popKULTURA

Pomiędzy hajpem a arcydziełem, czyli o Jokerze słów kilka

11/10/2019

Dziwne uczu­cie, bo od pre­miery “Jokera” minął zale­d­wie tydzień, tym­cza­sem mam wra­że­nie, że jestem mini­mum mie­siąc spóź­niony z jego recką. Ot wszystko zostało już powie­dziane, wszy­scy mają wyro­bione zda­nie i w sumie nie ma sensu drą­żyć tematu. A jed­nak zaryzykuję.

Uwaga: Mogą tra­fić się spo­ilery. Jeśli nie widziałeś/aś filmu, nie czy­taj dalej!

Ponoć ame­ry­kań­scy naukowcy dowie­dli, że wycho­dząc z kon­certu, zazwy­czaj ma się prze­świad­cze­nie, że był to naj­bar­dziej ury­wa­jący dupę kon­cert ever!!  Oso­bi­ście mogę się z tym zgo­dzić… pod warun­kiem, że na sce­nie sza­lała Beata Kozi­drak z Baj­mem 😉 A tak serio serio, dokład­nie takie odczu­cie mia­łem po obej­rze­niu “Jokera”. Film roz­pier­do­lił mnie na atomy i świeżo po sean­sie, gotów byłem zarzu­cić fejs­buka fra­ze­sami w stylu: “Pie­przone arcy­dzieło”, “Rewe­la­cja”, “11/10″, ” Joaquin Phe­nix zaorał”. Posta­no­wi­łem dać sobie dobę na zlu­zo­wa­nie gumki w majt­kach i prze­ana­li­zo­wa­nie tematu na chłodno. Doba minęła i aktu­al­nie moja opi­nia jest nastę­pu­jąca -> Kawał zaje­biasz­czego kina, ale z tym arcy­dzie­łem to bym jed­nak nie ruma­ko­wał.  Jak się dobrze przyj­rzeć, to do kilku rze­czy można się przyczepić.

Zacznijmy jed­nak od tego, co mi się podo­bało. Po pierw­sze Joaquin Phe­nix. OMG cóż to był za per­for­mance! Mistrzo­stwo świata. Gość nie dość, że prze­szedł fizyczną meta­mor­fozę a’la Chri­stian Bale w “Mecha­niku”, to men­tal­nie wsko­czył na takie poziomy obłędu, że już sam nie wiem, czy on jesz­cze grał, czy naprawdę popadł w sza­leń­stwo. Uwie­rzy­łem mu we wszystko.  Ten śmiech, ten taniec, ciary! Nie potra­fię sobie wyobra­zić, żeby do gali osca­ro­wej poja­wił się jakiś film, w któ­rym główny aktor poleci gru­biej. No fuc­king way. W zeszłym roku Rami Malek dostał sta­tu­etkę za ode­gra­nie Fredka Mer­cu­rego, co wyma­gało od niego wło­że­nia sobie do buzi sztucz­nej szczęki i naśla­do­wa­nia ruchów Fred­diego. Jakby nie patrzeć, to samo robią uczest­nicy pro­gramu “Twoja Twarz Brzmi Zna­jomo” i to co tydzień, więc  poziom trud­no­ści raczej umiar­ko­wany. Za to Joaquin pełen sza­cu­ne­czek. Na oko miał miliard razy trud­niej­sze zada­nie i wyszedł z niego z tar­czą, więc nie ma takiej opcji, żeby mu nie dali (no chyba, że go uwalą za to, że jest biały 😉 ). Jak dla mnie Joaquin wybu­do­wał sobie tą rolą pomnik. I teraz ktoś powie: “Plażo pro­szę, od dawna wia­domo, że Phe­nix wiel­kim akto­rem jest, poza tym w CV ma nawet lep­sze role”. No i ok, tyle że do tej pory gry­wał w śred­nio kaso­wych fil­mach i mimo iż był sza­no­wany, to mało kto wymie­niał go jako swo­jego ulu­bio­nego aktora, tym­cza­sem teraz poło­żył na łopatki publikę block­bu­ste­rową, co z urzędu daje mu nie­śmier­tel­ność i to nie tylko w oczach Toma­sza Raczka, ale też widowni Patryka Vegi oraz Szyb­kich i Wście­kłych. Szach mat.

Kolejny plu­sik, to iko­niczne momenty. Ogól­nie cały seans był dozna­niem z gatunku hip­no­ty­zu­ją­cych, ale co nie­które sceny powo­do­wały, że zwi­ja­łem usta w tutkę i robi­łem nieme WOW. Mam tu na myśli m.in. sekwen­cję w metrze, czyli pierw­szy mord aż do momentu tańca w kiblu. Scena z wypa­da­jącą bro­nią w szpi­talu. Roz­mowa z babeczką z opieki spo­łecz­nej ->  “Nie słu­chasz mnie”. Drugi mord. Taniec na scho­dach. Scena w klu­bie, kiedy Arthur śmiał się w innych momen­tach niż reszta publiki. Scena z Rober­tem De Niro. Scena w któ­rej wycho­dzi z metra i jara szluga, a w drugą stronę bie­gną gli­nia­rze. Ostat­nia sekwen­cja, czyli prze­jazd radio­wo­zem, malo­wa­nie uśmie­chu, aż po roz­mowę z babeczką z psy­chia­tryka -> “Nie zro­zu­mia­ła­byś”. Tam się po pro­stu wszystko zga­dzało — od sce­no­gra­fii, kli­matu i aktor­stwa, aż po muzykę i zdję­cia. Poezja.

Cudna była rów­nież zagrywka ze zro­bie­niem rysy na wize­runku rodziny Way­nów. Do tej pory zawsze byli nie­po­ka­lani aż do porzygu, aż tu nagle prze­ła­ma­nie i poka­za­nie, że taki Tho­mas Wayne wcale nie pi#&*li się w tańcu. Zresztą ten wątek skoń­czył się piękną klamrą, która jest zgodna z komik­sową genezą Bat­mana. Wie­dzie­li­śmy, że rodzice Bruce’a zostali zamor­do­wani w zaułku, ale dopiero teraz dosta­li­śmy wia­ry­godny motyw. Wspa­niałe to było zagra­nie, nigdy go nie zapomnę.

Ostat­nia rzecz, o któ­rej chcia­łem wspo­mnieć, to osa­dze­nie histo­rii w wia­ry­god­nych  realiach. Co chcę przez to powie­dzieć? Ano to, że Joker nie jest tutaj vil­lia­nem, pla­nu­ją­cym znie­wo­lić świat, tylko gościem, który chciał dobrze, ale dostał o jed­nego kopa od losu za dużo i puściły mu hamulce. W “Aven­ger­sach” oprawcy przy­by­wają z kosmosu i strze­lają z lase­rów, więc z zasady oglą­dasz taki film ze świa­do­mo­ścią kon­wen­cji, a tu zagro­że­nie jest realne, wszak nigdy nie wia­domo, czy w dro­dze do roboty, podob­nie nie odwali któ­re­muś ze współ­pa­sa­że­rów w ZTMie.

Nie­któ­rzy twier­dzą, że ten film jest krzyw­dzący dla osób cho­rych, bo ich styg­ma­ty­zuje i posyła w świat prze­sła­nie, że cho­rzy są nie­bez­pieczni i lepiej trzy­mać się od nich z daleka. Serio? Ja twier­dzę, że nie­roz­waż­nie jest zakła­dać, że wszy­scy dookoła są spoko i chcą zbi­jać piony. Wystar­czy odpa­lić sobie dowolny  por­tal inter­ne­towy, a zaraz trafi się na nagłó­wek w stylu: “Zjadł zupę, po czym zadźgał żonę i dziecko” albo “Ni stąd ni zowąd wycią­gnął guna i zaczął strze­lać do prze­chod­niów, jak do kaczek”, po czym wcho­dzi wywiad z pod­sta­rzałą sąsiadką takiego deli­kwenta i ta leci tak: “Wszy­scy na osie­dlu jeste­śmy w szoku. Taki miły się wyda­wał, zawsze dzień dobry mówił”.  Każ­dego z nas dzieli jeden zły dzień od zosta­nia Joke­rem.  Zresztą podobny motyw widzie­li­śmy juz w “Upadku”, kiedy Michael Douglas traci zmy­sły, bo typek z fast foodu nie chce mu zaser­wo­wać oferty śnia­da­nio­wej. Ja to kupuję.

To może teraz wady. Pierw­sze “ale” doty­czy reży­sera, który ewi­dent­nie uznał, że publika nie pora­dzi sobie z kle­je­niem fak­tów, więc na wszelki wypa­dek zazna­czał kolo­ro­wymi fla­ma­strami sceny, które są tylko halu­nami Arthura. No szkoda, bo można było bar­dziej krę­cić widzem. Dru­gie “ale” to rewo­lu­cja spo­łeczna, która odbywa się w tle. Sorka, ale nie kupuję tego, że potrójne zabój­stwo w metrze staje się punk­tem zapal­nym dla miesz­kań­ców Gotham, a mor­derca sym­bo­lem walki z wła­dzą. Strasz­nie to nacią­gane, ale przy­znaję, że gdyby nie ta rewo­lu­cja, to ostat­nia sekwen­cja nie wybrzmia­łaby tak epicko.

Trze­cia rzecz, która w sumie naj­bar­dziej mnie zabo­lała, to ordy­narne “poży­cze­nie” sobie pomy­słów z fil­mów Scor­sese. I tu jest tak, że przed pój­ściem do kina sły­sza­łem opi­nię, że Joker to mix “Tak­sów­ka­rza” i “Króla Kome­dii”. “Tak­sów­ka­rza” zna­łem i pomy­śla­łem sobie: “Oj tam, oj tam, mało jest fil­mów o nie­przy­sto­so­wa­nych spo­łecz­nie kole­siach? No bez prze­sady”. Jed­nak po powro­cie odpa­li­łem “Króla Kome­dii”, bo aku­rat jest dostępny na Ama­zon Prime i tu mi lekko koparka odpa­dła, bo inspi­ra­cje są ewi­dentne. Wiem, że nie była to żadna tajem­nica i rola De Niro jest w pełni świa­do­mym prze­dłu­że­niem kre­acji z “Króla Kome­dii”, acz­kol­wiek po tym odkry­ciu “Joker” stra­cił w moich oczach. Tak jak po wyj­ściu z kina mia­łem opi­nię, że nie­źle to wykom­bi­no­wali, tak teraz myślę: “Spo­czko, szkoda tylko, że to już było”.

Mimo wszystko chcę mieć “Jokera” w swo­jej blu­rey­owej kolek­cji i jesz­cze raz zachwy­cić się rolą Joaqu­ina, nie­któ­rymi sce­nami oraz wyła­pać smaczki, które mi ucie­kły za pierw­szym razem. 8/10 i ser­duszko na Filmwebie.

P.S. Obej­rzyj­cie “Króla Kome­dii”. Rewelka

P.S.S. Nadal naj­bar­dziej kocham Jokera w inter­pre­ta­cji Heatha Led­gera, ale Joaquin jest tak bli­sko, że trzeba było spraw­dzać wyniki na fotokomórce.

A to widziałeś?