Geek stuff, popKULTURA

Wojny konsolowe, czyli najfajniejsze wojny od czasu Star Wars

05/10/2017

Zda­rza wam się coś takie­go, że pod­czas wizy­ty w księ­gar­ni, wpa­da wam w oko okład­ka jakiejś książ­ki i cho­ciaż prak­tycz­nie nic o niej nie wie­cie, macie prze­czu­cie ocie­ra­ją­ce się o pew­ność, że to będzie dobre? Ja mie­wam. Na przy­kład ostat­nio prze­glą­da­łem nowo­ści wydaw­ni­cze na stro­nie Empi­ku, wtem tra­fiam na “Woj­ny kon­so­lo­we”. Dzi­siaj wiem, że jest to pol­skie wyda­nie książ­ki, któ­ra zro­bi­ła już spo­rą karie­rę za gra­ni­cą, ale w tam­tym momen­cie nie mia­łem o tym poję­cia. Mimo to, sam lay­out okład­ki i dwa sło­wa klu­cze z tytu­łu wystar­czy­ły, żebym poczuł “ten feeling” i napa­lił się na nią jak Sebi­xy na nowy film Patry­ka Vegi.

Z “Woj­na­mi kon­so­lo­wy­mi” spę­dzi­łem ostat­nie dwa tygo­dnie (dłu­go, ale czy­tam prak­tycz­nie tyl­ko w komu­ni­ka­cji miej­skiej, a to jed­nak pra­wie 600 stron uczci­we­go tek­stu) i zde­cy­do­wa­nie nie był to czas stra­co­ny. Dobra, nie chce mi się cze­kać z tym do pod­su­mo­wa­nia i napi­szę już teraz — książ­ka według mnie jest świet­na. Mini­mum 810 i na chwi­lę obec­ną mój TOP3 w kate­go­rii “prze­czy­ta­ne w 2017 roku”. Opo­wia­da o woj­nie, jaka roze­gra­ła się mię­dzy Nin­ten­do, a Segą na prze­ło­mie lat 80′ i 90′. Od razu mówię, że jaram się gra­mi, za dzie­cia­ka cho­dzi­łem na auto­ma­ty, póź­niej mia­łem Ata­ri, Ami­gę, Game­Boya, kil­ka pece­tów i wszyst­kie gene­ra­cje Play­Sta­tion (łącz­nie z PSP i Vitą), a jed­nak za jakie­goś super ner­da się nie uwa­żam i na ten przy­kład nie kumam jak moż­na się uza­leż­nić od “Mine­cra­fta” (gra, któ­ra nie ma ani gra­fi­ki, ani jakie­goś spek­ta­ku­lar­ne­go game­playu). Chcę przez to powie­dzieć, że gdy­by książ­ka oka­za­ła się spi­sem jakichś hard­co­wo­wych tech­ni­ka­li dla jajo­gło­wych w rogo­wych opraw­kach, wymiękł­bym. Na szczę­ście tak nie było. Przy­po­mi­na bar­dziej repor­taż, któ­ry dzię­ki nie­tu­zin­ko­we­mu sty­lo­wi auto­ra, czy­ta się jak dobry thril­ler. Poza tym moż­na się z niej o nie­bo wię­cej nauczyć o rekla­mie i mar­ke­tin­gu niż z nie­jed­ne­go pod­ręcz­ni­ka aka­de­mic­kie­go (z tych samych powo­dów pole­cam też bio­gra­fię Ste­ve­’a Job­sa).

Głów­nym boha­te­rem książ­ki jest Tom Kalin­ske, mena­dżer, któ­ry za cza­su pre­ze­su­ry w fir­mie Mat­tel, wsła­wił się odra­to­wa­niem dycha­ją­cej reszt­ka­mi sił lal­ki Bar­bie i wypro­mo­wa­niem jej na jed­ną z naj­le­piej sprze­da­ją­cych się zaba­wek ever. Jak­by tego było mało, stwo­rzył jesz­cze postać He-mana, czym kolej­ny raz roz­bił bank. Po zakoń­cze­niu przy­go­dy z bran­żą zabaw­kar­ską, Kalin­ske objął sta­no­wi­sko w ame­ry­kań­skim oddzia­le Segi, gdzie miał za zada­nie uczk­nąć kawa­łek z tor­tu zwa­ne­go “ryn­kiem gier”, któ­ry w 90% był zdo­mi­no­wa­ny przez Nin­ten­do. O ska­li trud­no­ści tego zada­nia niech świad­czy fakt, że Nin­ten­do w tam­tych cza­sach mia­ło sta­tus, jakim obec­nie cie­szy się Apple (spo­ko andro­idow­cy, my wie­my, że to tyl­ko hype). Byli uzna­wa­ni na inno­wa­cyj­nych, mie­li kupę szma­lu i dyk­to­wa­li warun­ki resz­cie bran­ży. Sega star­to­wa­ła z pozio­mu… hmmm powiedz­my, że Man­ty Mul­ti­me­dia. Kalin­ske mimo wie­lo­krot­nie mniej­sze­go budże­tu i ze spo­rym obcią­że­niem na star­cie (Nin­ten­do zmu­sza­ło skle­py i wydaw­ców do pod­pi­sy­wa­nia umów o współ­pra­cę na wyłącz­ność, bo ina­czej ode­tną ich od dostaw towa­ru), odwa­żył się pod­jąć ręka­wi­ce i wysko­czył z nimi na solów­kę. W tym momen­cie zaczę­ła się woj­na, któ­ra na zawsze odmie­ni­ła bran­żę gier… a przy­naj­mniej przy­spie­szy­ła jej roz­wój. Woj­na, któ­ra toczy­ła się na trzech pozio­mach — sprzę­tu, gier i mar­ke­tin­gu. Od teraz roz­piesz­czo­ne pozy­cją mono­po­li­sty Nin­ten­do, musia­ło co rusz trzą­chać nogą, żeby odpę­dzić od sie­bie pod­gry­za­ją­cą ją w nogaw­ki Segę. Obie fir­my kie­ro­wa­ły się zupeł­nie innym podej­ściem do tema­tu gier. Nin­ten­do od począt­ku swo­je­go ist­nie­nia sta­wia­ło na gry fami­lij­ne i nie chcia­ło prze­kra­czać gra­nic moral­nych, z kolei Sega posta­wi­ła na agre­syw­ny mar­ke­ting (wyśmie­wa­nie Nin­ten­do w rekla­mach) i bru­tal­ne gry skie­ro­wa­ne do star­sze­go klien­ta, nie uni­ka­jąc przy tym kon­tro­wer­sji. I taka stra­te­gia się spraw­dza­ła. Przy­naj­mniej na począt­ku. Ogól­nie się dzia­ło.

tom-kalinske

 

Książ­ka bar­dzo szcze­gó­ło­wo pro­wa­dzi nas przez kolej­ne poczy­na­nia obu firm, ale o dzi­wo uda­je jej się nie być nud­ną. Baaa zawie­ra tyle smacz­ków, że jak ktoś je zapa­mię­ta, ma duże szan­se zostać gwiaz­dą na nie­jed­nej impre­zie (dla geeków). Sam począt­ko­wo pró­bo­wa­łem je spi­sy­wać, żeby zro­bić szał w tej recen­zji, ale osta­tecz­nie oka­za­ło się, że jest tego zbyt dużo i odpu­ści­łem. Zresz­tą, po co psuć wam zaba­wę? Powiem tyl­ko, że przy nie­któ­rych aneg­dot­kach, nie mogłem wyjść z podzi­wu, jak wie­le rze­czy jest kwe­stią szczę­ścia oraz jak sil­nym moty­wa­to­rem potra­fi być poczu­cie zdra­dy. Takim far­tem jest na przy­kład Don­key Kong, czy­li jed­na z iko­nicz­nych posta­ci Nin­ten­do, któ­ra w rze­czy­wi­sto­ści zosta­ła stwo­rzo­na w ramach zastęp­stwa. Otóż Nin­ten­do pisa­ło grę o Popey­e’u i mia­ło ją już prak­tycz­nie ukoń­czo­ną (auto­ma­ty scho­dzi­ły z taśmy), a tu zonk, bo nie doga­da­li się z inną fir­mą w kwe­stii licen­cji. Jak łatwo się domy­ślić poszło o pie­nią­dze. Nin­ten­do nie chcia­ło uty­li­zo­wać auto­ma­tów, bo wpom­po­wa­li w nie kupę sia­na, posta­no­wi­ło więc zatrud­nić jakie­goś pro­gra­mi­stę i zle­cić mu pogrze­ba­nie w skryp­tach. Po kil­ku tygo­dniach koleś przy­niósł popra­wio­ną grę, w któ­rej zamiast Popey­e’a był Jump­man (prze­mia­no­wa­ny póź­niej na Mario… tak tego Mario), z kolei Blu­to, czy­li czar­ny cha­rak­ter, został zastą­pio­ny przez Don­key Kon­ga. I to był strzał w dzie­siąt­kę. Nato­miast, jeśli cho­dzi o zdra­dę i zemstę, to tutaj wcho­dzi wątek Play­sta­tion. Kur­de niby taki ze mnie fan, a nie mia­łem poję­cia, że Sony począt­ko­wo nie mia­ło zamia­ru wypusz­czać wła­snej kon­so­li. Ot wie­dzie­li, że w bran­ży jest spo­ro szma­lu do zgar­nię­cia, ale nie czu­li się na siłach, żeby two­rzyć coś od zera. Zapro­po­no­wa­li za to swo­ją tech­no­lo­gię Nin­ten­do i przy­bi­li nawet deal na wyda­nie wspól­nej kon­so­li, ale w dniu, kie­dy infor­ma­cja mia­ła zostać ogło­szo­na świa­tu, na sce­nę wszedł pre­zes Nin­ten­do i powie­dział, że ma zaszczyt poin­for­mo­wać o pod­ję­ciu współ­pra­cy mię­dzy Nin­ten­do a.… Phi­lip­sem. Czu­je­cie baz­kę? Uga­da­li się z Sony, po czym stwier­dzi­li, że to ich kon­ku­rent z japoń­skie­go podwór­ka, więc taki wał, nie będą ich pom­po­wać i na bocz­ku klep­nę­li umo­wę z Phi­lip­sem. W dodat­ku ogło­si­li to w taki spo­sób, że nikt z Sony przez kolej­ny mie­siąc nie miał odwa­gi poka­zać się na mie­ście i skon­fron­to­wać z szy­de­ra­mi. Takich smacz­ków jest mul­tum. Znaj­dzie się nawet coś o woj­nie Reebo­ka z Adi­da­sem i Pep­si z Coca Colą. Strasz­nie mnie krę­cą takie pikant­ne “sta­di kej­sy”.

console-war

 

Powiem tak, jeśli macie kupić w tym roku jed­ną książ­kę, kup­cie moją “Świ­nia ryje w sie­ci” ;), ale jak jeste­ście dzia­ni i może­cie pozwo­lić sobie na dwie, to bierz­cie jesz­cze “Woj­ny kon­so­lo­we”. Nie musi­cie być super zaja­ra­ni bran­żą, żeby się wcią­gnąć, a jeśli ktoś robi w rekla­mie i mar­ke­tin­gu, to wręcz powi­nien potrak­to­wać ją jako lek­tu­rę obo­wiąz­ko­wą. Do tego trze­ba dodać, że książ­ka ma bar­dzo wyj­ścio­we wyda­nie — twar­da okład­ka i tro­chę zdjęć. Dobrze się pre­zen­tu­je na półecz­ce, więc spraw­dzi się na pre­zent. Prop­su­ję.

P.S. Omiń­cie tyl­ko wstęp­nia­ka popeł­nio­ne­go przez Setha Roge­na (tak, tego akto­ra) i Eva­na Gold­ber­ga (tak, tego sce­na­rzy­stę). Strasz­nie suszą. Poza tym git.

“Woj­ny kon­so­lo­we: Sega, Nin­ten­do i bata­lia, któ­ra zde­fi­nio­wa­ła poko­le­nie”
Autor: Bla­ke J. Har­ris
Wydaw­nic­two: SQN
Ilość stron: 584 w twar­dej opra­wie

Link do Ceneo: TU

A na koniec tro­chę auto­pro­mo­cji

A to widziałeś?