popKULTURA

Tłumacz płakał jak tłumaczył, czyli polskie tytuły filmów

19/04/2016

Kilka dni temu świa­tło dzienne ujrzał teaser nowego filmu z uni­wer­sum Gwiezd­nych Wojen, “Rogue One: A Star Wars Story”. Klip długo wycze­ki­wany, ale osta­tecz­nie to nie on oka­zał się hitem a pol­ski tytuł, który leci tak: “Łotr Jeden. Gwiezdne wojny — histo­rie”. Tech­nicz­nie rzecz bio­rąc, błędu tutaj nie ma, po pro­stu brzmi strasz­nie dzia­dow­sko topor­nie (rogue — łobuz, łotrzyk, łotr, oszust, szuja, hun­cwot i mój fawo­ryt - gała­gan; BTW Rogue to nazwa myśliwca. Jest ich kilka — Rogue 1,2,3,…, a film skupi się na zało­dze “jedynki”). Nie ma opcji, żeby kto­kol­wiek, kie­dy­kol­wiek użył spo­lsz­czo­nego tytułu w peł­nej kra­sie, a i wer­sja skró­cona rodzi pewną nie­zręcz­ność: “Ej, idziesz na Łotra Jeden?” (ale suchar). Zde­cy­do­wa­nie nie brzmi to cool. W tym przy­padku pozo­sta­wie­nie wer­sji ory­gi­nal­nej spraw­dzi­łoby się o niebo lepiej i zapewne tak się przyj­mie: “Ej, idziesz na Rogue One?”, prawda, że bar­dziej hetero? W każ­dym razie nowe Star Warsy wywo­łały w inter­ne­cie gów­no­bu­rzę, którą widzie­li­śmy już setki razy — powró­ciła kwe­stia, czy powinno się tłu­ma­czyć tytuły fil­mowe? 

 

Odpo­wiedź na to pyta­nie nie jest pro­sta. Gene­ral­nie, jeśli jakiś tytuł jest ultra abs­trak­cyjny lub trudny do prze­tłu­ma­cze­nia (gubi się kon­tekst / brak odpo­wied­niego zwrotu w języku pol­skim) naj­lep­szym roz­wią­za­niem byłoby pozo­sta­wie­nie go w ory­gi­nal­nej for­mie. Nie­stety dys­try­bu­tor zazwy­czaj wycho­dzi z zało­że­nia, że widz ma IQ ameby i taki zabieg go prze­ro­śnie. No wła­śnie dys­try­bu­tor. Ludzie błęd­nie wycho­dzą z zało­że­nia, że tytuły to sprawka tłu­ma­czy i pukają się w głowę, jakim cudem z tytułu X po prze­pusz­cze­niu przez trans­la­tor wycho­dzi tytuł Y? Otóż to nie tak. Tytuły są spo­lsz­czone, a o ich osta­tecz­nej for­mie decy­duje wła­śnie dys­try­bu­tor, któ­rego moty­wa­cją jest naru­cha­nie jak naj­więk­szej ilo­ści hajsu! Wydaje mu się, że jeśli dobrze zakom­bi­nuje, wię­cej ludzi pój­dzie do kina. Ogól­nie nie ma w tym pro­ce­sie żad­nego klu­cza i kon­se­kwen­cji, raczej spon­tan i oso­bi­ste widzi mi się. Cza­sami tytuły są tłu­ma­czone dosłow­nie, cza­sami total­nie od czapy, a jesz­cze innym razem dys­try­bu­tor odrzuca lęki i ryzy­kuje z pozo­sta­wie­niem ory­gi­nału, np. “Inter­stel­lar”, cho­ciaż aż się pro­siło, żeby zmie­nić na “Kole­sia zza półki z książ­kami”. Nie wiem, czy grze­ba­nie w tytu­łach fak­tycz­nie wpływa na ilość sprze­da­nych bile­tów, ale zda­rzają się przy­padki, kiedy spo­lsz­cze­ne­nie osta­tecz­nie wypada cał­kiem spoko np. “Mię­dzy sło­wami” (oryg. Lost in Trans­la­tion, czyli coś w stylu Zagu­bione w przekładzie/tłumaczeniu, przy oka­zji ide­al­nie pasuje do tego wpisu). Nie­stety na każde takie tra­fie­nie przy­pa­dają co naj­mniej 3 strzały w kolano. Zróbmy krótki prze­gląd fil­mów, gdzie dys­try­bu­to­rzy “tro­chę” popły­nęli. Na począ­tek kla­syka.

 

Wiru­jący seks vs Dirty Dan­cing

Abso­lutny nr 1 w każ­dym ran­kingu na naj­gor­sze tłu­ma­cze­nie. Prawda jest taka, że pol­ski tytuł, mimo iż nie jest dosłow­nym prze­kła­dem, jest cał­kiem udaną prze­no­śnią… tańca. Oso­bi­ście go akcep­tuję, ale wyobra­żam sobie skąd ta nie­chęć i sam też nigdy publicz­nie nie posłu­żył­bym się pol­ską wer­sją. Otóż nasto­lat­ko­wie w 1987 roku nie mieli jesz­cze red, porn, ani żad­nego innego tuba, co bar­dzo wyczu­lało zmy­sły na każdą oka­zję do fapo­wa­nia. Kiedy usły­szeli o fil­mie “Wiru­jący seks”, uznali, że w tym roku gwiazdka przy­szła wcze­śniej. Z miej­sca poroz­bi­jali świnki skar­bonki i na jed­nej nodze pole­cieli do naj­bliż­szej wypo­ży­czalni video. Dla zmyły brali jesz­cze “Kocha­nie zmniej­szy­łem dzie­ciaki” i “Pre­da­tora”, żeby wyglą­dało, że aku­rat ten film jest dla matki. Póź­niej w długą, azy­mut dom, chu­s­teczki na stół, ręka w gacie i zaczy­nało się cze­ka­nie. Pół godziny, godzina, a tu kuźwa cią­gle nic, nawet cycka sutka, cały czas tylko Patrick Swayze robiący nosze­nie jakiejś foczki w jezio­rze. I tak już do końca. To naprawdę mogło sfru­stro­wać. Pod­kła­da­nie takich świń powinno być karalne. Hejt na spo­lsz­cze­nie tytułu jak naj­bar­dziej zasłu­żony.

 

Szklana Pułapka vs Die Hard

Przy­znaję, że “Die Hard” jest nie­wdzięczne do prze­tłu­ma­cze­nia, ale to, co zro­bił dys­try­bu­tor, jest taką piękną kata­strofą, że żal pomi­nąć. “Szklana pułapka” w pierw­szej czę­ści jak naj­bar­dziej się broni, akcja roz­grywa się w wie­żowcu, ale w każ­dej kolej­nej powo­duje uśmiech poli­to­wa­nia. Szkoda, że dys­try­bu­tor nie był kon­se­kwenty i pią­tej czę­ści, “A Good Day to Die Hard”, nie prze­tłu­ma­czył jako “Dobry dzień by szklana pułapka”. Byłby przy­naj­mniej jeden fajny motyw w tym epi­zo­dzie (pozo­stałe uwiel­biam). Gdyby cho­ciaż John McC­layne był alko­ho­li­kiem, ale nie­stety, zero punk­tów zacze­pie­nia.

 

Kac Vegas vs Han­go­ver

Ta sama sytu­acja, co ze “Szklaną Pułpką”. Pierw­sza część się broni, fajna gra słów, ale przy dru­giej już epic fail - “Kac Vegas w Bang­koku”. The Fuck? Na szczę­ście chwilę póż­niej wyszła “Kac Wawa” i sku­tecz­nie odwró­ciła uwagę.

 

Orbi­to­wa­nie bez cukru vs Reality Bites

Ok, “Rze­czy­wi­stość gry­zie” tro­chę zasysa, ale żeby zmie­niać na jesz­cze więk­szą abs­trak­cję? “Orbi­to­wa­nie bez cukru” brzmi tak poetycko, że praw­do­po­dob­nie oso­bi­ście wymy­ślił to Paulo Coelho. Dru­gim typem jest mój kum­pel, który po przy­pa­le­niu jointa zawsze wpa­dał w filo­zo­ficzny nastrój i zda­rzało mu się rzu­cać złote myśli w stylu:

- Ej, a gdyby tak puścić windę przez śro­dek Zie­mii, to koleś, który w niej sie­dzi, wypadłby z niej w Chi­nach do góry nogami, czy gra­wi­ta­cja by go obró­ciła?

- Praw­do­po­dob­nie zja­rałby się w poło­wie trasy.

- Czy ty zawsze musisz być taki dosłowny? 

 

Mło­dzi gniewni vs Dan­ge­rous Minds

Dys­try­bu­tor pew­nie wyszedł z zało­że­nia, że Nie­bez­pieczne umy­sły będą się koja­rzyły z seryj­nymi mor­der­cami, ale Mło­dzi Gniewni też do końca nie oddają kli­matu. Mło­dzi gniewni sie­dzą w pol­skich gim­na­zjach #Śmiet­nik­Na­Gło­wie #Piz­da­Nad­Głową #Gan­gAl­ba­nii #Dopa­la­cze #Sło­neczko. Ci z filmu to zwy­kłe cipki. Wystar­czyło, że Michelle Pfe­if­fer ich przy­tu­liła, posta­wiła 2ForU w Maczku i nagle oka­zało się, że mają dobre ser­duszka, kochają teatr i  jarają się lite­ra­turą. Żal. Wła­ści­wym tytu­łem byłyby “Tro­skliwe misie”.

 

Prze­rwana lek­cja muzyki vs Girl inter­rup­ted

Jeden z naj­czę­ściej wska­zy­wa­nych tytu­łów, jeśli cho­dzi o chu­jowe tłu­ma­cze­nia. Na pierw­szy rzut oka wydaje się z dupy, ale w tym wypadku hejt jest prze­sa­dzony, cho­ciaż żeby go ogar­nąć trzeba przejść przez małą incep­cję. Otóż tytuł pocho­dzi od książki, na któ­rej bazuje film, która z kolei zaczerp­nęła go od obrazu Jana Ver­me­era. I tak się wła­śnie koń­czy, kiedy dys­try­bu­tor chce zaszpa­no­wać zna­jo­mo­ścią kla­syki przed Janu­szami.

 

Za wszelką cenę vs Mil­lon Dol­lar Baby

Co jest złego w Dziew­czy­nie za milion dola­rów? Nasi dys­try­bu­to­rzy ewi­dent­nie mają sła­bość do tytułu “Za wszelką cenę”. Na Film­we­bie nali­czy­łem takich aż 5 i co naj­lep­sze, żaden tak się nie nazywa w ory­gi­nale. 

 

Cze­ka­jąc na Joe vs Touching the Void

Tutaj dys­try­bu­tor dał ciała. Pole­ciał odwrot­nie niż w Orbi­to­wa­niu. Miał zaje­bi­sty, głę­boki tytuł - Touching the Void, czyli coś w stylu Doty­ka­jąc pustki, który rewe­la­cyj­nie oddaje bez­na­dzieje fil­mo­wych boha­te­rów uwię­zio­nych w Andach i prze­ro­bił na coś tak jało­wego, jak “Cze­ka­jąc na Joe”. Bit­ches Pliz! Szym­bor­ska w gro­bie się prze­wraca, już lepiej byłoby prze­mia­no­wać na “Za wszelka cenę” 😉

 

Ska­zany na śmierć vs Pri­son Break

Swego czasu byłem wiel­kim fanem “Pri­son Break”. Wszyst­kie pijac­kie roz­mowy w moim wyko­na­niu koń­czyły się tak samo: “Ej, widzia­łeś Pri­son Break? Zaje­bi­sty… i ta kie­szeń T-Baga hehe”. Nie­stety jakiś czas póź­niej Pol­sat wyku­pił licen­cję i to, co zro­bił z tytu­łem, ode­bra­łem jak prze­cią­gnię­cie pazu­rami po tablicy. Nie, nie i jesz­cze raz nie. Spo­lsz­cze­nie zabiło ten serial. Za każ­dym razem, kiedy lek­tor wyma­wiał Ska­zany na śmierć, cząstka mnie umie­rała. Solorz Ty ch.…

 

Kto tam? vs Knock Knock

Kto tam? Hipo­po­tam. Dys­try­bu­tor chyba pró­bo­wał ukraść kwe­stię Keanu Reeve­sowi i przy oka­zji spa­lił film po cało­ści. Puk, puk było ide­alne, bo w fil­mie naj­pierw zeszło puk, puk w drzwi, póź­niej puk, puk w łazience, kolejne puk, puk w sypialni i jesz­cze na koniec puk, puk łopatą w głowę.

 

A teraz jedziemy już hur­towo, bo zabij­cie mnie, ale nie mam poję­cia, co tu się wła­ści­wie odje­bało. Bez znaj­mo­ści filmu, spo­lsz­cze­nia w porów­na­niu z ory­gi­na­łem wywo­łują wiel­kie WTF?

 

Mor­der­cze kuleczki vs Phan­tasm (według googla Chi­mera)

Cześć druga: “Kuleczki analne kontr­ata­kują“

 

Loka­torka vs Love Song for Bobby Long

To chyba mój fawo­ryt.

 

Miłość i śmierć w Wene­cji vs The Wings of  the Dove (skrzy­dła gołę­bicy)

Wiel­kie dzięki za spo­iler! Już nie ma sensu oglą­dać.

 

Naj­pierw strze­laj, potem zwie­dzaj vs In Bru­ges

Jeden koleś napi­sał, że przez pol­ski tytuł nie mógł namó­wić dziew­czyny, żeby poszła z nim do kina. Wie­cie jak jest z dziew­czy­nami — jak one nie idą to nikt nie idzie 😉

 

Była sobie dziew­czyna vs An Edu­ca­tion

Co na to mini­ster edu­ka­cji była sobie dziew­czyna?

 

Miłość Larsa vs Lars and the real girl

Pol­ski tytuł spo­wo­do­wał, że przez długi czas żyłem w prze­ko­na­niu, że to jakiś dra­mat o kole­siu, który jest smutny i łazi bez celu. 

 

Wysłan­nik przy­szło­śći vs Post­man

Listo­nosz Wysłan­nik przy­szło­ści zawsze dzwoni dwa razy. I jesz­cze ten tekst na pla­ka­cie: “jest 2013″ #przy­szłość 😉

 

Co nas kręci, co nas pod­nieca vs Wah­te­ver Works

Widzia­łem film i wciąż nie kumam tego tytułu. Szok, że na pla­ka­cie nie napi­sali kla­sycz­nego: “Naj­lep­szy film Woody’ego Allena ever”. Cho­ciaż może i w pol­skiej wer­sji było.

 

Cen­tralne Biuro Uwo­dze­nia vs My Mom’s New Boy­friend

Kto to wymy­ślił? Agent Tomek? Lubię i gar­dzę jed­no­cze­śnie.

 

Wygrane marze­nia vs Coy­ote Ugly

Raczej “Jak wygrać marze­nia tań­cząc na rurze?” PS. Znajdź Izę Miko 😉

 

Sztanga i cash vs Pain & Gain

Powiem tyle: ja pier­dolę! Ewi­dentny zamach na port­fele fanów Tango & Cash

 

Stara miłość nie rdze­wieje vs Fast Track

So close!

 

Wszyst­kie odloty Cheyenne’a vs This Must Be The Place

Dzi­zas, ten film był nawet gor­szy niż tytuł.

 

Ucie­ki­nier z Nowego Yorku vs Song from the Forest

A taki ele­gancki tytuł był.

 

Magik z Nowego Yorku vs The Cob­bler (szewc)

Adam San­dler a kysz.

 

Ślepy traf vs Run­ner, Run­ner

Jedyny ślepy traf w tym fil­mie to tytuł. Straszny shit tak BTW

 

Król Lew 3: Hakuna Matata vs The Lion King 1 1/2

Ktoś tu ucie­kał z matmy

 

Jak ugryźć 10 milio­nów 2 vs The Whole Ten Yards

I wła­śnie to nazy­wam prze­kła­dem od czapy

 

Przy­pa­dek vs Go Fast

Zgad­nij­cie co tu jest przy­pad­kiem?

 

Jede­na­sta czter­na­ście vs 11:14

Serio? I co to zmie­niło? Swoją drogą nie­zły film.

 

Dobra zmę­czy­łem się. Koń­czę, cho­ciaż jesz­cze coś by się zna­la­zło: 

“Naj­lepsi z naj­lep­szych” vs. “Michel Vail­lant“

“Wyki­wać kla­wi­sza” vs. “The Lon­gest Yard“

“Miłego dnia?” vs. “The Chum­scrub­ber“

“Droga do zapo­mnie­nia” vs. “Rail­way Man“

“Poko­naj naj­szyb­szego” vs. “Biker Boyz“

“Szkoła życia” vs. “Bad Words“

“Mia­steczko Hal­lo­ween” vs. “The Night Before Chri­st­mas“

“W ryt­mie hip hopu” vs. “Save the last dance“

“Spo­sób na blon­dynkę” vs. “There’s Some­thing About Mary“

“Dzień z życia blon­dynki” vs “Walk of Shame“

“Odlo­towy duet” vs. “A Night at the Roxbury“

“Ostroż­nie z dziew­czy­nami” vs. “The Swe­etest Thing“

 

W następ­nym odcinku przy­kłady uda­nych spo­lsz­czeń i pro­po­zy­cje tytu­łów dla fil­mów, które dys­try­bu­tor zosta­wił w ory­gi­nalne - “Tita­nic” vs. “Tra­twa więk­sza niż życie”.

A to widziałeś?