Włóczykijing

Projekt Azja — podsumowanie

02/03/2014

Wszyst­ko, co dobre nie­ste­ty kie­dyś się koń­czy, moja podróż tak­że. Wró­ci­łem z naj­bar­dziej epic­kiej, jak do tej pory, wypra­wy w swo­im życiu, więc czas pod­su­mo­wać. Wiem, że nie­któ­rzy mają już tyle flag wbi­tych w mapę świa­ta, że moja wyciecz­ka może wydać się niczym prze­jazd linią 136 z Moko­to­wa na Ursy­nów, ale dla mnie to było coś napraw­dę duże­go i wciąż się jaram.  Skró­to­wo opi­szę, jak wyglą­da­ją podró­że na wła­sną rękę, może komuś się przy­da. Sam lukier.

Zro­bi­łem chy­ba z 20 tys. kilo­me­trów. Jecha­łem, pły­ną­łem, lecia­łem i zapier­ni­cza­łem z buta. Zali­czy­łem check­po­in­ty w Łodzi, Wro­cła­wiu, Kudo­wie Zdrój, Pra­dze, Amster­da­mie, czymś tam w Chi­nach, Kuala Lum­pur, Phu­ket i Bankg­ko­ku.

Z rze­czy naj i ever. Widzia­łem naj­więk­sze­go szczu­ra i kara­lu­cha ever. Naj­więk­szy syf, bie­dę i żybu­rę ever. Prze­cho­dzi­łem nad naj­brud­niej­szą i naj­bar­dziej śmier­dzą­cą rze­ką ever. Byłem w nabar­dziej oble­śnym kiblu ever. Jadłem naj­ostrzej­sze żar­cie ever. Nie zmie­ni­ły się pierw­sze miej­sca w moich oso­bi­stych ran­kin­gach na naj­lep­szą pla­żę, naj­lep­szy lazur wody i naj­bar­dziej epic­ką rafę kora­lo­wą. Ever.

Wie­lo­krot­nie, pośred­nio lub bez­po­śred­nio ryzy­ko­wa­łem życie. Od prze­cho­dze­nia przez uli­cę, przez poru­sza­nie się na sku­te­rach i tuk tuka­mi, jedze­nie dziw­nych potraw z podej­rza­nych stra­ga­nów i knajp, w warun­kach, od któ­rych sane­pid nakrył­by się noga­mi, po wła­do­wa­nie się w śro­dek taj­skich straj­ków i uciecz­kę z komi­sa­ria­tu.

Z rze­czy dziw­nych. Prze­nio­słem się w przy­szłość o 543 lata. Widzia­łem naj­bar­dziej pokrę­co­ne show. Miesz­ka­łem w hote­lach, gdzie w łazien­kach nie było odse­pa­ro­wa­nej prze­strze­ni na prysz­nic i za każ­dym razem koń­czy­ło się powo­dzią. W hote­lach, któ­re mia­ły bal­ko­ny z wido­kiem na mur zbro­jo­ny dru­tem kol­cza­stym, a na dachu wypa­sio­ne base­ny. Z Wifi słab­szym niż pol­ska repre­zen­ta­cja. Popły­ną­łem na pla­żę małp i nie zoba­czy­łem ani jed­nej (to była jed­na z więk­szych atrak­cji tury­stycz­nych). Za to wra­ca­jąc do hote­lu zoba­czy­łem, przez okno busa, 50 małp sto­ją­cych tuż przy dro­dze, ale kie­row­ca nawet nie zwol­nił, bo to aku­rat atrak­cją tury­stycz­ną nie było <sic!>. Wybra­łem się na wyspę, gdzie krę­ci­li “Nie­bian­ską pla­żę” z DiCa­prio i żeby zmo­czyć sto­pę musia­łem prze­bi­jać się przez tłu­my więk­sze niż w war­szaw­skim metrze o 7 rano. Na uli­cach widzia­łem tak poplą­ta­ne dru­ty, że żaden inży­nier wykształ­co­ny na pol­skiej poli­bu­dzie by ich nie ogar­nął.

Nie oby­ło się bez pora­żek. Fala zala­ła Kin­dle i apa­rat (wciąż wie­rzę, że jesz­cze wsta­ną). Mój bagaż zagi­nął przy trans­fe­rze z Bang­ko­ku do Amster­da­mu (wciąż wie­rzę, że jesz­cze się znaj­dzie). Dozna­łem roz­le­głych popa­rzeń (wciąż wie­rzę, że skó­ra na nosie i uchu przez noc się zre­ge­ne­ru­je) i wyho­do­wa­łem gigan­tycz­ne odci­ski (już nie wie­rzę w szyb­ką popra­wę).

Były wzlo­ty i upad­ki, ale wra­że­nia zde­cy­do­wa­nie na plus, a świa­to­po­gląd mimo, że wie­lo­krot­nie zgwał­co­ny, to i ostro posze­rzo­ny. Epic­kie wido­ki, kozac­kie sma­ki, ide­al­ny kli­mat (jak dla mnie), ceny przy któ­rych mając 50 pln w kie­sze­ni jesteś Bogiem, a przy­naj­mniej możesz gwiaz­do­rzyć niczym Kanye West. Best trip ever.

Asia Trip w 240 sekund:

Rese­arch

Nie jest tajem­ni­cą, że podró­że na wła­sną rękę kal­ku­lu­ją się znacz­nie bar­dziej niż te z biu­ra podró­ży, ale nie ma nic za dar­mo. Zaosz­czę­dzo­ne pie­nią­dze to rów­no­war­tość cza­su, któ­ry musisz poświę­cić na rese­arch lotów, noc­le­gów, trans­fe­rów pomię­dzy lot­ni­ska­mi i same­go trans­por­tu na miej­scu. Kie­dy w grę wcho­dzi podróż zło­żo­na z 7 lotów, przez 6 nie­zna­nych miast, w któ­rych pła­ci się 5 róż­ny­mi walu­ta­mi, wierz mi, logi­sty­ka jest napraw­dę spo­ra. Do tego przy­da­ło­by się przy­swo­ić cho­ciaż odro­bi­nę lokal­nych oby­cza­jów, bo może się oka­zać, że zwy­cza­je i gesty powszech­nie uzna­wa­ne w Euro­pie za nor­mal­ne, w Azji mogą są zaka­za­ne i karal­ne. W Taj­lan­dii wyj­ście z domu bez bie­li­zny gro­zi wię­zie­niem,  abso­lut­nie zaka­za­ne jest doty­ka­nie cudzej gło­wy, a za obra­zę kró­la to już w ogó­le palą na sto­sie. W Chi­nach z kolei kło­po­tów moż­na się naba­wić za prze­wóz owo­ców z Euro­py, a w Sin­ga­pu­rze żucie gumy uzna­wa­ne jest prze­stęp­stwo.

Kom­pli­ka­cje z ubio­rem

Naj­lep­szą porą na eska­pa­dę do Taj­lan­dii jest gru­dzień — marzec, w związ­ku z czym wylot wypa­da pod­czas naszej zimy i jeśli dodat­ko­wo wie­dzie przez Euro­pę, nie obę­dzie się bez cie­płych ubrań. Wszyst­ko spo­ko, aż do momen­tu lądo­wa­nia, w któ­rymś z azja­tyc­kich miast, gdzie na dzień dobry ude­rza Cię podmuch powie­trza o tem­pe­ra­tu­rze 30 stop­ni +. Szyb­ko prze­ska­ku­jesz w t‑shirt, kubo­ty i krót­kie szor­ty, ale poja­wia się pro­blem, co zro­bić z zimo­wym odzie­niem? Do tor­by nie wej­dzie, bo jest już wypcha­na po brze­gi, więc bujasz się z nią, a przed Tobą jesz­cze wie­le trans­fe­rów i odpraw. Naj­lep­szy patent to wygrze­bać z sza­fy jakąś sta­rą kurt­kę albo za kil­ka gro­szy wyło­wić w lum­pie zwa­ło­wy płasz­czyk alfon­sa a’la Sno­op Dog, któ­re­go nie będzie żal zuty­li­zo­wać po przy­lo­cie w cie­płe rewi­ry. Sła­bo­ścią tego pla­nu jest fakt, że zakła­da powrót bez­po­śred­nio do War­sza­wy i prze­skok z lot­ni­ska pro­sto do domu. Na ten moment da radę wytrzy­mać w samej blu­zie.

Na zakoń­cze­nie zarzu­cam jesz­cze pacz­ką dzi­wacz­nych zdjęć, któ­rych nie dałem rady wcze­śniej prze­my­cić. Nie doszu­kuj­cie się klu­cza logicz­ne­go.

A to widziałeś?