Włóczykijing

PigOut w Biznes Klasie

11/03/2019

Jakiś czas temu Madzia musia­ła kop­snąć służ­bo­wo do USA — wiem, co teraz myśli­cie “wyciecz­ka do USA, ojej to napraw­dę musi być cięż­ka pra­ca”. Tak, tak, też tak mia­łem, ale nie idź­cie tą dro­gą. Raz, że takie gada­nie dzia­ła na Madzie jak płach­ta na byka, dwa, rze­czy­wi­stość ponoć dia­me­tral­nie róż­ni się od ocze­ki­wań i zamiast kaw­ki z wido­kiem na Man­hat­tan była wysy­sa­ją­ca duszę, ener­gię i chęć do życia, 12-godzin­na kon­fe­ren­cja w Dur­han, czy­li ame­ry­kań­skim odpo­wied­ni­ku Raszy­na. Tak przez 2 dni, a póź­niej bez­po­śred­ni trans­fer na lot­ni­sko i tyle było z gwiaz­do­rze­nia po 5th Ave­nue … ponoć. Jeśli to praw­da, to ja już chy­ba wolę moje dele­ga­cje do Piotr­ko­wa Try­bu­nal­skie­go. Wra­że­nia rów­nie nie­atrak­cyj­ne, ale przy­naj­mniej mniej męczą­ca podróż i moż­na sobie zro­bić pit stop na hot doga i siku. A tak serio to Piotr­ków Try­bu­nal­ski jest zaje­bi­sty i zawsze mił było tam wysko­czyć (piszę to w razie gdy­by ktoś zna­jo­my to czy­tał)

Wróć­my jed­nak do USA. Oka­za­ło się, że u Madzi w “fabry­ce”, ist­nie­je szcze­gó­ło­wy regu­la­min wyjaz­dów służ­bo­wych (w sumie oczy­wi­ste), a w nim nastę­pu­ją­cy zapis: “Jeśli podróż trwa dłu­żej niż X godzin, pra­cow­ni­ko­wi przy­słu­gu­je upgra­de bile­tu do kla­sy biz­nes” #jeba­niut­cy. I wła­śnie dzię­ki temu krucz­ko­wi, (prawie)małżonka odby­ła lot z wygo­da­mi jak Bey­on­ce. Czad, co nie? Oczy­wi­ście jaram się jej szczę­ściem, bo wia­dom­ka, dla mojej księż­nicz­ki wszyst­ko, co naj­lep­sze, ale przy oka­zji jestem też w gru­bym szo­ku. Bilet do USA w wer­sji ple­bej­skiej krzy­czy oko­ło 2 tys. PLN, więc jesz­cze do prze­ży­cia (za hajs mat­ki baluj), za to upgra­de do busi­ness class to już skok o dodat­ko­we 20 koła (20−25 tys. zł). W gło­wie nie miesz­czą mi się dwie rze­czy. Po pierw­sze, że za moż­li­wość odse­pa­ro­wa­nia się zasłon­ką od #janu­szy trze­ba wyło­żyć 20 tysi extra #sza­leń­stwo i dwa, że są fir­my, któ­re w ogó­le przej­mu­ją się losem pra­cow­ni­ka i są skłon­ne wyło­żyć taaaaaki piniądz, byle tyl­ko nogi im nie ścier­pły #szok.

Dla porów­na­nia pozwo­lę sobie przy­to­czyć wła­sny przy­pa­dek. Otóż mia­łem w swo­jej karie­rze taki etap, że regu­lar­nie musia­łem jeż­dzić do dwóch firm odda­lo­nych o kil­ka­na­ście i kil­ka­dzie­siąt kilo­me­trów od Wawy, i kie­dy mój ówcze­sny szef wezwał mnie na roz­mo­wę w tej spra­wie, zarzu­cił mniej wię­cej tak: “Hej, co byś powie­dział na kup­no Tico w gazie? Na począt­ku będziesz musiał wyło­żyć kil­ka gro­szy, wia­do­mo, ale jeśli weź­miesz gaz w ryczałt i dobrze zakrę­cisz, to za 3 lata będziesz na plu­sie”. W pierw­szym momen­cie tak bar­dzo się zaśmia­łem, że omal nie spa­dłem z krze­sła, jed­nak poker fejs sze­fa szyb­ko przy­wo­łał mnie do porząd­ku i dał do zro­zu­mie­nia, że to poważ­na ofer­ta biz­ne­so­wa. Serio! Po latach mogę powie­dzieć, że był­bym teraz z tym Tico w czar­nej dupie, a nie na plu­sie. Wróć­my jed­nak do Madzi. Otóż kie­dy już się oswo­iłem, że na ryn­ku są fir­my, któ­re dla odmia­ny robią pra­cow­ni­ko­wi dobrze, a nie tyl­ko przy­gnia­ta­ją butem i przy­pa­la­ją papie­ro­sem, popro­si­łem ją, żeby prze­ła­ma­ła barie­rę wsty­du i nacy­ka­ła milion fotek pod­czas lotu, bo mi i mojej rekla­mów­ce z Bie­dry raczej nie będzie dane podró­żo­wać na takim wypa­sie, a bar­dzo jeste­śmy cie­ka­wi, jak to wyglą­da od środ­ka.  Sprawdź­my, czy luk­su­sy war­te są dopła­ty rzę­du Fia­ta Pan­dy.

Latanie w biznes klasie: Jest tak…

Splen­dor zaczy­na się już na lot­ni­sku. Naj­pierw szyb­kie nada­nie baga­żu w spe­cjal­nie wydzie­lo­nym sta­no­wi­sku, do któ­re­go pro­wa­dzi ścież­ka wyście­ła­na per­skim dywa­nem, co by sobie biz­nes­me­ni trum­nia­ków nie pobru­dzi­li. Następ­nie eks­pre­so­we przej­ście przez kon­tro­lę bez­pie­czeń­stwa. Tu ponow­nie jest wydzie­lo­na osob­na bra­mecz­ka, z któ­rej przy oka­zji bar­dzo dobrze widać, skąd się bio­rą kor­ki przy stan­dar­do­wej kon­tro­li — to Zdzi­siek wal­czy z klam­rą od paska i ewi­dent­nie prze­gry­wa; to Halin­ka źle zapa­ko­wa­ła kosme­ty­ki, ale upie­ra się przy swo­im i każe obsłu­dze walić się na ryj; to cel­nik znaj­dzie w baga­żu pod­ręcz­nym nie­le­gal­ną kon­tra­ban­dę suchej kra­kow­skiej, prze­my­ca­nej dla szwa­gra z Czi­ka­go itd., itp. Cho­ciaż to i tak nic przy mojej odpra­wie. Zanim wysko­czę ze wszyst­kich swo­ich sprzę­tów, kabel­ków i łado­wa­rek, gim­bus za mną zdą­ży przejść muta­cję.

Latanie w biznes klasie

Wra­ca­my do biz­nes kla­sy. Po eks­tre­mal­nym wysił­ku, jakim była 5‑minutowa odpra­wa, zde­cy­do­wa­nie zasłu­gu­je­my na chwi­lę relak­su. W tym celu uda­je­my się do Busin­nes Loun­ge. Busi­ness Loun­ge to taka lot­ni­sko­wa sto­łów­ka ze szwedz­kim sto­łem, open barem, nie­przy­zwo­icie wygod­ny­mi fote­la­mi i super szyb­kim inter­ne­tem. Oczy­wi­ście wszyst­ko za dar­mo (o ile nie liczy­my tych 20 paty­ków za bilet) i nie­li­mi­to­wa­ne, więc nie ma stra­chu, że ktoś nas będzie oce­niał, jeśli w cią­gu pół godzi­ny pochło­nie­my 15 muf­fin­ków i zapi­je­my je 10-cio­ma kie­lisz­ka­mi szam­pa­na. Nope, to tutaj chleb powsze­dni. Kto boga­te­mu zabro­ni? Ok, pod­je­dli­śmy, popi­li­śmy, ale do wej­ścia na pokład samo­lo­tu wciąż ponad godzi­na, co począć? W pierw­szym odru­chu chcia­ło­by się iść już sta­nąć w kolej­ce do bra­mek, tak na wszel­ki wypa­dek, żeby mieć pew­ność, że bez nas nie pole­cą, nie­ste­ty nie ma to więk­sze­go sen­su, bo biz­nes kla­sa kolej­ny raz ofe­ru­je osob­ne wej­ście przez bram­ki. Coż, nad­pro­gra­mo­wy czas może­my wyko­rzy­stać na przy­kład na kim­kę w spe­cjal­nie wydzie­lo­nej stre­fie ciszy, a jeśli leci­my aku­rat na rand­kę, ewen­tu­al­nie wra­ca­my wła­śnie z rand­ki do żony, może­my tę krót­ką prze­rwę wyko­rzy­stać na wzię­cie prysz­ni­ca w stre­fie “spa” i zmy­cie śla­dów nie­wier­no­ści. Sku­ba­ni pomy­śle­li o wszyst­kim.

Latanie w biznes klasie

Latanie w biznes klasie

Dobra prze­nie­śmy się do samo­lo­tu. Oczy­wi­ście mamy pierw­szeń­stwo wej­ścia na pokład, ale żeby nie wyglą­da­ło, że to dla nas coś nowe­go, do środ­ka wbi­ja­my niczym cele­bry­ci, czy­li na peł­nej bla­zie i igno­ru­je­my nie­na­wist­ne spoj­rze­nia tłu­mu, któ­ry już dru­gą godzi­nę kotłu­je się w kolej­ce. Jeśli cho­dzi o miej­sca w samo­lo­cie, mamy nastę­pu­ją­ce warian­ty:  

- za firan­ką —  doty­czy krót­kich tras i małych samo­lo­tów, stan­dard ciut lep­szy od budże­to­we­go, ale zde­cy­do­wa­nie nie­war­ty swo­jej ceny;

- stre­fa VIP — duże samo­lo­ty na dłu­gich tra­sach, do dys­po­zy­cji wystar­cza­ją­co miej­sca, żeby wycią­gnąć szki­ty, do tego podu­sia, koł­der­ka, sys­tem mul­ti­me­dial­ny, gadże­ty i nad­ska­ku­ją­ca ste­war­de­sa.

Ogól­nie stre­fa VIP stre­fie VIP nie rów­na. Co linia lot­ni­cza to inny stan­dard. W Lufthan­sie wyglą­da ona tak:

Latanie w biznes klasie

Z kolei w Bri­tish Air­ways tak:

Latanie w biznes klasie

Nie zdą­żysz nawet wygod­nie się roz­siąść, zdjąć butów i zaświe­cić dziu­rą w skar­pe­cie, a już jest przy Tobie ste­war­de­sa z welco­me dri­nem i sto­sem kolo­ro­wych cza­so­pism z róż­nych stron świa­ta. Do tego w gra­ti­sie dosta­jesz mar­ko­wą kosme­tycz­kę, w któ­rej znaj­dziesz fiku­śne kre­mi­ki, mydeł­ka, szczot­kę, pastę, płyn do płu­ka­nia pysia, szmin­kę waze­lin­kę, czop­ki, skar­pe­ty i oczy­wi­ście sto­pe­ry do uszu, żeby nie sły­szeć pła­czą­cych dzie­ci z kla­sy eko­no­micz­nej. Oso­bi­ście uwa­żam to za nie­takt. Praw­da jest taka, że w tej cenie ścia­ny powin­ny być dźwię­kosz­czel­ne. (P.S. Podob­ne kosme­tycz­ki dosta­wa­łem pod­czas swo­ich ple­bej­skich lotów do Azji, więc nie wiem, czy powin­ni­śmy to liczyć jako + w biz­nes kla­sie).

Latanie w biznes klasie

Resz­ta podró­ży to już tak napraw­dę tyl­ko czte­ry czyn­no­ści wyko­ny­wa­ne naprze­mien­nie: jedze­nie, dri­nie­nie, spa­nie i chil­lo­wa­nie przy książ­ce lub fil­mie (muszę przy­znać, że jestem pod wra­że­niem biblio­te­ki tytu­łów w pokła­do­wych sys­te­mach mul­ti­me­dial­nych. Ostat­nie “Gwiezd­ne woj­ny” były dostęp­ne w samo­lo­tach po zale­d­wie 2 mie­sią­cach od pre­mie­ry kino­wej. Wiem, bo oglą­da­łem pod­czas lotu). Skup­my się jed­nak na jedze­niu, w koń­cu ostat­ni posi­łek spo­ży­li­śmy jakieś 20 minut temu, więc brzuch ma moral­ne pra­wo #bur­czeć. Ogól­nie pod­czas 9‑godzinnego lotu cze­ka­ją nas dwa poważ­niej­sze posił­ki, prze­ką­ska i deser, a wszyst­ko skom­po­no­wa­ne przez (podob­no) świa­to­wej sła­wy kucha­rzy, poda­ne na por­ce­la­nie i lnia­nym obru­sie (i odgrza­ne w mikro­fa­lów­ce tak btw). Przyj­rzyj­my im się bli­żej (zesta­wie­nie z 3 lotów). 

Zestaw 1:

- spring rolls z kur­cza­kiem w sosie z orzesz­ków ziem­nych (pole­ca­ne dla aler­gi­ków 🙂

- kre­wet­ki z duszo­ny­mi warzy­wa­mi i ryżem

- na deser pan­na cot­ta

- przed lądo­wa­niem śnia­dan­ko: fran­cu­skie gorą­ce roga­li­ki, ser, dże­mor, jogurt

Latanie w biznes klasie

Zestaw 2:

- kozi ser z poma­rań­cza­mi i dre­sin­giem

- kur­czak z ziem­nia­cza­nym puree i duszo­ny­mi warzy­wa­mi

- ser­nik z wiśnia­mi

- na śnia­da­nie: twa­ro­żek, wędli­na, owo­ce

Latanie w biznes klasie

Latanie w biznes klasie

Zestaw 3:

- zupa cebu­lo­wa z grzan­ką, sałat­ka

- ryba z warzy­wa­mi i ziem­niacz­ka­mi

- kur­czak z oliw­ka­mi i sosem pomi­do­ro­wym

- cia­stecz­ka

Latanie w biznes klasie

Latanie w biznes klasie

So fuc­king sophi­sti­ca­ted! Jedze­nie jak naj­bar­dziej zja­dli­we, ale szcze­rze mówiąc, nie ma co się nad nim zbyt­nio wzru­szać (cho­ciaż ser­ni­kiem bym nie pogar­dził). Wyglą­da lepiej niż sma­ku­je, poza tym za ten szmal moż­na wyku­pić rocz­ny abo­na­ment u Woj­cie­cha Basiu­ry, w nie­któ­rych krę­gach zna­ne­go też, jako Modest Ama­ro.

Pró­bo­wa­łem od Madzi wycią­gnąć odpo­wiedź, czy gdy­by była bar­dzo, ale to bar­dzo boga­ta, to dopła­ca­ła­by do biz­nes kla­sy? Spo­dzie­wa­łem się, że zapo­da hej­ta, twier­dząc, że nie moż­na być, aż tak boga­tym, żeby, aż tak mar­no­wać pie­nią­dze, tym­cza­sem powie­dzia­ła, że owszem. Oczy­wi­ście przy zało­że­niu, że była­by bar­dzo, ale to bar­dzo boga­ta. Doda­ła jesz­cze, że jedze­nie i kosme­tycz­ki za bar­dzo jej nie grze­ją, ale chill w Busi­ness Louge i pokła­do­we fote­le, roz­kła­da­ne do peł­no­wy­mia­ro­we­go łóż­ka napraw­dę robią robo­tę i idzie się do takie­go luk­su­su przy­zwy­cza­ić. W zasa­dzie całe loty prze­spa­ła, więc na miej­scu wysia­da­ła full świe­żyn­ka. Szko­da, że ja i moja rekla­mów­ka z Bie­dy nigdy się o tym nie prze­ko­na­my… no chy­ba, że rząd wpro­wa­dzi pro­gram 500+biznes kla­sa do pierw­sze­go dziec­ka.

Latanie w biznes klasie

Poza tym, że w biz­nes kla­sie moż­na wypo­cząć i popaść w alko­ho­lizm (open bar na lot­ni­sku, open bar w samo­lo­cie), jest jesz­cze myk ze zbie­ra­niem mil w ramach pro­gra­mu lojal­no­ścio­we­go. Przy­kła­do­wo za dwa loty busi­ness class na tra­sie War­sza­wa — Fila­del­fia — War­sza­wa + War­sza­wa — Atlan­ta — War­sza­wa, dosta­je się tyle mil, że swo­bod­nie star­czy na bez­go­tów­ko­wy zakup dwóch bile­tów na dowol­nej tra­sie eur­pej­skiej lub kil­ka noc­le­gów w wypa­sio­nym hote­lu, czy­li deal, jaki zro­bi­li­śmy w Kuala Lum­pur. Tak wyglą­dał nasz hotel, za któ­ry zapła­ci­li­smy mila­mi Madzi.

Latanie w biznes klasie Latanie w biznes klasie

Latanie w biznes klasie Latanie w biznes klasie Latanie w biznes klasie Latanie w biznes klasie Latanie w biznes klasieLatanie w biznes klasie

P.S. A tak w ogó­le to dla nie­któ­rych taki lot w kla­sie biz­nes to wciąż bie­da-opcja. Jakiś czas temu zna­ny ame­ry­kań­ski vlo­ger, Casey Neistat, dostał od Emi­ra­tes upgra­de do kla­sy super-ultra-hiper-vip na tra­sie Dubaj — Nowy York. Nor­mal­nie taki bilet kosz­tu­je 21 tysię­cy dola­rów, czy­li tyle, co Sko­da Octa­via. Obczaj­cie, co mie­ści się w tej cenie (HWDP w bogo­li):

A to widziałeś?