Włóczykijing

Ubezpieczenie turystyczne, wykup głupcze!

02/09/2015

Ubez­pie­cze­nie tury­styczne: histo­ria praw­dziwa

Ostat­nio Face­book przy­po­mniał mi, że dokład­nie rok temu byłem na wypa­dzie w Szwaj­ca­rii. Rocz­nica jak rocz­nica, nie ma, co się spe­cjal­nie nad nią pochy­lać, jed­nak dla mnie to bar­dzo trau­ma­tyczne wspo­mnie­nie. Jak się póź­niej oka­zało była to naj­droż­sza i naj­bar­dziej trau­ma­tyczna podróż w moim życiu, a w dodatku wszystko spro­wo­ko­wa­łem na wła­sne życze­nie. Co tu dużo gadać, poża­ło­wa­łem na ubez­pie­cze­nie tury­styczne — “bo co może się stać?” i karma bar­dzo szybko kop­nęła mnie w tyłek za takie podej­ście. Kiedy teraz o tym myślę, ciężko mi uwie­rzyć, że oka­za­łem się aż takim ćwierć­mó­zgiem i igno­ran­tem. Zwłasz­cza, że jedy­nym z punk­tów pro­gramu były wypad do Austrii, do parku adre­na­li­no­wego “Area 47″.


Ale od początku

W Szwaj­ca­rii zatrzy­ma­łem się w Reb­stein, małej miej­sco­wo­ści przy gra­nicy z Niem­cami i Austrią. Jesz­cze w Pol­sce googlo­wa­łem oko­liczne atrak­cje i tak tra­fi­łem na park “Area 47″. Miej­sce prze­zna­czone dla miło­śni­ków spor­tów eks­tre­mal­nych, poło­żone w malow­ni­czej sce­ne­rii austriac­kiego Tyrolu i co naj­waż­niej­sze, odda­lone zale­d­wie o 130 km od mojej bazy wypa­do­wej. Obej­rzyj­cie  fil­mik, a zro­zu­mie­cie, że musia­łem tam poje­chać.

Ubezpieczenie turystyczne

“Area 47″ dosłow­nie urywa cztery litery. Zako­cha­łem się od pierw­szego zoba­cze­nia na youtube. Dla fanów adre­na­liny to istny raj, a tych mniej “sza­lo­nych” może sku­sić nie­sa­mo­wi­tym gór­skim kra­jo­bra­zem. Oso­bi­ście przy­pi­sy­wa­łem sie­bie do tej pierw­szej kate­go­rii… do momentu aż fak­tycz­nie wsze­dłem do parku. Wszyst­kie atrak­cje, któ­rymi się zachwy­ca­łem na fil­mi­kach, w rze­czy­wi­sto­ści budzą znacz­nie więk­szy respekt i z miej­sca prze­sta­łem choj­ra­czyć. Uzna­łem, że skocz­nia i rampa to za wyso­kie progi, a do poduszki była za duża kolejka.

Ubezpieczenie turystyczne

Oce­ni­łem swoje siły i posta­no­wi­łem, że ogra­ni­czę się do leża­ko­wa­nia na mate­racu i patrze­nia na góry, a z atrak­cji zali­czę tylko can­non­ball, czyli armatkę wodną.

Ubezpieczenie turystyczneIdea dzia­ła­nia armatki jest pro­sta. Siada się na spe­cjal­nym sie­dzi­sku, czeka na zapa­le­nie zie­lo­nego świa­tła, a kiedy takowe się pojawi, wci­ska przy­cisk, po czym w plecy wali stru­mień wody pod wyso­kim ciśnie­niem, wyrzu­ca­jący czło­wieka na kil­ka­na­ście metrów. Z resztą zobacz­cie sami.

Szcze­rze mówiąc, kiedy cze­ka­łem w kolejce, cała idea can­non­balla coraz mniej mi się podo­bała. Po pierw­sze brat zaczął kra­kać, że nie wygląda to bez­piecz­nie, i dwa, ludzie, któ­rzy wypły­wali po wystrze­le­niu mieli miny, które nie wska­zy­wały, że jest to naj­lep­sza zabawa na świe­cie. Jed­nak słowo się rze­kło i can­na­ball stał się kwe­stią hono­rową. Jak się póź­niej oka­zało był to naj­głup­szy pomysł w moim życiu.


Halo… pogo­to­wie? Przy­jedź­cie do Area 47

Wystrze­li­łem się i już w locie doszło do mnie, że armat­kowy stru­mień zro­bił mi kuku. Ode­zwała się stara kon­tu­zja barku, którą uwa­ża­łem za wyle­czoną. Jed­nak histo­ria jest bar­dziej skom­pli­ko­wana. Kiedy wynu­rzy­łem się z wody, poza bra­kiem kąpie­ló­wek, poczu­łem dys­kom­fort w ręce, tyle że pod wpły­wem adre­na­liny nie odczu­wa­łem jesz­cze bólu. Dodat­kowo bra­cia mnie pod­pusz­czali, że nie wyglą­dam na zado­wo­lo­nego, więc nie chcia­łem im dawać satys­fak­cji i uda­wa­łem, że wszystko jest jak naj­bar­dziej w porzo. Jakimś cudem wygra­mo­li­łem się z basenu i wtedy zwró­cili uwagę, że dziw­nie trzy­mam się za rękę. “Bul­l­shit” odrze­kłem. Pró­bo­wa­łem zade­mon­stro­wać, że wszystko ok i w tym momen­cie prze­szyła mnie fala bólu, po któ­rej zło­ży­łem się jak scy­zo­ryk i padłem na glebę. Przy­je­chało pogo­to­wie, zapa­ko­wało mnie tak jak sta­łem leża­łem, czyli na gołej kla­cie i w mokrych szor­tach, i zawieźli 70 km dalej, do “naj­bliż­szego” szpi­tala. Droga była kosz­ma­rem. Karetka pruła po auto­stra­dzie 150 km/h, a ja nie­przy­pięty pasami wal­czy­łem na każ­dym zakrę­cie żeby nie spaść z noszy. Naprawdę trudne zada­nie, kiedy mini­malny ruch powo­duje para­li­żu­jący ból. W końcu doje­cha­li­śmy do szpi­tala, gdzie zapa­ko­wali mnie na wózek inwa­lidzki, przy­kryli pie­lu­chą tetrową (bo byłem na gołej kla­cie) i zapar­ko­wali pod gabi­ne­tem. Kory­tarz był na tyle wąski, że kiedy pie­lę­gniarka pró­bo­wała przej­chać wóz­kiem z innym pacjen­tem, nie mogła się zmie­ścić, więc jakiś sani­ta­riusz odsta­wił mnie do poko­iku rent­ge­now­skiego, gdzie spę­dzi­łem kolejne 40 minut. Po 5 minu­tach pobytu w odosob­nie­niu zaczęła się ze mnie zsu­wać pie­lu­cha tetrowa. Pró­bo­wa­łem ją pochwy­cić zębami, ale nie dałem rady. Ręce mia­łem wyłą­czone z obiegu. Zdrową musia­łem pod­trzy­my­wać tą kon­tu­zjo­waną, bo tylko wtedy ból był w miarę do znie­sie­nia. O żad­nym ruchu nie było więc mowy. Dodat­kowo po 20 minu­tach zga­sło świato. Pró­bo­wa­łem wołać, ale bez rezul­tatu. Kiedy w końcu przy­je­chał po mnie sani­ta­riusz, musiał prze­żyć nie­mały szok. Zapala świa­tło, a tam 100-kilowy koleś z sut­kami ster­czą­cymi jak stąd do Kato­wic i szczę­ka­jący z zimna. Mia­łem prawo, w końcu spę­dzi­łem ponad pół godziny w samych mokrych szor­tach i dość chłod­nym pomiesz­cze­niu. Zabrali mnie na prze­świe­tle­nie i tak powstało moje naj­bar­dziej pamiętne zdję­cie z waka­cji.

Trzeba było nasta­wiać. To był mój pierw­szy raz w tej mate­rii, więc nie mam porów­na­nia jak taki pro­ces odbywa się w naj­lep­szych szpi­ta­lach, ale bar­dzo roz­cza­ro­wało mnie podej­ście austriac­kie. Mia­łem nadzieję, że taki roz­wi­nięty kraj ma już wypra­co­waną bez­bo­le­sną metodę, ale spo­tkało mnie spore roz­cza­ro­wa­nie. Posa­dzili mnie na tabo­re­ciku, sani­ta­riusz trzy­mał za bary, a chi­rurg usiadł na pod­ło­dze, zaparł o nogi krze­sła i szarp­nął. Po pierw­szym razie stwier­dził, że to jesz­cze nie to i z zasko­cze­nia szarp­nął drugi raz. Skur­wiel. Za to tem­blaki mają spoko. Jak byłem na kon­sul­ta­cji u pol­skiego leka­rza to oglą­dał z zachwy­tem i chwa­lił, że zaje­bi­sty.

Gorzej było kiedy pol­scy leka­rze pytali jak się dopro­wa­dzi­łem do takiej kon­tu­zji. Tłu­ma­czy­łem, że się wystrze­li­łem z armatki wod­nej. Wciąż nie kumali, więc opo­wia­dam im całą pro­ce­durę, na co reago­wali “i pan tak sam z sie­bie? i jesz­cze za to zapła­cił?”. Im czę­ściej o tym opo­wia­dam, tym bar­dziej się dzi­wie, że kie­dyś armatka wyda­wał mi się fajną roz­rywką.


Podróże kształcą

Cała przy­goda była nie tylko poni­ża­jąca, ale oka­zała się też kosz­towną lek­cją. Kilka dni po powro­cie przy­szły rachunki za karetkę i szpi­tal. Łącz­nie bli­sko 3 koła. Osta­tecz­nie jakieś pie­nią­dze udało się odzy­skać powo­łu­jąc na Euro­pej­ską Kartę Ubez­pie­cze­nia Zdro­wot­nego (EKUZ), ale były to śmieszne drob­niaki. Weź­cie przy­kład z mojej trau­ma­tycz­nej histo­rii i nigdy nie jedź­cie bez ubez­pie­cze­nia. Wystar­czy jeden głupi pomysł i to nie­ko­niecz­nie Twój, a zaosz­czę­dzone 100 zł szybko może się zamie­nić w rachu­nek na kilka tysi. Żeby było śmiesz­niej, to był mój pierw­szy wyjazd bez woja­żera. Wcze­śniej kupo­wa­łem za każ­dym razem, nawet jeśli w grę wcho­dził tylko wypad na 2 dni. Tym razem też mia­łem w pla­nach kupno, ale zosta­wia­łem to na ostat­nią chwilę i kiedy dzień przed wyjaz­dem mia­łem jechać do punktu, stwier­dzi­łem, że mi się nie chce i zasło­ni­łem myślą, która zawsze koła­cze się gdzieś z tyłu głowy — “prze­cież nic się nie sta­nie”. Z resztą to miał być już trzeci wyjazd do Szwaj­ca­rii, a dwa poprzed­nie prze­ży­łem bez uszczerbku na zdro­wiu, więc tym bar­dziej poczu­łem się uspra­wie­dli­wiony. Ta myśl tak mnie ogłu­szyła, że zigno­ro­wa­łem moż­li­wość kupna polisy przez inter­net. Taka ope­ra­cja trwa nie­całe 5 minut. Cóż, za głu­potę się płaci.

A to widziałeś?