Włóczykijing

Bangkok wciąga

01/03/2014

Robię prze­gląd neta i fejs­buk pyta co u mnie? Tak się składa, że cał­kiem sporo. Wczo­raj, kiedy u was była 1 w nocy, sie­dzia­łem na lot­ni­sku i cze­ka­łem na samo­lot do Bang­koku. W tzw. mię­dzy­cza­sie wpa­dłem do Dun­kin Don­tas żeby zro­bić sobie namiastkę tłu­stego czwartku i myśla­łem, że będzie to naj­więk­sza atrak­cja dnia. Błąd. To było 27.02.2014r., a lot miał trwać 1h20 min. Na miej­scu oka­zało się, że jest 27.02 ale roku 2557 i wylą­do­wa­łem w mie­ście o egzo­tycz­nej nazwie “Krung Thep Maha­na­khon Amon Rat­ta­na­ko­sin Mahin­thara Ayuthaya Maha­di­lok Phop Nop­pha­rat Rat­cha­thani Buri­rom Udom­rat­cha­ni­wet Maha­sa­than Amon Piman Awa­tan Sathit Sak­ka­that­tiya Wit­sa­nu­kam Pra­sit”, hey maca­rena.
Nie, nie jestem pijany. No dobra tro­chę jestem, ale to co wyżej to true story. W Bang­koku w prze­ci­wień­stwie do Phu­ket nie tury­ści, a miej­scowi wyzna­czają czas i tak się składa, że aktu­al­nie jest tu rok 2557, a to coś w cudzy­sło­wie to ory­gi­nalna nazwa mia­sta. Google twier­dzi, że jest to naj­dłuż­sza nazwa geo­gra­ficzna na świe­cie, docze­kała się nawet wpisu do Księgi Guin­nessa. Bang­kok posiada jesz­cze jeden rekord. Sto­wa­rzy­sze­nie mete­oro­lo­gów czy kogoś tam, ofi­cjal­nie uznaje to mia­sto za naj­go­ręt­sze na świe­cie. Mogą mieć rację. Jest gorąco jak w pie­kle, a do tego jesz­cze zaje­bi­sty smog. Niby nie ma ani jed­nej chmurki, a szaro jak na Ślą­sku. Samo mia­sto paskudne. Pra­wie tak brzyd­kie jak Łódź, ale świą­ty­nie epickie.

DCIM104GOPRO

Aktu­al­nie trwają tutaj zamieszki podobne, jak początki na Ukra­inie. Zamknięte strefy z pro­te­stami, uzbro­jone woj­sko i poli­cja roz­siane po mie­ście. Takie kli­maty. Wszyst­kie por­tale podróż­ni­cze podają, że jest nie­bez­piecz­nie i żeby Broń Boże nie zapusz­czać się poza obszary tury­styczne. Łatwo powie­dzieć. Chcie­li­śmy być grzeczni i poje­chać zoba­czyć wiel­kiego, zło­tego Buddę, ale nie­stety tra­fił nam się lewy tuk tuk. Kie­rowca pró­bo­wał nas prze­krę­cić i trzeba było ewa­ku­ować się na pierw­szych lep­szych świa­tłach, w total­nie nie­zna­nej dzielni. Próba samo­dziel­nego powrotu do hotelu przy­nio­sła tyle, że tra­fi­li­śmy w sam śro­de­czek taj­skiego majdanu.

Poza tym nudy — picie rumu z wia­dra, sma­ko­wa­nie sza­rań­czy, bicie kolej­nych rekor­dów w ostro­ści żar­cia, etc. Czy żałuję? Hell no! Mimo wszystko Bang­kok to bar­dzo kli­ma­tyczne miej­sce i bawimy się pierw­szo­rzęd­nie. Za dnia jest tak gorąco, że możemy bez wyrzu­tów sumie­nia, moczyć się przez kilka w hote­lo­wym base­nie (znowu tra­fił nam się basen na dachu) a odha­cze­nie kolej­nych świą­tyń i posą­gów pozo­sta­wić na wie­czór. Wra­ca­jąc ze zwie­dza­nia zaha­czamy o chiń­ską dziel­nicę, gdzie pró­bu­jemy nowych potraw, po czym uda­jemy się na Kao San Road, czyli cen­trum noc­nego życia. Tam tro­chę drin­ku­jemy i jak­żeby ina­czej — pró­bu­jemy nowych potraw. Kiedy mamy już dość alko i pad thaia, spa­cer­kiem kulamy się do hotelu. I wła­śnie tak wygląda ide­alny balans pomię­dzy chillout’em a zwie­dza­niem, PigOut-turystyka.

P.S.
Bang­kok to sto­lica i naj­więk­sze mia­sto Taj­lan­dii. Składa się z 50 dziel­nic i liczy w mniej wię­cej 10 mln miesz­kań­ców (21 mia­sto na świe­cie pod tym wzglę­dem). W mie­ście znaj­duje się około 400 świą­tyń, a nie­które swoim maje­sta­tem ury­wają dupę. Prze­ciętna roczna tem­pe­ra­tura powie­trza wynosi 28,4°C, a ory­gi­nalną nazwę Bang­koku tłu­ma­czy się jako: “Mia­sto anio­łów, wiel­kie mia­sto i rezy­den­cja świę­tego klej­notu Indry (Szma­rag­do­wego Buddy), nie­zdo­byte mia­sto Boga, wielka sto­lica świata, ozdo­biona dzie­wię­cioma bez­cen­nymi kamie­niami szla­chet­nymi, pełne ogrom­nych pała­ców kró­lew­skich, rów­na­ją­cym nie­biań­skiemu domowi odro­dzo­nego Boga; mia­sto, poda­ro­wane przez Indrę i zbu­do­wane przez Wisz­wa­kar­mana”. No i to prawda, co mówili w Kac Vegas 2, Bang­kok wciąga!

A to widziałeś?