popKULTURA

Smoleńsk. Iść czy nie iść?

13/09/2016

Po kil­ku mie­sią­cach ner­wo­we­go prze­bie­ra­nia noga­mi, bo film pier­wot­nie miał debiu­to­wać w kwiet­niu, obej­rza­łem w koń­cu naj­bar­dziej wycze­ki­wa­ny tego­rocz­ny block­bu­ster — “Smo­leńsk”. Pro­duk­cja od począt­ku mia­ła łat­kę kon­tro­wer­syj­nej, ale idąc do kina w ogó­le o tym nie myśla­łem, dopie­ro przy kasie dało się wyczuć, że jest to film wyklę­ty. Przy­zna­ję, że tro­chę udzie­li­ła mi się ta kon­spi­ra­cyj­na atmos­fe­ra i w kup­no bile­tów wkrę­ci­łem Madzię, któ­ra z kolei zacho­wa­ła się jak nasto­la­tek kupu­ją­cy pre­zer­wa­ty­wy w apte­ce, czy­li wycze­ka­ła, aż niko­go nie będzie na hory­zon­cie, po czym boom: “Dzień dobry, popro­szę dwa bile­ty na yhy­my­hy na 18:30. Tak, na yhy­my­hy”. Kasjer­ka poka­za­ła na ekra­nie miej­sca, jed­no czer­wo­ne, resz­ta zie­lo­na i w pierw­szym momen­cie myśle­li­śmy, że wto­pa, bo zosta­ło ostat­nie wol­ne. Na szczę­ście oka­za­ło się, że źle zin­ter­pre­to­wa­li­śmy kolo­ry i tak napraw­dę tyl­ko jed­no było zaję­te. Ostat­ni raz taką sytu­ację mia­łem za mło­du, kie­dy cho­dzi­łem do małe­go miej­skie­go kina na fil­my gra­ne z pół­rocz­nym opóź­nie­niem wzglę­dem mul­ti­plek­sów. Sta­re dobre cza­sy, zanim zosta­łem sło­ikiem. Na 5 minut przed począt­kiem sean­su, do sali wbi­ło jesz­cze kil­ka osób, ale dało się je poli­czyć na pal­cach obu rąk, więc nadal mogłem prze­bie­rać w wol­nych pod­ło­kiet­ni­kach. Aspo­łecz­ni ludzie z ner­wi­cą natręctw, jak ja, doce­nia­ją takie rze­czy.

O czym to?

Rozu­miem, że ten punkt może­my pomi­nąć? Wszy­scy wie­dzą, że cho­dzi o katastrofę/zamach (wybierz wła­ści­wie) z 10 kwiet­nia 2010 roku, pod­czas której/którego zgi­nę­ło 96 osób, na cze­le z parą pre­zy­denc­ką, lecą­cych oddać sza­cun ofia­rom zbrod­ni katyń­skiej. Wia­do­mo też, że film narzu­ca tezę zama­chu. Zagad­ką było, jak sobie z tym pora­dzi? Przy­zna­ję, że spo­dzie­wa­łem się po nim wszyst­kie­go co naj­gor­sze, że będzie pro­jek­cją cho­rych jazd reży­se­ra, pro­du­cen­ta, Jaro­sła­wa, Ali­ka, Beaty, Anto­nie­go i wszyst­kich ano­ni­mów, któ­rzy wyło­ży­li kasę na tę epic­ką pro­duk­cję. I mimo iż wie­dzia­łem, że za sce­na­riusz odpo­wia­da gość, któ­ry wcze­śniej popeł­nił “Gra­czy­ków” i “Dale­ko od noszy”, to i tak, gdzieś w głę­bi ser­ca zosta­wi­łem maleń­ki mar­gi­nes nadziei, że może jed­nak film będzie miał ręce i nogi. Praw­da jest taka, że nie wiem do koń­ca, jak było z tym Smo­leń­skiem. Sły­sza­łem kil­ka wer­sji, nie­któ­re moc­no odje­cha­ne, ale wciąż jest parę nie­ja­snych szcze­gó­łów, więc cięż­ko tak na 100% wyro­ko­wać. To jest ten sam rodzaj wąt­pli­wo­ści, co przy zama­chu na JFK i plot­ce, że Elvis nadal żyje (bo żyje). Baaa oglą­da­łem kie­dyś film o World Tra­de Cen­ter, któ­ry sta­wiał tezę, że zamach był wewnętrz­nym sabo­ta­żem rzą­du USA i miał na celu zastra­szyć spo­łe­czeń­stwo #ter­ro­ry­ści, dać przy­zwo­le­nie do wysła­nia wojsk na Bli­ski Wschód #ropa i ali­bi do zwięk­sze­nia inwi­gi­la­cji oby­wa­te­li #pod­słu­chy. Teo­ria spi­sko­wa rów­nie sza­lo­na jak ta z zama­chem w Smo­leń­sku, ale mimo wszyst­ko film zre­ali­zo­wa­ny bar­dzo spraw­nie i sta­wia­ją­cy wie­le trud­nych pytań, na któ­re do dziś nie ma odpo­wie­dzi. Tego same­go ocze­ki­wa­łem po “Smo­leń­sku” - zasia­nia zia­ren­ka wąt­pli­wo­ści u osób, któ­re na co dzień drą łacha z wyznaw­ców zama­chu. No i może jesz­cze wart­kiej akcji, dobrej intry­gi, wybu­cho­wych emo­cji i eks­plo­zji wra­żeń. W skró­cie roze­rwać się chcia­łem.

 

Jak wyszło?

Ło mat­ko z cór­ką, co to było?! Obe­rwa­łem tak inten­syw­nym, pra­wil­nym pra­niem mózgu, że dla przy­wró­ce­nia rów­no­wa­gi we wszech­świe­cie, powi­nie­nem teraz jed­nym cią­giem prze­czy­tać wszyst­kie twe­ety Toma­sza Lisa. “Smo­leńsk” nie sprze­da­je deli­kat­nych alu­zji, nope, on napier­da­la obu­chem w łeb. Żad­nych domy­słów, po pro­stu kawa na ławę. Jest samo­lot zrzu­ca­ją­cy sztucz­ną mgłę nad lot­ni­skiem, bom­by na skrzy­dłach, ruscy agen­ci, roz­ka­zy z “góry”, kłam­li­we media z zagra­nicz­nym kapi­ta­łem i jako wisien­ka na tor­cie Donek spi­sku­ją­cy z Puti­nem na sopoc­kim molo.  

Smoleńsk, jak to się stało

Głów­ną boha­ter­ką fil­mu jest Nina Lisowska (wia­do­ma spra­wa), cynicz­na dzien­ni­kar­ka sta­cji TVM-Sat, któ­ra pro­wa­dzi śledz­two w spra­wie kata­stro­fy. Nie wiem, czy wyła­pa­li­ście, ale TVM-Sat to taka sub­tel­na szpi­la w TVN i Pol­sat. Dwie pie­cze­nie na jed­nym ogniu bijacz! (ode mnie sza­cun). Począt­ko­wo Nina jest lewac­ką suczą, któ­ra robi mate­ria­ły pod dyk­tan­do sta­cji, czy­li ośmie­sza ofia­ry i wyznaw­ców zama­chów. Rzu­ca fał­szy­we oskar­że­nia, sie­je plot­ki, hej­tu­je nawet swo­ją mat­kę czu­wa­ją­cą pod krzy­żem, ale im bar­dziej zagłę­bia się w szcze­gó­ły feral­ne­go lotu, tym bar­dziej docho­dzi do wnio­sku, że fak­tycz­nie coś tu nie gra i w koń­cu prze­cho­dzi do dru­ży­ny mohe­rów. Z opi­su nie wyglą­da to naj­go­rzej, jed­nak pod wzglę­dem reali­za­cji film leży i kwi­czy. Po pierw­sze jest opo­ro­wo nud­ny. Akcja nie­mi­ło­sier­nie się śli­ma­czy, a bez­sen­so­we roz­mo­wy Lisow­skiej nie posu­wa­ją śledz­twa nawet o mili­metr. W pew­nym momen­cie na ekra­nie prze­wi­ja się data 2013, czy­li minę­ły już 3 lat od roz­po­czę­cia docho­dze­nia, tym­cza­sem Nina wciąż jest w dupie z usta­le­nia­mi, po czym dzi­wi się, że temat już niko­go nie obcho­dzi. Bitch, plizz. W ogó­le pierw­sze 1,5 godzi­ny bar­dziej niż na śledz­twie, sku­pia się na poka­za­niu, że 10.04.2010 roku Pol­ska podzie­li­ła się na dwie frak­cje — na sym­pa­tycz­nych, peł­nych empa­tii sta­rusz­ków oraz na całą resz­tę, czy­li nie­czu­łych skur­wie­li, któ­rzy nie pła­ka­li po Kaczyń­skim, robi­li zady­my pod Wawe­lem i do dziś łyka­ją każ­de kłam­stwo ser­wo­wa­ne przez TVM-Sat. Akcja roz­krę­ca się dopie­ro w ostat­nich 30 minu­tach, kie­dy poja­wia­ją się wąt­ki tajem­ni­czych smsów i seryj­ne samo­bój­stwa osób mogą­cych przy­czy­nić się do ujaw­nie­nia praw­dy o Smo­leń­sku. Gdy­by to jesz­cze było jako tako zagra­ne, ehhhh. Aktor­stwo zde­cy­do­wa­nie jest naj­cięż­szym grze­chem fil­mu. Wyobraź­cie sobie grę na pozio­mie “Dla­cze­go ja?”, dorzuć­cie dia­lo­gi bły­sko­tli­we jak w rekla­mach “Eto­pi­ry­ny” i na to wszyst­ko poja­wia się jesz­cze Rysiek z Kla­nu z pyta­niem, czy rącz­ki umy­te? Tak mniej wię­cej wyglą­da “Smo­leńsk”. Wszyst­kie hej­ty, któ­re sły­sze­li­ście pod adre­sem odtwór­czy­ni głów­nej roli, Beaty Fido, to praw­da. W foce tyle talen­tu, co w wor­ku na śmie­ci (cho­ciaż worek jest bar­dziej bły­sko­tli­wy), a o dzi­wo wiki­pe­dia poda­je, że nie tyl­ko jest absol­went­ką szko­ły teatral­nej, ale zdo­by­wa­ła też nagro­dy w USA. Jestem w głę­bo­kim szo­ku, bo w “Smo­leń­sku” poważ­ne pyta­nia zada­je z uśmie­chem, jak­by chwi­lę wcze­śniej nafa­sze­ro­wa­ła się psy­cho­tro­pa­mi. Śmia­ło mogła­by zastą­pić Joke­ra na pla­ka­tach “Why So Serio­us?” W ogó­le wypa­dła­by znacz­nie wia­ry­god­niej, gdy­by twór­cy ją wyci­szy­li i zdub­bin­go­wa­li syn­te­za­to­rem mowy Iwo­na. Jedy­ne czym przy­ku­wa­ła moją uwa­gę to podo­bień­stwo do Karo­li­ny Kor­win-Pio­trow­skiej… po bar­dzo ostrej lipo­sku­cji.

Smoleńsk, recenzja filmu

Nie­le­piej malu­je się sytu­acja z jej ekra­no­wym part­ne­rem, któ­ry wystą­pił w roli ope­ra­to­ra kame­ry i kochanka/chłopaka/konkubenta Niny, cho­le­ra wie. Gość nazy­wa się Maciej Pół­to­rak i ewi­dent­nie nazwi­sko nie jest przy­pad­kiem. Jego gra daje całe­go raka, a zje­ba­na fry­zu­ra dorzu­ca dodat­ko­we pół. No i na koń­cu Jerzy Zelnik, któ­ry wycho­dzi z krza­ków za każ­dym razem, kie­dy na ekra­nie gów­no wpad­nie w wen­ty­la­tor ktoś wywi­nie kitę. Bar­dzo nie­po­ko­ją­ca rola.

Smoleńsk, recenzja filmu

Smoleńsk, recenzja filmu

Na szczę­ście są i pozy­tyw­ne przy­pad­ki. Po pierw­sze Lech Łotoc­ki w roli Lecha Kaczyń­skie­go — dostoj­nie i z kla­są, po dru­gie Red­bad Klyn­stra, jako demo­nicz­ny prze­ło­żo­ny Niny Lisic­kiej. Gość miał do powie­dze­nia może z 15 lini­jek tek­stu, a podał je tak epic­ko, że każ­da ma szan­sę stać się kul­to­wa. Moja ulu­bio­na: “To nie jest pro­ste, a nawet wręcz prze­ciw­nie”. Wyszedł mu tak kozac­ki czar­ny cha­rak­ter, że Lord Vol­de­mort może się scho­wać. Mam tyl­ko jed­no pyta­nie, jakim trze­ba być czło­wie­kiem, żeby dać dziec­ku na imię Red­bad? Red is bad!

Smoleńsk, recenzja filmu

Ostat­nim zarzu­tem są nic nie­wno­szą­ce sce­ny z tzw. dupy. Zali­czam do nich: 

  • 5 sekun­do­wa sce­na pseu­do­sek­su;
  • sce­na, w któ­rej Nina opo­wia­da ojcu, że za mło­du lubi­ła pić soczek z folii, ale raz jej spadł na zie­mię, a ojciec oka­zał się nie­czu­łym dra­niem i nie kupił jej nowe­go, cho­ciaż było jej bar­dzo smut­no;
  • sce­na, w któ­rej Nina przez 3 minu­ty pró­bu­je w slo­mo­tion dotknąć płasz­cza po gene­ra­le Bła­si­ku;
  • sce­na prze­słu­cha­nia Domi­ni­ki Figur­skiej, któ­ra jest tak absur­dal­na, że nie potra­fię jej nawet stre­ścić;
  • fina­ło­wa sce­na, kie­dy para pre­zy­denc­ka i resz­ta ofiar z Tupo­le­wa spo­ty­ka się z żoł­nie­rza­mi zamor­do­wa­ny­mi w Katy­niu. Dosta­łem spo­iler przed fil­mem, więc wie­dzia­łem cze­go się spo­dzie­wać, ale mimo wszyst­ko zoba­czyć to na wła­sne oczy jest szo­ku­ją­cym dozna­niem. Póź­niej sobie to prze­my­śla­łem i wyda­je mi się, że to nawet nie­głu­pia meta­fo­ra, coś jak Gla­dia­tor w polu psze­ni­cy, ale zno­wu roz­cho­dzi się o wyko­na­nie. Wyszła paro­dia, bo pani gra­ją­ca Marię Kaczyń­ską leci do tych żoł­nie­rzy na zła­ma­nie kar­ku, z wiel­kim bana­nem na pysiu, a i resz­ta zało­gi też jest jakoś nie­na­tu­ral­nie uha­ha­na i zbi­ja pią­tecz­ki. Wtf? Że niby hap­py end? 

 

Ogól­nie “Smo­leńsk” nie jest naj­gor­szym fil­mem, jaki w życiu widzia­łem, baa nie jest nawet w TOP50 naj­chu­jow­szych pro­duk­cji (“Kac Wawa” i “Cia­cho” mogą spać spo­koj­nie), ale sza­łu zde­cy­do­wa­nie nie ma. Góra 310. Nie pole­cam ani ludzi­kom, któ­rzy pla­no­wa­li iść dla tzw. beki, bo jej nie znaj­dą, ani tym trzy­ma­ją­cym się wer­sji o zama­chu, bo film nie udźwi­gnął tema­tu. Jest nud­no, tanio, cha­otycz­nie, z gów­nia­nym mon­ta­żem i jesz­cze gor­szym aktor­stwem.

A to widziałeś?