Włóczykijing

Ping Pong Show, czyli co zostało zobaczone, tego nie odzobaczysz!

19/12/2016

Idź na Ping Pong Show, mówi­li. Będzie faj­nie, mówi­li. Bez tego wyjazd do Taj­lan­dii się nie liczy, mówi­li. No to posze­dłem.

Od wczo­raj już nic nie jest takie jak kie­dyś. Mój zmysł wzro­ku został zbru­ka­ny, a umysł wypa­czo­ny. To, co zoba­czy­łem, na zawsze wypa­li­ło pięt­no. Inwe­sty­cja w alko­hol i pró­by wyma­za­nia pamię­ci nie powio­dły się. Napi­szę, co widzia­łem ku prze­stro­dze dla innych, ale wcze­śniej niech wszyst­kie mat­ki ukry­ją dzie­ci.

To dzia­ła tak, ude­rzasz na uli­cę nie­rzą­du i roz­pu­sty, gdzie wszy­scy wyglą­da­ją jak uczest­ni­cy dowol­ne­go pro­gra­mu z “sho­re” na koń­cu. Pozwa­lasz zło­wić się pierw­sze­mu lep­sze­mu naga­nia­czo­wi i po chwi­li lądu­jesz, w scho­wa­nym w bocz­nej ulicz­ce, klu­bie go go. My aku­rat byli­śmy na Phu­ket, ale znaj­dzie­cie takie w każ­dym taj­skim mie­ście, do któ­re­go przy­jeż­dza przy­naj­mniej jeden tury­sta. Nie pła­ci się za wstęp, ale jest wymóg zamó­wie­nia kolo­ro­we­go dri­na. Ten pierw­szy kosz­tu­je mię­dzy 50 a 100 zł, zale­ży od loka­lu, kolej­ne są już w stan­dar­do­wej cenie.

Robi­li­śmy dwa podej­ścia. W pierw­szym klu­bie była masa podej­rza­ne­go ele­men­tu i wca­le nie mam tu na myśli atmos­fe­ry wiszą­ce­go w powie­trzu wpier­do­lu, jaka panu­je w barach dla har­ley­ow­ców. Wręcz prze­ciw­nie, za dużo zaka­za­nej miło­ści w jed­nym miej­scu. Wyglą­da­ło, jak­by wszy­scy goście przy­szli pro­sto z prze­mar­szu Love Para­de. Same Rafa­la­le, Con­chi­ty Wurst, Jole Ruto­wicz i Micha­ły Pie­ro­gi. Wszy­scy poubie­ra­ni w latek­so­we kostiu­my a’la Borat, do tego biżu­te­ria w posta­ci srebr­ne­go łań­cu­cha prze­pusz­czo­ne­go przez sut­ki i pępek + fry­zu­ry jak w “Pią­tym ele­men­cie”. Spa­ni­ko­wa­li­śmy. Dru­ga meli­na nie była lep­sza. Atmos­fe­ra niby zupeł­nie inna, ale rów­nie odrzu­ca­ją­ca. Mała ciem­na sala z deli­kat­ną poświa­tą fio­le­to­wych neo­nów, pośrod­ku dłu­gi wybieg z rura­mi, dooko­ła skó­rza­ne sofy. Wśród gości tyl­ko jakiś pod­sta­rza­ły gru­bas, któ­re­mu nad­ska­ki­wa­ły dwie mło­dziut­kie Taj­ki, a on w rewan­żu miział je bank­no­ta­mi. Kli­mat bar­dzo nie­po­ko­ją­cy, coś jak w fil­mie “8 mm” z Nico­la­sem Cage­’m. Już mia­łem dawać Madzi sygnał do uciecz­ki i cał­ko­wi­cie wykre­ślić “ping pong show” z listy “to do”, aż tu nagle do loka­lu wcho­dzą dwie par­ki o euro­pej­skich rysach. Widać było, że pierw­sze wra­że­nie też ich odrzu­ci­ło, ale kie­dy nas zoba­czy­li, nabra­li pew­no­ści sie­bie i posta­no­wi­li zostać (przy­naj­mniej tak mnie­mam po dys­kret­nym ski­nie­niu gło­wy, któ­re wymie­ni­li­śmy). Nam ich obec­ność też doda­ła śmia­ło­ści. Uzna­łem, że jeśli azja­tom zaczę­ło­by odwa­lać, to jako euro­pej­czy­cy natu­ral­nie ufor­mu­je­my się w dru­ży­nę i spu­ści­my im łomot ich wła­sny­mi dil­da­mi.  Zosta­li­śmy.

Roz­sia­da­my się, luzu­je­my, zama­wia­my dri­ny i cze­ka­my. Jest nie­zręcz­nie. Na wybie­gu sześć bez­cyc­ko­wych Tajek nie­mra­wo gibie się przy rur­kach. Raczej nie wkła­da­ły w to całe­go ser­ca. W myślach chy­ba pla­no­wa­ły, co jutro ugo­tu­ją na obiad, tudzież roz­k­mi­nia­ły, czy aby na pew­no wyłą­czy­ły żelaz­ko. Tak czy siak, zero zaan­ga­żo­wa­nia z ich stro­ny. Nudy. Żało­wa­łem, że nie wzią­łem table­tu, pograł­bym w Angry Birds, albo roz­py­kał jakieś sudo­ku. Ago­nia trwa­ła z 20 minut. W tym cza­sie do loka­lu dobi­ło jesz­cze kil­ka osób, a ja z jed­nym tań­czą­cym “lacho­nem” przy­pad­ko­wo zła­pa­łem kon­takt wzro­ko­wy. Obli­za­ła się i puści­ła oczko. To chy­ba mia­ło być sexi, ale wyszło raczej nie­zręcz­nie — oczko bar­dziej przy­po­mi­na­ło ner­wo­wy tik, a to i tak nic przy “obli­za­niu”, któ­re wyglą­da­ło mniej wię­cej tak:

Po tym nie­uda­nym flir­cie, ze wsty­du i żena­dy zamkną­łem się w sobie i do głów­ne­go wystę­pu sie­dzia­łem ze wzro­kiem wbi­tym w pod­ło­gę. Tro­chę to trwa­ło, ale w koń­cu się docze­ka­łem. Na sce­nę wyszła ona, “gwiaz­da” wie­czo­ru. Dżi­zas, że też byłem takim idio­tą i nie prze­czy­ta­łem wcze­śniej żad­nej rec­ki w necie. Wiek eme­ry­tal­ny (i to co naj­mniej od 15 lat), brzu­szek jak u Ferd­ka Kiep­skie­go, a do tego wyczu­wal­na aura pogar­dy i nie­na­wi­ści niczym u pani z dzie­ka­na­tu. Jedy­ny pozy­tyw to fakt, że bio­dra mia­ła prze­wią­za­ne chu­s­tą, dzię­ki cze­mu stra­te­gicz­ne miej­sca były zasło­nię­te. Tyle mi wystar­czy­ło, żeby dojść uznać, że przyj­ście tutaj było jed­nym z moich głup­szych pomy­słów ever. Już mia­łem się ewa­ku­ować, wtem w loka­lu roz­brzmia­ła muzy­ka i chcąc spraw­dzić skąd dobie­ga, nie­opatrz­nie spoj­rza­łem tam, gdzie nie powi­nie­nem i to aku­rat w momen­cie, kie­dy jej prze­pa­ska pod­wia­ła się do góry, Oh God Oh Why?! Tu napraw­dę nie ma nic śmiesz­ne­go, takie wido­ki mogą wypa­czyć czło­wie­ka na całe życie… ale to i tak było jesz­cze nic.

Show zaczę­ło się z napraw­dę wyso­kie­go C, bo w powi­tal­nym tri­ku bab­cia wycią­gnę­ła sobie z wia­do­me­go miej­sca 20 metrów wstąż­ki. Tro­chę taki mix Davi­da Cop­per­fiel­da z kopal­nią “Wujek”, czy­li i magia i gór­ni­czy zapier­dol w jed­nym. Jak się póź­niej oka­za­ło, cały pokaz wyglą­dał jak casting do Mam Talent, z tym że nie moż­na było go prze­rwać wci­ska­jąc czer­wo­ny grzy­bek guzi­czek.

Aku­rat tak się zło­żył, że dzień wcze­śniej roz­ma­wia­łem ze zna­jo­mą o Tajan­dii i pyta­łem, czy pod­czas swo­je­go poby­tu widzia­ła żół­wie, bo ja bar­dzo bym chciał zoba­czyć, ale jakoś do tej pory się nie uda­ło, i to mimo iż wszy­scy dooko­ła twier­dzą, że jest ich tutaj od cho­le­ry. Napraw­dę nie spo­dzie­wa­łem się, że moja zachcian­ka speł­ni się po zale­d­wie 24 godzi­nach. Nie­ste­ty oko­licz­no­ści tro­chę kijo­we, żeby nie powie­dzieć z dupy (no w sumie kawa­łek dalej). Otóż w dru­gim nume­rze, bab­cia “wyplu­ła” z sie­bie dwa małe żół­wie (żeby było jesz­cze bar­dziej abur­dal­nie, powin­ni do tego nume­ru pusz­czać kawa­łek Adel “Hel­lo from the other side”). Cho­ciaż, czy małe to kwe­stia spor­na. Jeśli trze­ba je scho­wać w sobie, z miej­sca zmie­nia się per­spek­ty­wa. Tak czy siak, był to naj­bar­dziej popier­do­lo­ny numer ever (pra­wie jak poród). Kolej­ny trik to strze­la­nie do celu. Kon­kret­nie rzut­ka­mi z ostrym koń­cem, do balo­ni­ków zawie­szo­nych dooko­ła wybie­gu. Bab­cia zali­czy­ła dwa head­sho­ty. 100% sku­tecz­no­ści. Dzię­ki Bogu, bo jeden balo­nik był zawie­szo­ny w takim miej­scu, że w razie pudła mógł­bym stra­cić oko. Następ­nie przy­szedł czas na pale­nie papie­ro­sów. Sku­ba­na odpa­li­ła dwa jed­no­cze­śnie. Spa­li­ła w 4 machach i przy­po­mi­nam, że choć zacią­ga­ła się war­ga­mi, to nie tymi osa­dzo­ny­mi na twa­rzy. Ten pokaz w prze­ci­wień­stwie do meto­dy Alle­na Car­ra fak­tycz­nie znie­chę­ca do pale­nia.

Jako clue pro­gra­mu — piłecz­ki do pin­gla. Róż­ne kom­bi­na­cje. Bez­do­ty­ko­we apli­ko­wa­nie w wia­do­me miej­sce z szyj­ki butel­ki, “zwrot z wia­do­me­go miej­sca” do szklan­ki z wodą, etc. Wstyd się przy­znać, ale w tym momen­cie nawet się zaśmia­łem. Nic nie pora­dzę, towa­rzy­szą­ce dźwię­ki i pozy były napraw­dę zabaw­ne. No i w sumie to już był koniec, a przy­naj­mniej tak mi się wyda­wa­ło. W rze­czy­wi­sto­ści oka­za­ło się, że taj­skie tan­cer­ki wra­ca­ją jesz­cze z bisem… i to pomi­mo, że publi­ka wca­le o to nie pro­si­ła. Gorzej, że bis nadal nie jest osta­tecz­nym koń­cem. Nope, po zej­ściu ze sce­ny, bab­cia zało­ży­ła na sie­bie prze­zro­czy­stą hal­ke i uzbro­jo­na w pojem­nik próż­nio­wy, wie­cie, taki jak na dru­gie śnia­da­nie, ruszy­ła w tur­nee po widow­ni, zbie­rać napiw­ki. Azja­ci wyska­ki­wa­li z bank­no­tów jak sza­le­ni, za to bia­ła­sy sie­dzie­li nie­po­ru­sze­ni niczym ska­ła. Żaden nie dał. Nie dzi­wo­ta, nikt przy zdro­wych zmy­słach nie syp­nie gro­szem za coś tak żenu­ją­ce­go i nie­smacz­ne­go, po czym zosta­ją bli­zny na całe życie. Ja tym bar­dziej nie pla­no­wa­łem. Posta­no­wi­łem, że kie­dy przyj­dzie moja kolej, będę patrzył w pod­ło­gę i igno­ro­wał ją, do momen­tu aż sobie pój­dzie. Plan zacny, ale nie prze­wi­dzia­łem, że bab­cia oka­że się tak wytrwa­łą zawod­nicz­ką i spę­dzi peł­ne 2 minu­ty z pojem­ni­kiem próż­nio­wym przy­sta­wio­nym do mojej twa­rzy. Ze stre­su zro­si­łem się lek­ko na czo­le, ale osta­tecz­nie dopią­łem swe­go i prze­trwa­łem tę nie­rów­ną wal­kę, cebu­la na 100%. Pod­da­ła się i na fochu poszła w dłu­gą, jed­nak nie obe­szło się bez zgrzy­tu. Na odchod­ne obe­rwa­łem taj­ską obe­lgą. Gło­wy nie dam, ale to mogło był coś w sty­lu: “Patrzeć to by każ­dy chciał, ale pła­cić to nie ma komu” (Z dzi­siej­szej per­spek­ty­wy serio uwa­żam, że odwa­li­łem cebu­lę na mak­sa, bo mimo wszyst­ko, sam fakt wej­ścia i pozo­sta­nia do koń­ca, mnie obli­go­wał). No i teraz to już napraw­dę był koniec. Nie licząc tego, że przez następ­ne kil­ka mie­się­cy moja zna­jo­mość z Madzią ogra­ni­cza­ła się do przy­bi­ja­nia pią­tek, moż­na powie­dzieć, że wysze­dłem z tego bez szwan­ku.

Nie­ste­ty robie­nie zdjęć w takich miej­scach jest sta­now­czo zabro­nio­ne. Zła­ma­nie zaka­zu wią­że się z kar­ną opła­tą 1000 euro i praw­do­podb­ną utra­tą czu­cia w koń­czy­nach na wie­ki (gwa­ran­to­wa­ny wpier­dol w zauł­ku), w związ­ku z czym nie posia­dam odpo­wied­niej doku­men­ta­cji foto. W ramach zastęp­stwa zarzu­cam fil­mik przy­bli­ża­ją­cy lek­ko kli­ma­ty panu­ją­ce na Ban­gla Road.

 

A to widziałeś?