Włóczykijing

Moje Wielkie Włoskie Wakacje. Część 2. Jezioro Garda

28/07/2021

W poprzed­nim odcin­ku “Moich Wiel­kich Wło­skich Waka­cji” gości­li­śmy w Dolo­mi­tach -Skok do wpsiu.  Dziś prze­no­si­my się nad Jezio­ro Gar­da, któ­re sta­no­wi­ło dru­gi etap naszej eska­pa­dy. Przy­znam, że tutaj wyty­po­wa­nie naj­faj­niej­szej miej­sców­ki zaję­ło nam spo­ro cza­su. Dla­cze­go? Ano dla­te­go, że wokół Gar­dy jest spo­ro inte­re­su­ją­cych mia­ste­czek, np. Sir­mio­ne oraz Limo­ne, i każ­de ma jakiś ficzer, któ­ry prze­ma­wia na jego korzyść. Osta­tecz­nie zwa­ży­li­śmy takie aspek­ty jak: loka­li­za­cja, dostęp­ny pla­żing, baza gastro oraz poten­cjal­ny widok z okna i tym spo­so­bem padło na Salo, czy­li naj­więk­szą miej­sco­wość na zachod­nim brze­gu jezio­ra.

Począt­ko­wo noc­le­gów nad Gar­dą szu­ka­li­śmy kla­sycz­nie przez booking.com, ale wyjąt­ko­wo trud­no było tra­fić na coś w naszym guście. Więk­szość hote­li wyglą­da­ła jak żyw­cem wyję­te z kata­lo­gu z mebla­mi Bodzio z lat ’70 (wszech­obec­ne bor­do­we narzu­ty z frędz­la­mi), albo była poza naszym zasię­giem ceno­wym (fan­cy wil­le z lądo­wi­ska­mi dla heli­kop­te­rów). Dla­te­go tym razem o pomoc popro­si­li­śmy eki­pę Acti­ve Squ­ad Ita­ly. Jest to para naszych roda­ków + bom­bel­ki, któ­rzy miesz­ka­ją od kil­ku lat nad Gar­dą i orga­ni­zu­ją w tym regio­nie wyjaz­dy szy­te na mia­rę (może­cie ich wyko­rzy­stać tyl­ko do wyszu­ka­nia noc­le­gów, ale rów­nież do spię­cia wszyst­kie­go od A do Z, w tym róż­ne eks­tre­mal­ne aktyw­no­ści. Jak cuś, zaj­rzyj­scie na ich pro­fil na IG). Oso­bi­ście napa­li­łem się na wyjazd rowe­ro­wy orga­ni­zo­wa­ny przez Wojt­ka… ale póź­niej sobie przy­po­mnia­łem, że mam dziec­ko, a poza tym jestem roz­la­złym gru­ba­skiem w try­bie waka­cyj­nym, więc osta­tecz­nie usta­li­li­śmy, że te rower­ty to jed­nak następ­nym razem.

W każ­dym razie eki­pa Acti­ve Squ­ad pode­sła­ła nam kil­ka pro­po­zy­cji miej­scó­wek zgod­nych z naszy­mi wytycz­ny­mi (jak naj­bli­żej jezio­ra, naj­le­piej cały apar­ta­ment na wyłącz­ność) i osta­tecz­nie wybra­li­śmy poniż­sze miesz­ka­no. Już na zdję­ciach pre­zen­to­wa­ło się cał­kiem dobrze, ale na żywo oka­za­ło się jesz­cze lep­sze. Per­fek­cyj­na loka­li­za­cja; apar­ta­ment znaj­du­je się przy głów­nym dep­ta­ku w Salo, na któ­rym znaj­dzie­cie kawiar­nie, spo­żyw­cza­ki oraz masę knajp. A jak ktoś jedzie nad Gar­dę, żeby obku­pić się w nową kolek­cję Ver­sa­ce, to też luzik, bo mar­ko­wych buti­ków jest tam zatrzę­sie­nie. Jed­nak to co zdzi­siej­szej per­spek­ty­wy wyda­je mi się naj­waż­niej­sze to do apar­ta­men­tu jest przy­pi­sa­ne miej­sce w gara­żu pod­ziem­nym na sąsied­niej uli­cy i powia­dam wam, że jest to abso­lut­nie klu­czo­wy para­metr, gdyż ponie­waż par­ko­wa­nie w Salo jest:
a) dro­gie w uj
b) kopa­niem się z koniem bo miejsc par­kin­go­wych jest tyle co kot napła­kał, więc nawet jeśli jakieś tra­fisz, to lepiej już do koń­ca poby­tu się z nie­go nie ruszaj, bo taki fart może się nie powtó­rzyć. Poza tym mia­stecz­ko jest sku­pi­skiem ulic jed­no­kie­run­ko­wych i nie możesz ot tak zawró­cić, nope, musisz je ponow­nie obje­chać.

Wra­ca­jąc jed­nak do tema­tu noc­le­gu. Apar­ta­ment znaj­du­je się bez­po­śred­nio nad piz­ze­rią, co może nie­któ­rych prze­ra­zić, bo wia­do­mo, że Wło­si lubią dłu­gie wie­czor­ne posia­dó­wy i raczej do cichych nie nale­żą, a to ozna­cza, że ist­nie­je ryz­ko dar­cia pijac­kich mor­dek przez całą noc. I ja nie mówię, że tak nie jest, na szczę­ście pod­czas nasze­go poby­tu o godzi­nie 22:00 zaczy­na­ła się godzi­na poli­cyj­na #COVID, więc dys­kom­for­tu nie odczu­li­śmy. Były za to pozy­ty­wy, w razie nagłe­go ata­ku gastro, wystar­czy­ło zejść dwa pię­tra niżej.

Jeśli cho­dzi o pole­ce­nia knajp, to nie wska­żę wam nic kon­kret­ne­go, bo fak­ty są takie, że więk­szość loka­li jest na tym samym pozio­mie – w porząd­ku, ale dupy nie ury­wa. Selek­cji doko­ny­wa­li­śmy raczej na pozio­mie „to nam się podo­ba, to łeee”. Pamię­taj­cie tyl­ko, że moż­na ostro naciąć się na tzw. koper­to, czy­li z góry nali­cza­ną opła­tę za nakry­cie sto­łu. Opła­ta nali­cza­na jest od każ­dej oso­by, któ­ra sie­dzi przy sto­le i nie ma tu zna­cze­nia, czy coś zja­dła czy nie, a myk pole­ga na tym, że opła­ta jest wol­ną ame­ry­kan­ką i w jed­nej knaj­pie wyno­si 1,5 ojro/osoba, tym­cza­sem w sąsied­niej może uro­snąć do 4 ojro/osoba. Od cze­go jest zależ­na? Od wła­ści­cie­la. Ot wła­ści­ciel mówi: „U mnie koper­to będzie 4 ojro i co mi zro­bi­cie?” 😉

Aktyw­no­ści.
Jadą do Salo w gło­wie mie­li­śmy mega ambit­ne pla­ny pt. dziś jedzie­my tu, jutro tam, a poju­trze jesz­cze gdzie indziej, tym­cza­sem jak już dotar­li­śmy na miej­scu i zoba­czy­li­śmy jak to wszyst­ko przy­jem­nie się pre­zen­tu­je, stwier­dzi­li­śmy: „HWDP w plan, pochil­lu­je­my na miej­scu, popa­trzy­my na wodę, pod­ła­du­je­my bate­ryj­ki”. I to była naj­lep­sza decy­zja ever. 4,5 km od apar­ta­men­tu wycza­ili­śmy faj­ną pla­że bli­sko por­tu w Por­te­se i codzien­nie tam cho­dzi­li­śmy z wózecz­kiem, na wypa­dek gdy­by Bren­do­nek w poło­wie dro­gi stra­cił wenę do mar­szu. Było wspa­nia­le. Pogo­da super, wido­ki super, dri­necz­ki zmro­żo­ne, cze­go chcieć wię­cej?

Dopie­ro na koniec zro­bi­li­śmy dwie wyciecz­ki do Wero­ny i Sir­mio­ne.
Wero­na, wia­do­mix! Słyn­ny bal­konz Rom­ka i Jul­ki oraz Are­na (trze­ci pod wzglę­dem wiel­ko­ści amfi­te­atr, zaraz po rzym­skim Kolo­seum i amfi­te­atrze w Kapui). Przy­jem­ne mia­sto, żeby chwi­lę się poszwę­dać, ale nie na tyle WOW, żebym chciał się tu zatrzy­mać na kil­ka dni. Super, że uda­ło nam się wejść pod bal­kon bez sta­nia w godzin­nej kolej­ce, pokrę­ci­li­śmy się tro­chę po ulicz­kach, zje­dli­śmy dobrą piz­ze na kawał­ki i to tyle. Odha­czo­ne.

Za to Sir­mio­ne szto­sik. Mia­stecz­ko na połu­dniu jezio­ra Gar­da, poło­żo­ne na pół­wy­spie, oto­czo­ne (pra­wie) ze wszyst­kich stron wodą. Znaj­dzie­cie tu pozo­sta­ło­ści śre­dnio­wiecz­nych budow­li, w tym zamek Sca­li­ge­rich. Pre­zen­tu­je się to napraw­dę kozac­ko. I dobre lodzio­ry mają w ulicz­kach bli­sko zam­ku, pole­cam. I postój na dri­na w knaj­pie na pla­ży też pole­cam. Jak dla mnie Sir­mio­ne total­nie zaora­ło Wero­nę i jeśli przy­kła­do­wo mie­li­by­ście moż­li­wość zaha­cze­nia tyl­ko o jed­no z tych miejsc, zde­cy­do­wa­nie sta­wiaj­cie na Sir­mio­ne. (ale nie żału­ję, że na noc­leg wybra­li­śmy Salo. Sir­mio­ne jest ide­al­ne na jed­nod­niów­kę, Salo to relaks).

Doli­mi­ty były pięk­ne, ale przy­znam szcze­rze, że z Gar­dy wyjeż­dża­łem z więk­szym bólem ser­dusz­ka. Spę­dzi­li­śmy tam 4 dni i został lek­ki nie­do­syt, bo już samo siedz­nie i patrze­nie w wodę było wyjąt­ko­wo przy­jem­ne, tym­cza­sem jak widzę na insta Activ Squ­adu ile tam jesz­cze jest miejsc do odkry­cia i ile rze­czy do robie­nia, mam wra­że­nie, że nawet nie lizne­li­śmy tema­tu. Mam taką zasa­dę, że życie jest zbyt krót­kie, żeby dublo­wać podró­że (taa, a w Taj­lan­dii i w Egip­cie byłeś po 3 razy paró­wo ), ale dla Gar­dy zro­bię wyją­tek.

Ale nie czas na łzy, bo z Lom­bar­dii prze­no­si­my się już do Ligu­rii, gdzie też lipy raczej nie będzie. Stay tuned.

A to widziałeś?