Wysypisko

Trzy lata z Churchillem

10/04/2019

Tym­cza­sem dzi­siaj mija­ją trzy lata, od kie­dy zadzwo­ni­ła do mnie Madzia i zapo­da­ła:

- A wiesz, że kole­ga z mojej pra­cy zna­lazł małe­go, ran­ne­go psia­ka przy jed­nej z ruchliw­szych tras w Wawie? Pierw­szy raz go zoba­czył przy skrzy­żo­wa­niu, jak jechał rano do pra­cy. Po kil­ku godzi­nach wra­cał tą samą dro­gą, a sier­ściuch nadal tam stał i był w tak opła­ka­nym sta­nie, że aż pta­ki zaczę­ły go dzio­bać.

- Ojej, strasz­nie smut­na histo­ria

- Żebyś wie­dział. Jak zoba­czy­łam fot­ki, to popła­ka­łam się bar­dziej niż na Tita­ni­cu

- Daj spo­kój z Tita­ni­kiem. Jak­by Kaś­ka mia­ła dobre chę­ci, to Leoś na luzie by się zmie­ścił na tej tra­twie. Baaa weszła­by jesz­cze cała jego rodzi­na… licząc trzy poko­le­nia wstecz.

- Na mesen­dże­rze wysła­łam ci zdję­cia. Zobacz jaki sło­dziak. Kole­ga szu­ka dla nie­go nowe­go domu. Może byśmy wzię­li?

- No fak­tycz­nie faj­ny. W sumie może­my prze­my­śleć

- To prze­myśl szyb­ciej, bo o 17 jedzie­my go ode­brać

No i tak to mniej wię­cej wyglą­da­ło. Od dłuż­sze­go cza­su roz­wa­ża­li­śmy, czy by nie przy­gra­nąć jakie­goś psa, ale jakoś cią­gle bra­ko­wa­ło decy­zyj­no­ści. Bo co będzie, jak pój­dzie­my do pra­cy? A jak wyjazd jakiś się tra­fi? To zna­jo­mi odra­dza­li, bo miesz­ka­nie znisz­czy, bo trze­ba wypro­wa­dzać etc.

lucky3

Pierd*lenie o Szo­pe­nie. Wzię­cie Chur­chil­la było naj­lep­szą decy­zją ever. Nie ma lep­sze­go anty­de­pre­san­ta. Możesz wyjść z domu tyl­ko na 2 minu­ty, a ten i tak będzie Cię witał, jak­byś wyszedł na 2 lata. Na począt­ku owszem, było cięż­ko, bo jak nie zdwój­ko­wał się na narzu­tę, to zja­dał moje gry na Play­sta­tion #Zawał­Ser­ca albo Madzio­we sta­ni­ki z Wik­to­rii Sikrets. Na spa­ce­rach gania­łem za nim jak debil, bo za cho­le­rę nie dawał się przy­wo­łać, a kie­dy pró­bo­wa­łem go zła­pać, myślał, że to zaba­wa i cze­kał aż zbli­żę się na dwa kro­ki, po czym dzi­da w dłu­gą. Poszli­śmy do szkół­ki dla nie­sfor­nych psia­ków, żeby to ogar­nąć i tam cwa­niak był pry­mu­sem. Komen­da “zostań” i zosta­wał, komen­da “siedzieć”/ “leżeć” / “przyjdź” — wszyst­ko hula­ło jak ta lala. Aż kaba­no­sów bra­ko­wa­ło na kolej­ne nagro­dy, po czym nastę­po­wał powrót do domu i zno­wu zali­cza­li­śmy przej­ście w tryb “Ale o co ci cho­dzi czło­wie­ku? Chcesz sztu­czek to idź do cyr­ku, ale ze mnie zejdz”. Z cza­sem mu prze­szło i teraz jest total­nie samo­ob­słu­go­wy (Cho­ciaż w sumie nie wiem czy samo prze­szło.  Ucię­cie jajek też mogło mieć wpływ).

Nadal ma swo­je odchy­ły w sty­lu cho­wa­nia się pod kana­pa­mi i w miej­scach, gdzie on widzi wszyst­ko, ale nikt nie widzi jego. Cza­sa­mi zacho­wu­je sie jak­by miał IQ Tryb­so­na — ot sie­dzi sobie na para­pe­cie, patrzy w okno, po czym ni z tego ni z owe­go, bęc na gle­bę. Za to w kestii jedze­nia jest cho­ler­nym geniu­szem. Cze­ko­la­dę dla ludzi to by chciał, ale na czek­sę z zoo­lo­gicz­ne­go dla psów, to nie ma wuja we wsi, nie nabie­rze się. To samo jak mu w kar­mę wrzu­cisz roz­gnie­cio­ną tablet­kę na róż­ne psie dole­gli­wo­ści. Zje wszyst­ko dooko­ła, a pigu­łę wyczu­je nawet, jak­by była w panier­ce. Kil­ka razy zro­bił też noc­ny nalot na śmiet­nik w celach kon­sump­cyj­nych (reszt­ki z KFC zawsze na prop­sie). W tym przy­pad­ku jego geniusz dostrze­gam w fak­cie, że potra­fił otwo­rzyć sobie drzwi od szaf­ki. Jest też poze­rem. Szcze­ka na koty, jak­by był kró­lem osie­dla, cza­sa­mi nawet pogo­ni, ale niech tyl­ko kot się zatrzy­ma, to z miej­sca zaczy­na się skom­le­nie i tył zwrot, co by się upew­nić, że nadal trzy­mam smycz. “O trzy­masz, no to spo­ko, wra­cam do szcze­ka­nia. Niech kot wie, że tyl­ko smycz mnie powstrzy­mu­je”. Nie­ste­ty dla nie­go, ostat­nio jeden kot stra­cił cier­pli­wość i po 5‑minutowym obszcze­ki­wa­niu, nie wytrzy­mał pre­sji i przy­fan­zo­lił Czer­czo­wi w nos z otwar­tej. Reka­cja Czer­cza? Spoj­rzał na mnie, spoj­rzał na kota, zaskom­lał i ze stre­su naro­bił pod sie­bie. Czy taka akcja go cze­goś nauczy­ła? Nope! Dziś zno­wu ganiał tego same­go kota. Kot nadal ma wyje­ba­ne.

Sko­ro już zaha­czy­li­śmy o dwó­jecz­kę, to powiem jesz­cze, że ten pies to troll. Nie­da­le­ko domu mamy las, max 800 metrów. Wej­ście do nie­go, to tak jak­by umow­na gra­ni­ca mie­dzy cywi­li­za­cją, w kto­rej po psie się sprzą­ta, a dzi­czą, w kto­rej panu­je pra­wo dźun­gli i nic, co zwie­rzę­ce, nie powin­no niko­go szo­ko­wać. No więc ile razy tam idzie­my, tyle razy w myślach otwie­ram szam­pa­na, bo jestem prze­ko­na­ny, że teraz na bank sie uda i Czer­czil wbie­gnie w krza­czo­ry, jak dzik w żołę­dzie i tam zała­twi, co trze­ba (czy­li dwó­jecz­ka poza moją jurys­dyk­cją). Taaaki wał. Za każ­dym jed­nym razem, sta­nie dwa kor­ki przed tą umow­ną gra­ni­cą i wal­nie kupsz­ty­la na wido­ku publicz­nym. No trol­lu­je jeba­niut­ki. Z kolei siku robi w 15 ratach (cho­ciaż po ósmym, to już tyl­ko pozo­ro­wa­ne), bo oczy­wi­ście każ­dy krza­czek na dziel­ni musi być ozna­czo­ny. Ale i tak jest zaje­bi­sty.

Od zeszłe­go roku mamy nowość w domu — Bren­don­ka — i na pod­sta­wie ich rela­cji, mogę stwier­dzić, że dziec­ko wycho­wu­ją­ce się z psem to same pozy­ty­wy. Przy­naj­mniej dla dziec­ka, bo gdy­by Czercz mógł mówić, to pew­nie zgło­sił­by jakieś obiek­cje do cią­gnię­cia za ogon i obry­wa­nia kloc­ka­mi Duplo po gło­wie. Na szczę­ście nie daje tego po sobe poznać. Za to jak w domu poja­wi się ktoś “obcy”, to zanim zbli­ży się do Bren­don­ka, naj­pierw musi zdo­być zaufa­nie Czer­cza. Jak junior w nocy zapła­cze, to jest pierw­szy przy łóżecz­ku. Poza tym jest nie­za­wod­nym detek­to­rem peł­nej pie­lu­chy. Z kolei Bren­do­nek tur­la się ze śmie­chu, ile razy Czercz wynu­rzy się spod kana­py i czmyh­nie przez cha­łu­pę. No śmie­je się psy­cho­pa­tycz­nie, niczym Manu­ela w pierw­szej edy­cji Big Bro­the­ra. Teraz ich rela­cja jesz­cze bar­dziej ewo­lu­owa­ła i są już na eta­pie rzu­ca­nia piłecz­ki. Bren­don rzu­ca, Czercz łapie i zano­si ja pod kana­pę, ja nur­ku­ję pod kana­pę, wycią­gam i daję Bren­don­ko­wi, po czym zaczy­na­my od począt­ku. Naj­lep­sza roz­ryw­ka ever, tyl­ko w krzy­żu tro­chę łamie od tych nurów pod kana­pę.

Tak na dobrą spra­wę, to już nie pamię­tam życia z cza­sów przed Chur­chil­lem i wca­le nie jest mi przy­kro z tego powo­du. W zasa­dzie nie wyobra­żam sobie, że moż­na coś jeść, nie będąc obser­wo­wa­nym. Było­by dziw­nie. Nor­mal­nie dla mnie jest tak -> “Ej, chy­ba nie zjesz wszyst­kie­go sam? Spójrz w moje oczy i mi odmów. I Dare You”. Kur­ła nikt nie jest na tyle sil­ny, żeby odmó­wić. Zde­cy­do­wa­nie pole­cam takie sier­ściu­chy, a jak weź­mie­cie je ze schro­ni­ska to już w ogó­le extra. Jedy­ny minus to przy­mu­so­we small tal­ki z inny­mi psia­rza­mi pod­czas spa­ce­rów. Zaczy­na się od stan­dar­do­wej serii pytań: Pies czy suka? Chy­ba jesz­cze mło­dy, co nie? Szcze­pio­ny? A lubi się bawić, bo moja sunia to potra­fi być agre­syw­na. I w tym miej­scu tema­ty się koń­czą, a pie­seł ni chu chu nie pla­nu­je jesz­cze koń­czyć igra­szek z agre­syw­ną sunią. Sekun­dy cią­gną się jak godzi­ny, minu­ty jak tygo­dnie. Cho­ler­ny intro­wer­tyzm.

Chur­chill Home Alo­ne

W pią­tek przed wyj­ściem do fabry­ki usta­wi­łem kamer­kę, żeby zoba­czyć, co robi Chur­chill, kie­dy niko­go nie ma w domu. A wyda­wał się takim grzecz­nym, uło­żo­nym psem :)P.S. Madzia jesz­cze nie wie, co Chur­chill robił z jej Wito­rią Sikrets 😉

Opu­bli­ko­wa­ny przez PigO­ut Nie­dzie­la, 24 kwiet­nia 2016

A to widziałeś?