, krze­sło zno­wu robi za sza­fę, naczy­nia wysy­pu­ją się ze zle­wu, a Two­ją jedy­na reflek­sją jest: “Oj tam oj tam, “jutro” umy­ję wszyst­ko za jed­nym razem”. Jutro ma tę zale­tę, że zawsze jest aktu­al­ne.

Piszę o tym, bo podob­ne nasta­wie­nie mia­łem po nie­daw­nej wizy­cie w u den­ty­sty. Kolo zapo­dał mi zabieg zdej­mo­wa­nia kamie­nia i pia­sko­wa­nia, po któ­rych uśmiech mia­łem nie­mal tak bia­ły jak Andrzej Pia­secz­ny, czy­li bez Ray­ba­nów nie pod­chodź. Po wyj­ściu obie­ca­łem sobie, że od teraz będę dbał, żeby taki stan był już per­ma­nent­ny, czy­li koniec z colą, kawą, whi­skey i e‑papierosem. Wra­ca­jąc do domu kupi­łem naj­droż­szą pastę wybie­la­ją­cą, nić den­ty­stycz­ną, płu­kan­kę do ryja Liste­ri­ne, a przez inter­net domó­wi­łem jesz­cze szczo­tecz­kę sonicz­ną, czy­li poziom wyżej niż szczo­tecz­ka elek­trycz­na. Jako spo­sób dosta­wy wybra­łem odbiór w pacz­ko­ma­cie i od tego momen­tu zaczę­ły się scho­dy. Otóż dwa dni póź­niej dosta­łem smsa, że towar jest już do odbio­ru, więc wie­czo­rem pod­bi­jam do pacz­ko­ma­tu, stan­dar­do­wo wbi­jam kod, a tu zonk, bo zamiast dźwię­ku otwar­tej sza­fecz­ki, sły­szę pik­nię­cie alar­mo­we, po któ­rym na ekra­nie wyska­ku­je komu­ni­kat “Sor­ry Gre­go­ry, ale jest awa­ria i nie da rady otwo­rzyć sza­fecz­ki”.

paczkomat

Robi­łem kil­ka podejść, ale za każ­dym razem ten sam rezul­tat. “Dobra, shit hap­pens” pomy­śla­łem, po czy wró­ci­łem do cha­ty i wysła­łem do Impo­stu maila z opi­sem sytu­acji oraz proś­bą o inter­wen­cję. Cóż, ich ana­li­za zgło­sze­nia była tak powol­na, że pacz­ka zosta­ła zabra­na z pacz­ko­ma­tu i prze­wie­zio­na na sor­tow­nię, skąd mia­łem ją ode­brać w cią­gu 2 dni, albo zwró­cą towar do sprze­daw­cy. Wku­rzy­łem się, że lecą w chu­ja, kie­dy to ewi­dent­nie ich wina i zno­wu napi­sa­łem maila, ale tym razem bar­dziej rosz­cze­nio­we­go. Przy­zna­li mi rację i zwró­ci­li pakę do pacz­ko­ma­tu. Jadę, wbi­jam kod i zno­wu to samo — awa­ria. No chuj dupa cyce. Wró­ci­łem do domu z zamia­rem kon­kret­ne­go nawrzu­ca­nia im w mailu, ale osta­tecz­nie zapo­mnia­łem go wysłać. Wypadł aku­rat dłu­gi week­end, więc pole­cia­łem w tan­go, a w mię­dzy­cza­sie minął ter­min odbio­ru i zno­wu pacz­ka wylą­do­wa­ła w sor­tow­ni. “Trud­no, prze­ja­dę się rowe­rem i odbio­rę” zarzą­dzi­łem, po czym spraw­dzam na mapie, gdzie ta sor­tow­nia i oka­za­ło się, że to dru­gi koniec Wawy, czy­li total­nie nie po dro­dze. Z pomo­cą przy­szedł kum­pel z robo­ty, któ­ry powie­dział, że mam fart, bo dokład­nie na prze­ciw­ko pra­cu­je jego żona i może mi tę pacz­kę ode­brać. Wia­do­mo, że posze­dłem na taki dil. Prze­sła­łem mu wszyst­kie numer­ki nie­zbęd­ne do odbio­ru, wtem kil­ka godzin póź­niej dosta­je wia­do­mość, że misja zakoń­czy­ła się suk­ce­sem, pacz­ka ode­bra­na, ale jest wiel­ka jak skur­we­syn, a on jeź­dzi do robo­ty na rowe­rze i ma ogra­ni­czo­ne miej­sce w ple­ca­ku, więc naj­le­piej by było gdy­by otwo­rzył kar­ton i spa­ko­wał tyl­ko zawar­tość.  Oczy­wi­ście się na to zgo­dzi­łem. Chwi­lę póź­niej dosta­łem smsa:

sms

dildo

Po cichu liczę, że mnie wkrę­ca, ale zna­jąc moją kar­mę, na 99% jestem pew­ny, że to jed­nak praw­da. Wyglą­da na to, że Sfe­ris będzie musiał gęsto się tłu­ma­czyć, z tego, co tu zaszło, a sam towar prze­ka­żę Izie Mikro. Na moje oko oka­dza to i owo lepiej niż sza­ła­wia.

miko

Swo­ją dro­gą, Iza ma bar­dzo dziw­ne zajaw­ki:

iza

 

http://www.empik.com/piguot-czyli-swinia-ryje-w-sieci-pigout,p1143371451,ksiazka‑p

A to widziałeś?