popKULTURA

Rambo 5, czyli czy dziadek Sly jeszcze może?

24/09/2019

Cza­icie, że od pre­miery pierw­szej czę­ści Rambo minęło już 37 lat? Kiedy zda­łem sobie z tego sprawę, odru­chowo chwy­ci­łem za kal­ku­la­tor, bo w mojej pod­świa­do­mo­ści, to tak zaje­bi­ście dawno temu, że filmy powinny być jesz­cze czarno-białe, tym­cza­sem bar­dzo dobrze pamię­tam, że “Pierw­sza Krew” była w kolo­rze. Dopiero po chwili ogar­ną­łem, że jestem młod­szy od tego filmu zale­d­wie o 3 lata! Kurła, kiedy to minęło?

Wspo­mi­nam o tym, bo tak się składa, że od week­endu w kinach ponow­nie gości “Rambo”, tyle że tym razem z nume­rem “5” na końcu. W związku z pre­mierą poja­wiło się pyta­nie, czy reani­mo­wa­nie tej fran­czyzy ma jesz­cze sens, wszak Sly liczy sobie już 73 wio­sny, a jak powszech­nie wia­domo, ludzie w tym wieku, jeśli jesz­cze żyją, to już raczej sikają do kaczki, a nie latają z pół metrową kosą i kil­lują ludzi.

No dobra, prze­sa­dzam, bo to, że Sly wciąż jest w lep­szej for­mie niż więk­szość 20-latków, nie jest aku­rat żadną tajem­nicą. Nadal jed­nak pozo­sta­wała kwe­stia, czy unie­sie cię­żar kul­to­wej serii? Byłoby szkoda, gdyby ostat­nia cześć oka­zała się z odwłoka i pozo­sta­wiła nie­smak, co nie? Cóż, tego mia­łem się dowie­dzieć dopiero w kinie, bo tak jakoś wyszło, że wcze­śniej nie widzia­łem ani tra­ilera, ani nie czy­ta­łem żad­nej zajawki fabuły. Ot wie­dzia­łem tylko, że ma pod­ty­tuł “Ostat­nia krew” i na tej pod­sta­wie zbu­do­wa­łem sobie wyobra­że­nie, że będzie to coś w stylu “Logana”, czyli Sly będzie chciał już na serio poże­gnać się z “Rambo”, a kto wie, może nawet go uśmierci. Czy fak­tycz­nie tak się stało? Tego wam nie powiem, bo #spo­iler. Mogę za to zdra­dzić, że osta­tecz­nie nie jest to “Logan”, tylko mix “Upro­wa­dzo­nej” i “Kevina samego w domu”.

O czym to?

W poprzed­nich czę­ściach John Rambo szla­jał się po Wiet­na­mie, Taj­lan­dii, Afga­ni­sta­nie i Bir­mie, gdzie cha­ry­ta­tyw­nie wyci­nał w pień zło­wro­gie armie oraz bandy nik­czem­nych najem­ni­ków, a kiedy już wszyst­kich wymor­do­wał, wró­cił do rodzin­nego domu w Ari­zo­nie, gdzie chciał pro­wa­dzić spo­kojne życie ran­czera. I tym miej­scu zaczyna się piąta część. Rambo zamula już 10 lat na ran­czu, a wraz z nim mieszka tam Maria (taka tam star­sza babeczka, która opie­ko­wała się ojcem Johna) oraz jej wnuczka Gabrielle (matka nie żyje, ojciec porzu­cił ją za młodu i uciekł do Mek­syku, więc Rambo robi jej za ojca zastęp­czego). Gabrielle jest na eta­pie, kiedy zaraz wyje­dzie na stu­dia, więc przez pierw­szą godzinę scho­dzi gigan­tyczne męcze­nie buły, pod­czas któ­rego John i Gabrielle pro­wa­dzą dłu­ga­śne, filo­zo­ficzne roz­mowy o życiu i całej resz­cie. No snuje się to nie­mi­ło­sier­nie, jed­nak to całe poka­zy­wa­nie ich więzi jest tak bar­dzo gru­bymi nićmi szyte, że z góry wia­domo, że dziew­czynę zaraz spo­tka jakieś licho, które sprawi, że Rambo wkurwi się nie na żarty i zrobi komuś kuku.

I fak­tycz­nie tak się dzieje. Po kry­zy­so­wej godzi­nie, Gabrielle wbrew zaka­zowi Johna, wyjeż­dża do Mek­syku, aby odna­leźć swo­jego bio­lo­gicz­nego ojca i zapy­tać, dla­czego ją porzu­cił? Nie­stety pech spra­wia, że wpada w ręce kar­telu, który zmu­sza ją do pro­sty­tu­cji. John oczy­wi­ście rusza jej na ratu­nek (“Upro­wa­dzona” welcome to), jed­nak  na miej­scu docho­dzi do wnio­sku, że kar­tel na wła­snym podwórku jest zbyt dobrze zor­ga­ni­zo­wany i lepiej fina­łową walkę sto­czyć u sie­bie na ran­czu, gdzie na mek­sy­kań­ców będą cze­kały mor­der­cze pułapki -> “Kevin sam w domu”.

Iść czy nie iść?

Naj­now­szy “Rambo” należy do sortu fil­mów, które zbie­rają bęcki w rec­kach od kry­ty­ków, ale rów­no­cze­śnie są prop­so­wane przez fanów. Dla­czego? Ano dla­tego, że Ci pierwsi wyma­gają, aby plot  fabu­larny miał ręce i nogi oraz jakie­goś głęb­szego prze­sła­nia. Z kolei fani ocze­kują krwi i prze­mocy w sta­rym dobrym stylu, a na resztę mają wywa­lone. I dokład­nie tak jest z “Rambo 5″. Histo­ria jest miałka i nacią­gana jak cię­ciwa w łuku Lego­lasa, ale who cares, skoro ostat­nie pół godziny to epicki pokaz bru­tal­no­ści i bez­sen­sow­nej prze­mocy, w któ­rym flaki latają na wszyst­kie strony. Oso­bi­ście odczu­wam nie­do­bór tego typu fil­mów, więc fina­łowa sekwen­cja z “Rambo” była dla mnie jak deszcz po wie­lo­mie­sięcz­nej suszy. True Story. Liam Neeson gdzieś prze­padł, Bruce Wil­lis skoń­czył się już dawno temu, co spra­wia, że tym momen­cie jeste­śmy zdani tylko na “Johna Wicka” oraz filmy z The Roc­kiem i Sta­tha­mem. Jak dla mnie to o wiele za mało, więc  tym bar­dziej sza­nuję nowego “Rambo”. Za pierw­szą godzinę daje 4/10, za ostat­nie dwa kwa­dransy 8/10, co łącz­nie daję 6/10. Ame­ry­ka­nie o takich fil­mach mówią funny crap, czyli wiesz, że to będzie paź­dzierz wypeł­niony głu­pot­kami, ale od czasu do czasu potrze­bu­jesz cze­goś takiego dla relaksu. I dla­tego śmiem twier­dzić, że w tanią środę, kiedy bilety są za 15 zło­ci­szy, śmiało można iść.

A to widziałeś?