Włóczykijing

PigOut pod palmami

17/02/2015

[field name=wykopJS]

Nie lubię zimy. Z roku na rok zno­szę ją coraz gorzej. Swe­go cza­su zimę akcep­to­wa­łem tyl­ko w górach, ale od kie­dy dozna­łem kon­tu­zji bar­ku i jaz­da na nar­tach sta­ła się dla mnie zbyt ryzy­kow­na, gar­dzę nią na pełen etat. Szcze­gól­nie w mie­ście jest nie do znie­sie­nia. Raz, że piź­dzi jak na Sybe­rii, dwa — trze­ba wsta­wać wcze­śniej i odśnie­żać furę, trzy — komu­ni­ka­cja dozna­je para­li­żu i robią się mega kor­ki, 4 — roz­to­pio­ny śnieg zmie­nia się w brud­ną bre­ję i tyl­ko dodat­ko­wo wkur­wia, itd., itp.

Posta­no­wi­łem, że skró­cę sobie męczar­nie i wyja­dę gdzieś, gdzie jest cie­pło. To już dru­gi raz z rzę­du. W zeszłym roku było Phu­ket w Taj­lan­dii, tym razem padło na Fili­pi­ny.

Pierw­szym wybo­rem był Sigur­jon, któ­ry stał się popu­lar­ny poprzez kanał na youtu­be “Uciecz­ka do raju”, pro­wa­dzo­ny przez Pola­ka, któ­ry porzu­cił pra­cę na eta­cie i zaczął wszyst­ko od nowa na Fili­pi­nach. Po głęb­szych oglę­dzi­nach oka­za­ło się jed­nak, że tam­tej­sze pla­że to strasz­ny paź­dzierz. Dru­gą opcją było Bora­cay, mała wysep­ka (10 km², 12 tys. miesz­kań­ców) poło­żo­na 315 km od sto­li­cy Fili­pin, Mani­lii. W 2012 roku maga­zy­ny “Tra­vel + Lesi­su­re” uznał Bora­cay za naj­lep­szą wyspę na świe­cie, a pla­ża “Whi­te Beach” wymie­nia­na jest w więk­szo­ści zesta­wień “10-ciu naj­pięk­niej­szych plaż świa­ta”. Dla mnie to wystar­cza­ją­ca reko­men­da­cja.

Przy­lot na Bora­cay nie nale­żal do łatwych. Naj­pierw uda­li­śmy się z War­sza­wy do Amster­da­mu, skąd mie­li­śmy prze­siad­kę do Bang­ko­ku. Na miej­scu oka­za­ło się, że nasz samo­lot uległ awa­rii, a zastęp­czy może zabrać o 100 pasa­że­rów mniej. Zosta­li­smy wyty­po­wa­ni do gru­py osób, któ­re nie pole­cą. Prze­bu­ko­wa­no nam bile­ty, do Duba­ju (4 tys. mil róż­ni­cy) i dopie­ro tam prze­sie­dli­śmy się w koń­cu na lot do Bang­ko­ku. W sto­li­cy Taj­lan­dii spę­dzi­li­śmy 2 dni (bez baga­ży, któ­re pole­cia­ły omył­ko­wo do Syd­ney), po czym pole­cie­li­smy do Mani­lii. Następ­ne­go dnia rano, linią Air Asia dosta­li­śmy się do Kali­bo, skąd jesz­cze cze­ka­ła nas 2‑godzinna wyciecz­ka auto­bu­sem i 30-minu­to­wa prze­pra­wa pro­mem. Z por­tu ode­brał nas try­cykl i pod­wiózł pod “hotel”. W koń­cu jeste­śmy.


Uwa­żaj cze­go sobie życzysz, bo jesz­cze się speł­ni.

Wiel­kim marze­niem Madzi było zamiesz­kać na czas urlo­pu w dom­ku na pla­ży. Jesz­cze w Pol­sce prze­glą­da­li­śmy ofer­ty i trze­ba przy­znać, że wizu­al­nie wyglą­da­ły uro­czo, a ceno­wo jesz­cze lepiej. Ja oczy­wi­ście zna­la­złem minu­sy, brak prą­du i inter­ne­tu. Osta­tecz­nie poszli­śmy na kom­pro­mis i wyna­je­li­śmy domek z pod­łą­cze­niem do mediów, ale “kawa­łek” odda­lo­ny od pla­ży.
Pierw­sze wra­że­nie było szo­ku­ją­ce. In minus. Może i te sza­ła­sy na zdję­ciach wyglą­da­ją uro­czo, ale na żywo to zupeł­nie inna baj­ka. Otwie­rasz drzwi i pierw­sze, co widzisz to jasz­czur­ka na ścia­nie i dach ze strze­chy z taki­mi prze­świ­ta­mi, że pod­czas desz­czu rów­nie dobrze możesz poło­żyć się pod gołym nie­bem. Tak czy siak, zmok­niesz. Naj­gor­sze jed­nak były krwa­we śla­dy na ścia­nach po roz­gnie­cio­nych koma­rach. Ogól­nie syf. Był moment, że Madzi juz się łza w oku krę­ci­ła i myśla­łem, że trze­ba będzie szu­kać na szyb­ko cze­goś inne­go przez booking.com. Kry­zys jed­nak minął wraz z wyj­ściem przed chat­kę i obcza­je­niem oko­li­cy. Naj­le­piej odda­je to poniż­szy fil­mik.

Na Bora­cay jest kil­ka plaż. My miesz­ka­my przy Bula­bog, któ­ra sły­nie z epic­kich wia­trów, dzię­ki cze­mu sta­ła się ulu­bio­nym miej­scem kite­sur­fe­rów.


Potwier­dzam, wie­je jak w kie­lec­kim. Już kil­ka razy musia­łem gonić za ręcz­ni­kiem i oku­la­ra­mi. Sama pla­ża jak dla mnie wymia­ta. Jest bia­ły pia­se­czek, pal­my i cza­sa­mi spo­re fale, czy­li to, co tygry­sy lubią naj­bar­dziej.


Jed­nak tury­ści, któ­rzy nie jara­ją się spor­ta­mi wod­ny­mi, omi­ja­ją Bula­bog sze­ro­kim łukiem. Wspo­mnia­ne wcze­śniej sil­ne wia­try wyrzu­ca­ją na brzeg tro­chę glo­nów, co w ich oczach jest cał­ko­wi­cie dys­kwa­li­fi­ku­ją­ce. Wolą leżeć na Whi­te Beach, czy tej naj­po­pu­lar­niej­szej z ide­al­nie bia­łym pia­secz­kiem i masą restau­ra­cji dooko­ła. Mia­łem już oka­zję oblo­okać whi­te beach i nie powiem, cał­kiem w cip­kę, ale jest tak obło­żo­na, że po 10:00 nie ma już za bar­dzo gdzie się roz­ło­żyć.


Wię­cej o Whi­te Beach i pozo­sta­łych pla­żach napi­szę w kolej­nym poście.

A to widziałeś?