Włóczykijing

Bali z Istagrama vs Bali w rzeczywistości

15/04/2019

Na pew­no wie­lo­krot­nie tra­fi­li­ście w necie na pani­kar­skie arty­ku­ły w sty­lu — > “Ej, nie wierz­cie insta­gra­mer­kom, bo ich życie wca­le nie wyglą­da tak, jak na zdję­ciach. Te wszyst­kie foty  z luk­su­so­wych hote­li,  z toreb­ka­mi Pra­dy, cyk­nię­tych pod­czas sko­ków na bun­gee i z cie­płą kapu­czi­ną z mach­nię­tym ser­dusz­kiem na pian­ce, to fej­ki i ustaw­ka bla bla bla, więc się nie dołuj­cie i porzuć­cie pomysł na kąpiel z włą­czo­ną suszar­ką”. Serio tego nie wie­dzie­li­ście? Tak samo jest z ame­ry­kań­ski­mi lice­ami. Wbij­cie do jakie­goś ran­do­mo­we­go, a nagle oka­że się, że tam­tej­sza mło­dzież wca­le nie wyglą­da, jak obsa­da Bever­ly Hills 90210, czy River­da­le. Nope, oprócz fut­bo­li­stów i che­er­li­de­rek, tra­fia­ją się też pasz­cza­ki, gru­bi i gar­ba­ci. Wiem, szok, ale to praw­da. Madzia była i widzia­ła na wła­sne oczy.

Nie ina­czej spra­wy mają się w kwe­stii wycie­czek zagra­nicz­nych. Insta­gram i biu­ra podró­ży szczu­ją fota­mi z lazu­ro­wą wodą, bia­łym pia­secz­kiem i dri­nem z palem­ką, roz­pa­la­jąc wyobraź­nie, że wystar­czy kil­ka godzin lotu i cyk, jeste­śmy w raju. Czy aby na pew­no tak jest w rze­czy­wi­sto­ści? Sprawdź­my to na przy­kła­dzie Bali… cho­ciaż tak napraw­dę ten wpis będzie ever­gre­enem, któ­ry da się prze­ło­żyć na więk­szość tury­stycz­nych miej­scó­wek. Ot wystar­czy w tytu­le zmie­nić nazwę loka­li­za­cji, a resz­ta nadal będzie aktu­al­na.

Bali na instagramime

Wpi­su­jąc #Bali w insta­gra­mo­wą wyszu­ki­war­kę, macie jak w ban­ku, że wysko­czą wam same ury­wa­ją­ce odwłok uję­cia -> wodo­spa­dy, wul­ka­ny, dziew­czy­ny 90÷60÷90 w biki­ni, nie­biań­skie pla­że i epic­kie pola ryżo­we. I one napraw­dę tam są, ALE to tyl­ko kadry. Dopie­ro będąc na miej­scu, ma się moż­li­wość dostrze­że­nia peł­ne­go obraz­ka. To, cze­go nie widać, to:

Tłu­my

To jest taki laj­to­wy zarzut, bo sko­ro mi się zachcia­ło tam jechać, żeby pochil­lo­wać, to niby na jakiej pod­sta­wie miał­bym mieć pre­ten­sję, że 2 milio­ny innych ludzi, wpa­dło na iden­tycz­ny pomysł? Piszę o tym tyl­ko dla­te­go, żeby­ście sobie nie myśle­li, że wró­ci­cie z takie­go wyjaz­du z taki­mi samy­mi sel­fiacz­ka­mi, jak wasze ulu­bio­ne influ­en­cer­ki. Nope, no, chy­ba że wsta­nie­cie o 4:30 i poje­dzie­cie tam pierw­si, cho­ciaż zało­żę się, że nie będzie­cie jedy­ny­mi, któ­rzy tak kom­bi­nu­ją. Jeśli lubi­cie pospać, to nie­ste­ty musi­cie się liczyć z fota­mi z chiń­ski­mi tury­sta­mi w tle.

Kor­ki

Miesz­kam w War­sza­wie już jakiś czas, więc wyda­wa­ło mi się, że o kor­kach tro­chę wiem. Fak­tycz­nie, wyda­wa­ło mi się. Bali jest dwa pozio­my wyżej w tej mate­rii. Kor­ki takie, że prze­jazd dwóch kilo­me­trów przez Ubud, potra­fi zająć godzi­nę lub pół­to­ra. I nawet sku­ter nie ratu­je sytu­acji. Stoi się tak samo. W biu­rze podró­ży wam o tym nie powie­dzą.

Śmie­ci

To naj­bar­dziej boli. Bali jest zaśmie­co­ne na mak­sa. I nie mówię tu o incy­den­tach, że ktoś rzu­ci na uli­cę papie­rek po snic­ker­sie, tyl­ko o grub­szym tema­cie w sty­lu rzu­ca­nia worów ze śmie­cia­mi do stu­dzie­nek, w bocz­ne ulicz­ki, przy wej­ściu na pla­żę i w tego typu zaka­mar­ki. Smu­te­czek bar­dzo. Jeśli ktoś był i tego nie widział, to zna­czy, że jest śle­py, albo pró­bu­je zakła­mać rze­czy­wi­stość, co by waka­cyj­ne opo­wie­ści lepiej brzmia­ły. Oczy­wi­ście temu zja­wi­sku towa­rzy­szą róż­ne, nie­zbyt przy­jem­ne zapa­chy, a i szczur od cza­su do cza­su prze­bie­gnie pod noga­mi. Niby raj, a podob­nie jak nad Zale­wem Zegrzyń­skim.

Zawy­żo­ne ceny

Do tej pory zawsze apro­pos roz­mów o podró­żach do Azji, jako jed­ną z zalet, wska­zy­wa­łem ceny, któ­re są rela­tyw­nie niż­sze niż w Euro­pie -> żar­cie, wacha, noc­le­gi, etc. Nie­ste­ty na Bali ten argu­ment jest inwa­li­dą. Bali potra­fi być nawet droż­sze niż Łeba. Gar­kuch­nie powo­li ustę­pu­ją miej­sca eks­klu­zyw­nym restau­ra­cjom, a głów­ne szla­ki tury­stycz­ne już daw­no zosta­ły prze­ję­te przez buti­ki zna­nych pro­jek­tan­tów. W Ubud jest wię­cej salo­nów Ral­pha Lau­re­na niż Bie­dro­nek w War­sza­wie, a na wej­ściu do jed­nej świą­ty­ni stoi Star­bucks. Taka sytu­acja. Do tego docho­dzą nali­cza­ne z odwło­ka podat­ki. Przy­kła­do­wo wcho­dzisz do knaj­py, zama­wiasz szam­kę, po czym dosta­jesz rachu­nek i nijak nie zga­dza  się on z cena­mi, któ­re widzia­łeś w menu. Roz­wią­za­niem zagad­ki jest doli­czo­ny cicha­czem 10-pro­cen­to­wy poda­tek rzą­do­wy, któ­ry w menu był wspo­mnia­ny mikro­sko­pij­nym fon­tem na ostat­niej stro­nie oraz 10-pro­cent hara­czu z tytu­łu ser­wi­su (czy­li za to, że przy­nie­śli ci jedze­nie do sto­li­ka). O ile na sąsied­nim Lom­bo­ku takich ukry­tych kosz­tów nie było i  nadal mie­li­śmy wra­że­nie, że jest taniej niż w PL, to na Bali for­sa zaczę­ła pły­nąć stru­mie­niem sze­ro­kim niczym Ama­zon­ka.

Naga­by­wa­cze

Naga­by­wa­cze w żad­nym wypad­ku nie są nowym tema­tem, bo spo­tkasz ich wszę­dzie, jed­nak nigdzie indziej nie byli tak męczą­cy, jak na Bali. Total­nie nie przyj­mo­wa­li odmów, tyl­ko dalej wier­ci­li dziu­rę w brzu­chu — a może wisio­rek, a może bran­so­let­kę, albo raj bany, albo nur­ko­wa­nie z del­fi­na­mi? Żeby­śmy się źle nie zro­zu­mie­li. Jestem oazą spo­ko­ju i empa­tii, więc wysłu­chu­je ich bez żad­nej agre­sji, po czym grzecz­nie dzię­ku­ję, ale to napraw­dę sta­je się iry­tu­ją­ce, kie­dy ten sam koleś wyha­cza cię 15 raz w cią­gu dnia i za nic nie przyj­mu­je odmo­wy. Robisz zamek z pia­sku z junio­rem, a ten sia­da obok i nawi­ja o tych bran­so­let­kach. Jesz śnia­da­nie, a ten stoi 10 metrów dalej i się gapi, a jak zła­pie­cie kon­takt wzro­ko­wy, to macha, żebyś natych­miast wszyst­ko rzu­cił i przy­biegł, bo ma nie­sa­mo­wi­ty deal na 1000-let­ni amu­let. Only ten dol­lars my friend. Nie­zręcz­ność tym więk­sza, że już wczo­raj się pod­ło­ży­łeś i kupi­łeś od nie­go ple­cio­ną opa­skę, żeby zamknął dzień na plu­sie. Kie­dy naga­nia­cze pyta­ją: “Jak się masz i skąd jesteś?”, to ni chu chu nie inte­re­su­je ich wasze samo­po­czu­cie, tyl­ko chcą wie­dzieć, czy przy­wieź­li­ście euro, dola­ry, czy fun­ty i ile moż­na z was zedrzeć. A kie­dy tury­sta ma już znie­czu­li­cę, to do naga­by­wa­nia wysy­ła­ne są dzie­ci i czło­wiek zno­wu mięk­nie. Do tego docho­dzą fej­ko­wi tak­só­wa­rze, prze­wa­ły w kan­to­rach i kra­dzie­że. Na szczę­ście dwie ostat­nie rze­czy znam tyl­ko z opo­wie­ści.

Bie­da aż pisz­czy

Na insta­gra­mie wypa­sio­ne apar­ta­men­ty, base­ny infi­ni­ti, śnia­da­nia z wido­kiem na morze i tego typu luk­su­sy, tym­cza­sem wystar­czy wyjść dwa kro­ki poza teren hote­lu i tam bida aż pisz­czy. Wręcz ma się wyrzu­ty sumie­nia z powo­du uro­dze­nia w kra­ju, któ­ry z urzę­du daje lep­szy start, kie­dy loka­le­si popy­la­ją na rowe­rach zro­bio­nych z puszek po coli  i miesz­ka­ją w domach trzy­ma­ją­cych się na sło­wo hono­ru, gdzie za dach robi kawa­łek bla­chy fali­stej, a za drzwi kil­ka desek zbi­tych z pale­ty. Do smut­ne­go kra­jo­bra­zu doli­czam jesz­cze budyn­ki, któ­re posy­pa­ły się w trak­cie trzę­sień zie­mi (Lom­bok), albo ze sta­ro­ści i w takim sta­nie trwa­ją, bo nie ma kasy, żeby coś z nimi zro­bić. A póź­niej przy­cho­dzi ten upier­dli­wy naga­by­wacz i odma­wia­jąc mu, czu­jesz się jak zła­mas, któ­ry nie ma uczuć.

Ej, to nie tak mia­ło być

Może się rów­nież zda­rzyć tak, że poje­dzie­cie do miejsc zna­nych z Insta­gra­ma i mimo iż one napraw­dę są super sexi, to i tak poczu­je­cie się roz­cza­ro­wa­ni. Przy­kła­dem niech będą popu­lar­ne tara­sy ryżo­we. Widocz­ki owszem kopią dup­sko, ale jak tam sto­isz, to nagle docie­ra do Cie­bie, że to ście­ma. Oka­zu­je się, że to nie są pola, na któ­rych balij­scy rol­ni­cy zbie­ra­ją ryż, tyl­ko poka­zów­ka, żeby przy­cią­gnąć tury­stę i sprze­dać mu co się da. Drew­nia­ne figur­ki? Spo­ko, słu­żę. Koszul­ki ze śmiesz­ny­mi nadru­ka­mi? Jasne, przy zaku­pie czte­rech, pią­ta gra­tis. A może chcesz się prze­je­chać rowe­rem na linie zawie­szo­nej 50 metrów nad zie­mią? Luzik, płać 5 dych i wska­kuj na sio­deł­ko. Nie tak to sobie wyobra­ża­łem.

Na tym skoń­czę, choć pew­nie jesz­cze kil­ka wad by się zna­la­zło. Oczy­wi­ście nie napi­sa­łem tego, żeby się poskar­żyć, że wyjazd na Bali był naj­więk­szą pomył­ką w moim życiu. Nic z tych rze­czy. Już tro­chę po świe­cie się pokrę­ci­łem, więc znam temat i wiem, z czym to się je. Poza tym mie­li­śmy tak uło­żo­ny plan, że jed­nak bli­żej nam było do Bali z Insta­gra­ma. Nie­mniej jed­nak war­to mieć świa­do­mość, że rze­czy­wi­stość nie jest tak kolo­ro­wa, jak na fol­de­rach biur podró­ży. Dru­gą spra­wą jest fakt, że “my tury­ści” rów­nież mamy wpływ na taką sytu­ację. Zależ­nie jak to wszyst­ko poskła­da­my, może­my albo wes­przeć miej­sco­wych, albo przy­czy­nić się do roz­pier­do­lu.

Jeśli cho­dzi o nas, to nadal dale­ko nam do ide­ału, ale sta­ra­my się. Wal­ka z pla­sti­kiem nas prze­ro­sła i zno­wu pili­śmy przez słom­ki, któ­re robią kuku wie­lo­ry­bom (sor­ka, nie­ste­ty śred­nio tyl­ko 1 na 100 knajp gar­dzi pla­sti­kiem), ale zre­zy­gno­wa­li­śmy za to z rekla­mó­wek jed­no­ra­zo­wych na rzecz szma­cian­ki, któ­rą przy­wieź­li­śmy z PL. Jak się dało, to żywi­li­śmy się gar­kuch­niach, wynaj­mo­wa­li­śmy lokal­ne­go prze­wod­ni­ka, omi­ja­li­śmy sze­ro­kim łukiem atrak­cje bazu­ją­ce na cier­pie­niu zwie­rząt i nie zosta­wia­li­śmy po sobie syfu. Małe rze­czy, ale zawsze do przo­du.

Podob­ny styl podró­żo­wa­nia, a nawet bar­dziej przy­ja­zny natu­rze, pre­fe­ru­je Klub Podróż­ni­ków Soli­ści, któ­ry był naszym part­ne­rem pod­czas wyjaz­du. Jeśli marzą wam się ory­gi­na­le waka­cje i moc­niej­sze wra­że­nia niż sie­dze­nie przy hote­lo­wym barze w ramach all inc­lu­si­ve, to Soli­ści są ludź­mi, któ­rych szu­ka­cie. Mają w ofer­cie spo­ro cie­ka­wych wypraw, np. survi­val w Biesz­cza­dach, spły­wy kaja­ko­we z Alek­san­drem Dobą po Piła­wie, czy choć­by trek­king na Islan­dii, a jak trze­ba, to stwo­rzą coś spe­cjal­nie pod was. Ich dru­gim celem jest pro­pa­go­wa­nie podró­żo­wa­nia, któ­re nie degra­du­je śro­do­wi­ska i nie ser­wu­je kopa z pół­ob­ro­tu loka­le­som. Jed­nak nie jest tak, że ogra­ni­cza­ją się tyl­ko do teo­re­tycz­nych poga­wę­dek w sty­lu: “Było­by faj­nie, gdy­by­ście nie wrzu­ca­li pustych puszek po piwie do oce­anu”. Nope, sta­ra­ją się dzia­łać na serio. Aktu­al­nie mają roz­pi­sa­ny plan, któ­ry zakła­da wybu­do­wa­nie uli dla 150 tysię­cy psz­czół, posa­dze­nie 15 tysię­cy drzew oraz zor­ga­ni­zo­wa­nie paczek pomo­co­wych dla kra­jów dotknię­tych klę­ska­mi żywio­ło­wy­mi. Ambit­nie, ale praw­da jest taka, że ktoś to musi się tym zająć, albo nie­dłu­go takie Bali będzie wyglą­da­ło, jak wysy­pi­sko śmie­ci w Klau­dy­nie (miej­sców­ka pod War­sza­wą). Myk jest taki, że każ­dy z nas może ich wes­przeć, czy to wybie­ra­ją z nimi w podróż, czy wstę­pu­jąc do ich klu­bu i wpła­ca­jąc cegieł­kę. Szcze­gó­ły znaj­dzie­cie tutaj -> LINK

A to widziałeś?