popKULTURA

Shaq attaQ

12/03/2015

Z dzi­siej­szej per­spek­ty­wy koszy­ków­ka może wyda­wać się jakąś hip­ster­ską dys­cy­pli­ną spor­tu. Nikt nie gra, nikt nie oglą­da, a zain­te­re­so­wa­nie prze­cięt­ne­go Kowal­skie­go ogra­ni­cza się do wysłu­cha­nia w wia­do­mo­ściach kil­ku­na­sto­se­kun­do­we­go spra­woz­da­nia o ostat­nich wyni­kach Gor­ta­ta. Basket popu­lar­no­ścią ustę­pu­je nawet bie­gom na docho­dze­nie (uwa­ga suchar: zwy­cięż­czy­ni bie­gu na docho­dze­nie tak napraw­dę wygry­wa 2 razy). Trud­no w to uwie­rzyć, jeśli wziąć pod uwa­gę, że w poło­wie lat 90′ koszy­ków­ka była dru­gim naj­po­pu­lar­niej­szym spor­tem w Pol­sce (wia­do­mo, pił­ka noż­na rulez). Tele­wi­zja trans­mi­to­wa­ła mecze, gaze­ty pisa­ły obszer­ne spra­woz­da­nia, w kinach rzą­dził “Kosmicz­ny mecz”, na szkol­nych kory­ta­rzach pro­wa­dzo­no gru­be dys­ku­sje o wsa­dach i cza­pach, a w skle­pach bez pro­ble­mu moż­na było kupić koszul­ki i gadże­ty z prin­tem ulu­bio­nej dru­ży­ny. To był okres domi­na­cji Chi­ca­go Bulls i Miche­ala Jor­da­na, ale z dnia na dzień coraz więk­szą sym­pa­tię zyski­wa­ło rewe­la­cyj­ne (wte­dy) Orlan­do Magic, z debiu­tu­ją­cym Shaquill’em O’Ne­alem na cze­le.

Rzad­ko się­gam po bio­gra­fie spor­tow­ców, bo zazwy­czaj są to książ­ki na pozio­mie Bra­vo i Pudel­ka (zawłasz­cza w przy­pad­ku spor­tow­ców, któ­rzy jesz­cze nie zakoń­czy­li karie­ry — patrz Ronal­do, Mes­si, Inie­sta, Xavi, itd), ale zda­rza­ją się wyjąt­ki np. bio­gra Zla­ta­na Ibra­hi­mo­vi­ca. Mia­łem nadzie­ję, że w przy­pad­ku Sha­qa będzie podob­nie i się nie roz­cza­ro­wa­łem. Jest to lek­ka książ­ka, któ­ra może i nie zmie­ni Two­je­go życia, ale ide­al­nie spraw­dzi się pod­czas podró­ży lub urlo­pu.

Nie trze­ba być fanem koszy­ków­ki, aby koja­rzyć Sha­qa. To czło­wiek orkie­stra, któ­ry poza roz­bi­ja­niem tablic w drob­ny mak i ury­wa­niu kolej­nych koszy, zaj­mo­wał się zaska­ku­ją­co wie­lo­ma rze­cza­mi. Nagry­wał bez­na­dziej­ne pły­ty, grał w żenu­ją­cych fil­mach, pro­wa­dził wła­sny show w tele­wi­zji, słu­żył w poli­cji a nawet zna­lazł czas na zro­bie­nie dok­to­ra­tu. Jed­nak naj­więk­szą sym­pa­tię kibi­ców i mediów przy­nio­sła mu nie­wy­pa­rzo­na mord­ka. Moż­na powie­dzieć, że Shaq wyczuł poten­cjał Twit­te­ra zanim w ogó­le go wymy­ślo­no. Jego pome­czo­we komen­ta­rze sta­ły się kla­sy­ką. Cza­sa­mi były to sar­ka­stycz­ne szpi­le wbi­ja­ne prze­ciw­ni­kom, innym razem bły­sko­tli­we porów­na­nia (“Jestem cyga­rem. Wszy­scy inni to papie­ro­sy. Ja roz­pa­lam się wol­niej.” — o tym, że roz­krę­ca się dopie­ro w trak­cie sezo­nu), lub mega suche żar­ty, ale cie­szą­ce się tak dużym zain­te­re­so­wa­niem, że wie­le gazet dru­ko­wa­ło je w swo­ich kolum­nach spor­to­wych. Nawet Gaze­ta Wybor­cza swe­go cza­su pro­wa­dzi­ła rubry­kę “Tako rze­cze Shaq”.

Przed prze­czy­ta­niem książ­ki, karie­ra Sha­qa wyda­wa­ła mi się oczy­wi­sta. Ponad 2‑metrowy i 150-kilo­wy czar­nuch murzyn Afro­ame­ry­ka­nin, w dodat­ku uro­dzo­ny w USA, wyda­je się z góry ska­za­ny na grę w NBA. A jed­nak nie do koń­ca. Sta­ny Zjed­no­czo­ne liczą pra­wie 320 mili­nów miesz­kań­ców, z cze­go znacz­na więk­szość nie scho­dzi poni­żej 100 kg wagi. 2‑metrowych murzy­nów czar­no­skó­rych też jest na pęcz­ki, a do NBA co roku dosta­je się tyl­ko kil­ku. Shaq miał o tyle trud­niej, że ze wzglę­du na pra­cę ojca, zawo­do­we­go żoł­nie­rza, czę­sto musiał się prze­pro­wa­dzać, co nie sprzy­ja­ło regu­lar­nym tre­nin­gom. Przez jakiś czas miesz­kał nawet w Niem­czech, 500 km od pol­skiej gra­ni­cy. Jed­nak naj­więk­szy pro­blem sta­no­wi­ła sła­ba koor­dy­na­cja rucho­wa. Nie umiał ska­kać, bie­gać ani kozło­wać. Poty­kał się o wła­sne nogi i miał dwie lewe ręce, przez co nie myślał poważ­nie o karie­rze koszy­kar­skiej. Celo­wał raczej w fut­bol ame­ry­kań­ski. Jak to czę­sto bywa w histo­riach “od zera do milio­ne­ra”, o wszyst­kim zade­cy­do­wał przy­pa­dek. Shaq z nudów zapi­sał się do woj­sko­wej dru­ży­ny koszy­ków­ki, gdzie tra­fił na tre­ne­ra, któ­ry z miej­sca wyczuł w nim poten­cjał. Ile ja już takich histo­rii czy­ta­łem? Warun­ki fizycz­ne miał ide­al­ne, a dzię­ki indy­wi­du­al­nym tre­nin­gom dodat­ko­wo popra­wił moto­ry­kę oraz wszyst­kie nie­zbęd­ne ele­men­ty gry, no może poza rzu­ta­mi oso­bi­sty­mi, ale nie prze­szko­dzi­ło mu to już w liceum zostać koszy­kar­ską sen­sa­cją na ska­lę całe­go kra­ju. Przej­ście do NBA było kwe­stią cza­su. I tak też się sta­ło. W 1992 roku, z nume­rem 1 został wybra­ny w draf­cie przez Orlan­do Magic i z miej­sca zdo­był tytuł naj­lep­sze­go debiu­tan­ta. Od tego cza­su jego gwiaz­da roz­bły­sła peł­nym bla­skiem. Czte­ro­krot­nie zdo­był mistrzo­stwo NBA, trzy­krot­nie uzna­no go naj­bar­dziej war­to­ścio­wym gra­czem ligi, 28 596 punk­tów na kon­cie, 13 099 zbió­rek, 3 026 asyst, 2 732 blo­ki i 15 wystę­pów w meczu gwiazd.

Jed­nak to nie sta­ty­sty­ki sta­no­wią siłę książ­ki, a zaku­li­so­we smacz­ki. Oczy­wi­ście naj­bar­dziej inte­re­su­ją­ce są kon­flik­ty, a tych nie bra­ko­wa­ło. Naj­gło­śniej­sze to te z Kobe Bry­an­tem i Dway­nem Wadem. Mimo fatal­nej rela­cji, z obo­ma wymie­nio­ny­mi zawod­ni­ka­mi two­rzył na par­kie­cie zabój­cze duety i zdo­by­wał tytu­ły mistrzow­skie. W książ­ce Shaq rzu­ca tro­chę wię­cej świa­tła na to, co się dzia­ło w szat­ni. Rów­nie inte­re­su­ją­ce były opi­sy warsz­ta­tu pra­cy poszcze­gól­nych tre­ne­rów, np. sesje jogi w opa­rach traw­ki u Phi­la Jack­so­na i obse­sja utrzy­my­wa­nia tkan­ki tłusz­czo­wej na odpo­wied­nim pozio­mie przez Pata Riley­’a za cza­sów gry w Mia­mi Heat. Hej­ty Sha­qa w kie­run­ku sała­tek i zdro­we­go jedze­nia są napraw­dę zabaw­ne. Przez całe życie jadł, co chciał i kie­dy chciał, aż tu naglę zmu­si­li go do die­ty i utrzy­my­wa­nia fatu na pozio­mie 16%.
Poza rekor­da­mi spor­to­wy­mi, Shaq bił też rekor­dy finan­so­we. Za 7 lat gry dla Los Ange­les Lakers zain­ka­so­wał 121 milio­nów dola­rów. Rze­ka haj­su pły­nę­ła rów­nież od rekla­mo­daw­ców, m.in. Pep­si i Reebo­ka. Z taką kasą moż­na posza­leć, a Sha­qo­wi wyobraź­ni nie bra­ko­wa­ło. Jako samiec alfa musiał być we wszyst­kim naj­lep­szy, więc kie­dy kole­ga z szat­ni kupo­wał Fer­ra­ri, on musiał kupić jesz­cze lep­sze Fer­ra­ri. Pro­blem w tym, że takie auta nie są zapro­jek­to­wa­ne dla 150-kilo­wych byków. Jed­nak Shaq i z tym pro­ble­mem sobie radził. Kupo­wał dwie sztu­ki, a za rów­no­war­tość trze­ciej kazał je zmon­to­wać w jed­ną całość, tak aby móc swo­bod­nie zmie­ścić się do środ­ka.

Takich histo­rii w książ­ce jest mnó­stwo i nie spo­sób ich wszyst­kich tutaj zaja­wić. Bio­gra­fia pro­wa­dzi nas przez kolej­ne życio­we eta­py Sha­qa. Od dora­sta­nia w bie­dzie i zbie­ra­niu wpier­do­li od ojca, przez karie­rę w NBA i przy­wi­le­je bycia milio­ne­rem, aż po eme­ry­tu­rę i opis biz­ne­sów, któ­ry­mi się aktu­al­nie zaj­mu­je. Całość czy­ta się wyjąt­ko­wo przy­jem­nie. Co praw­da pod koniec, kie­dy mowa o schył­ku karie­ry, zaczy­na tro­chę wiać nudą. Shaq na tym eta­pie nie był już naj­lep­szy, spa­da­ło na nie­go coraz wię­cej kry­ty­ki, któ­rej nie zno­sił zbyt dobrze, więc wymy­ślił, że na ostat­nich stro­nach roz­pra­wi się z hej­te­ra­mi. Sła­bą posta­wę w ostat­nich sezo­nach tłu­ma­czy kon­tu­zja­mi i pro­ble­ma­mi w życiu pry­wat­nym oraz doko­nu­je kil­ku ata­ków per­so­nal­nych na oso­by, z któ­ry­mi miał na pień­ku. Moim zda­niem są to zbęd­ne wstaw­ki, ale osta­tecz­nie nie jest tego aż tak dużo, żeby skre­ślać całą książ­kę. Pole­cam jako mało inwa­zyj­ną, odprę­ża­ją­cą lek­tu­rę urlo­po­wą. Jedy­nie cze­go żału­ję, to brak odnie­sie­nia się do bój­ki z Charles’em Barkley’em.

W tam­tym cza­sie była to sen­sa­cja na świa­to­wą ska­lę, komen­to­wa­na nawet w pol­skich mediach (nie było inter­ne­tu). TVN mate­riał z zaj­ścia zaty­tu­ło­wał “King Kong vs Sha­qu­il­la”. Dla porów­na­nia to tak, jak­by teraz doszło do bój­ki mię­dzy Mes­sim i Cri­stia­no Ronal­do, wymia­ry zawod­ni­ków może tro­chę bar­dziej kie­szon­ko­we, ale for­mat gwiazd się zga­dza. Każ­dy chciał­by wie­dzieć, o co poszło i jak się skoń­czy­ło. Shaq prze­mil­czał temat. Obec­nie obaj pano­wie pra­cu­ją jako komen­ta­to­rzy w kana­le TNT i zacho­wu­ją się, jak gdy­by nigdy nic się nie sta­ło.

P.S. W bonu­sie Shaq vs pol­skie pie­ro­gi

A to widziałeś?