popKULTURA

Sicario 2. Iść czy nie iść?

20/07/2018
Sicario 2

Dziś w kinach debiu­tu­je “Sica­rio 2: Sol­da­do”, czy­li kon­ty­nu­acja jed­nej z naj­lep­szych pro­duk­cji 2015 roku. Czy war­to w ogó­le pró­bo­wać robić sequ­el do fil­mu, któ­ry według wie­lu, zawie­sił poprzecz­kę nie­mal w stra­tos­fe­rze i z góry moż­na zało­żyć, że następ­ca do tego pozio­mu nie dosko­czy? Zwłasz­cza kie­dy tra­ci reży­se­ra w oso­bie Deni­sa Vil­le­neu­ve i Emi­ly Blunt z obsa­dy? O dzi­wo war­to. Serio, aż sam jestem zdzi­wio­ny, bo spo­dzie­wa­łem się, że seans będzie bole­sny jak upa­dek z 3 pię­tra… na trzeź­wo, tym­cza­sem obej­rza­łem kawał dobre­go kina, ale po kolei. 

Sicario 2: O czym to?

Tym razem histo­ria nie doty­czy szmu­glo­wa­nia nar­ko­ty­ków, a nie­le­gal­ne­go prze­my­tu ludzi do USA przez mek­sy­kań­skie kar­te­le. Ame­ry­kań­ski rząd podej­rze­wa, że wła­śnie taką dro­gą do ojczy­zny ham­bur­ge­rów prze­do­sta­ją się ter­ro­ry­ści i żeby temu zabiec, zle­ca agen­to­wi Mat­to­wi Gra­ve­ro­wi (Josh Bro­lin) “nie­ofi­cjal­ną” misję, któ­rej skut­kiem ma być roz­pę­ta­nie woj­ny pomię­dzy syn­dy­ka­ta­mi z kra­ju tequ­ili (a niech się sami powy­strze­la­ją). Gra­ver obmy­śla na tę oka­zję cwa­ny plan porwa­nia cór­ki jed­ne­go z domi­nu­ją­cych bos­sów i upo­zo­ro­wa­nia całej akcji w taki spo­sób, aby podej­rze­nia padły na kon­ku­ren­cyj­ny kar­tel. W misji wspie­ra go dobrze zna­ny z pierw­szej czę­ści, Ale­jan­dro (Beni­cio del Toro), czy­li nie­gdyś pro­ku­ra­tor, a obec­nie cichy zabój­ca, któ­ry szu­ka odwe­tu za śmierć rodzi­ny. 

Sicario 2
Sicario 2: Jak wyszło

Do pew­ne­go momen­tu wyśmie­ni­cie. Zaczy­na się od dobre­go pier­dol­nię­cia, po czym robi się jesz­cze lepiej, bo Josh Bro­lin dosta­je pozwo­le­nie, aby urzą­dzić w Mek­sy­ku “nie­zły mek­syk” kon­kret­ny roz­pier­dol, bez zawra­ca­nia sobie gło­wy taki­mi bzdu­ra­mi, jak prze­pi­sy. I tak też czy­ni, więc jest bru­tal­nie i krwa­wo, z dobrą intry­gą i bez zbęd­ne­go pitu pitu. Zaska­ku­ją­co dobry jest też akt dru­gi, w któ­rym rze­czy, deli­kat­nie mówiąc, zaczy­na­ją się chę­do­żyć. W zasa­dzie przez 23 fil­mu sie­dzia­łem jak na szpil­kach, total­nie wkrę­co­ny w akcję, dodat­ko­wo szar­pa­ny za ner­wy przez nie­po­ko­ją­cy sound­track… i wte­dy na ekra­nie dzie­je się coś dziw­ne­go, bo film tak jak­by wyco­fu­je się z zasad, któ­re narzu­cił na począt­ku i idzie w stro­nę typo­wych hol­ly­wo­odz­kich kon­cep­tów. Nie mogę napi­sać nic wię­cej ze wzglę­du na spo­ile­ry, ale ujmę to tak, że po wje­cha­niu napi­sów koń­co­wych, ma się odczu­cie nie tyle roz­cza­ro­wa­nia, co nie­wy­ko­rzy­sta­ne­go poten­cja­łu. Tak jak­by ktoś z wytwór­ni obej­rzał goto­wy mate­riał i w pew­nym momen­cie powie­dział “Pano­wie tak to nie może zostać, musi­my to zmięk­czyć”.  No szko­da bar­dzo, ale skup­my się na pozy­ty­wach. Poza wspo­mnia­ną już muzy­ką i cie­ka­wą intry­gą, na plus zde­cy­do­wa­nie nale­ży zali­czyć pra­cę kame­ry. Zdję­cia z dro­na i sekwen­cje akcji są po pro­stu pal­ce lizać… czy­li podob­nie jak w jedyn­ce. Prop­sy dla nasze­go Dariu­sza Wol­skie­go, któ­ry za to odpo­wia­dał. Jed­nak naj­więk­szy atut to gra aktor­ska. Josh Bro­lin i Beni­co del Toro są abso­lut­nie dosko­na­li w swo­ich rolach. Oni nie muszą nie­wia­do­mo jak koza­czyć, żeby udo­wod­nić, że są sam­ca­mi alfa. Nope, wystar­czy, że wyszep­czą mię­dzy sobą dwa krót­kie zda­nia, a już czu­jesz z ekra­nu zapach whi­sky i napal­mu oraz eks­cy­ta­cję przed cze­ka­ją­cą Cię roz­wał­ką. Jeśli ktoś spy­ta mnie o zda­nie, to według mnie Bro­lin wykre­ował jed­ną z lep­szych, o ile w ogó­le nie naj­lep­szą, postać najem­ni­ka ever. Chłód w oczach, luz w kola­nach, szyb­ko podej­mo­wa­ne decy­zje i jesz­cze szyb­ciej naci­ska­ny spust kara­bi­nu, a do tego total­na wyjeb­ka, kie­dy dooko­ła trup ście­le się gęsto. Jestem fanem. Zde­cy­do­wa­nie rok Josha — Tha­nos w Aven­ger­sach, Cable w Dead­po­olu i sty­lo­wy powrót Gra­ve­ra w Sica­rio, czy­li bank roz­bi­ty.

Sicario 2

Sicario 2: Iść czy nie iść?

Jeśli zapy­ta­cie, czy dwój­ka trzy­ma poziom jedyn­ki, to odpo­wiedź brzmi nie. Jest prost­sza w kon­struk­cji, nie czuć aż tak tego bru­du i cię­ża­ru, któ­ry ota­czał nar­ko­ty­ko­wy biz­nes i bra­ku­je jej kon­tra­stu cha­rak­te­rów, jaki sta­no­wi­ła Emi­ly Blunt dla Bro­li­na. Nope, tu nie ma miej­sca na roz­ter­ki moral­ne, wszy­scy bez wyjąt­ków są cyn­gla­mi bez skru­pów. Trze­ba jed­nak dostrzec, że dru­ga część nie chce być klo­nem poprzed­nicz­ki i sta­wia na co inne­go. Powie­dział­bym, że to taki miks “Nar­co­sa” (bo kar­te­le) z “Loga­nem” (bo dziew­czyn­ka, któ­rą trze­ba chro­nić) i ja to kupu­ję… a raczej kupo­wa­łem przez 23 sean­su, ale nawet finał poni­żej ocze­ki­wań, nie zmie­nia fak­tu, że film oglą­da­ło mi się świet­nie. Waham się pomię­dzy oce­ną 7 a 8, co w sumie nie ma więk­sze­go zna­cze­nia, bo w obu wypad­kach ozna­cza to samo: Idź­cie śmia­ło, bo jest lepiej niż spo­ko. Dobre męskie kino, w sam raz jako odskocz­nia od kolej­nych hehesz­ków Marve­la (nie żebym gar­dził, wręcz prze­ciw­nie, ale nie samym Marve­lem czło­wiek żyje). Sam chęt­nie obej­rzał­bym jesz­cze raz.

BTW: “Sica­rio 2” mozna oglą­dać bez zna­jo­mo­ści pierw­szej czę­ści. Są ze sobą na tyle luź­no powią­za­ne, że nie będzie odczu­cia pt. “chy­ba o czymś nie wiem”.

A to widziałeś?