“Polowanie na prezydenta”. Paździerz, który przejdzie do klasyki." />
popKULTURA

Polowanie na prezydenta”. Paździerz, który przejdzie do klasyki.

05/07/2015

W fil­mach podob­nie jak w kolo­rach, roz­róż­nia się trzy pod­sta­wo­we rodza­je: faj­ne, pedal­skie i chu­jo­we. Jed­nak jeśli wgryźć się głę­biej w temat, oka­zu­je się, że w ramach “chu­jo­we” wystę­pu­je dodat­ko­wa kate­go­ria, fil­my tak złe, że aż dobre. Zazwy­czaj twór­cy idą w nich total­nie po ban­dzie, ser­wu­jąc sce­na­riu­sze bar­dziej podziu­ra­wio­ne niż skar­pe­ty prze­cięt­ne­go Andrze­ja. Nie­do­rzecz­ność goni nie­do­rzecz­ność. Do tego docho­dzą kiczo­wa­te efek­ty spe­cjal­ne, drew­nia­ne aktor­stwo i dia­lo­gi tak mdłe, że nawet Pau­lo Coel­ho wsty­dził­by się pod nimi pod­pi­sać. Cza­sa­mi jed­nak, kie­dy te wszyst­kie “potwor­ki” się zsu­mu­ją, z nie­wia­do­mych przy­czyn, powsta­je coś hip­no­tycz­nie fascy­nu­ją­ce­go. Coś, co ostro wykrę­ca zwo­je mózgo­we i spra­wia, że szcze­na i cyce w jed­nej chwi­li lądu­ją na pod­ło­dze, ale rów­no­cze­śnie przy­no­si “kupę” rado­chy i rodzi cie­ka­wość, czy w tym sza­leń­stwie da się odpły­nąć jesz­cze bar­dziej? Czło­wiek po pro­stu nie jest w sta­nie ode­rwać wzro­ku. Ame­ry­ka­nie takie zja­wi­sko okre­śla­ją mia­nem “une­xpec­ted hila­rio­us”, czy­li “nie­ocze­ki­wa­nie zaje­bi­ste”. Przy­kła­da­mi takich fil­mów są m.in:

Kobie­ta Kot

Pira­nia 3DD

Stre­et Figh­ter

Bitwa o Zie­mię

czy cho­ciaż­by moje ulu­bio­ne “Węże w samo­lo­cie”, gdzie Samu­el L. Jack­son prze­szedł same­go sie­bie i stwo­rzył rów­nie kul­to­wą kre­ację, co w “Pulp Fic­tion” tyle, że na prze­ciw­le­głym bie­gu­nie. Cytat “o mader­fa­ker­skich wężach w mader­fa­ker­skim samo­lo­cie” obrósł już legen­dą.

Obec­nie w kinach moż­na uświad­czyć film, któ­ry zde­cy­do­wa­nie zali­cza się do kate­go­rii “tak złe, że aż dobre”. Mowa o “Polo­wa­niu na pre­zy­den­ta” (orgi­nal­ny tytuł “Big Game”). Podob­nie jak w przy­pad­ku “Sna­kes on the Pla­ne”, głów­ną rolę gra tu Samu­el L. Jack­son, któ­ry albo nie potra­fi wycią­gać wnio­sków ze swo­ich wcze­śniej­szych pomy­łek, albo wisi kasę fiń­skiej mafii. Tak czy siak, kie­dy w jakimś fil­mie Samu­el wsia­da do samo­lo­tu, na ekra­nie zawsze dzie­je się coś nie­po­ko­ją­ce­go. Możesz być pewien, że wykrę­ci Ci mózg.

Polo­wa­nie na pre­zy­den­ta” to mię­dzy­na­ro­do­wa kopro­duk­cja i przy oka­zji naj­droż­szy film w histo­rii fiń­skiej kine­ma­to­gra­fii. Kosz­to­wał łącz­nie 8,5 milio­na euro, czy­li mniej niż nasz “Karol. Czło­wiek, któ­ry został papie­żem”, a mimo to star­czy­ło na zatrud­nie­nie kil­ku roz­po­zna­wal­nych twa­rzy z Hol­ly­wo­od i skrę­ce­nie cał­kiem rześ­kie­go tra­ile­ra, któ­ry total­nie nie zapo­wia­da z jakim paź­dzie­rzem przyj­dzie nam się zmie­rzyć. No dobra, cał­kiem moc­no sygna­li­zu­je, że będzie to coś “nie­ty­po­we­go”, ale mimo wszyst­ko nie wyglą­da tak naj­go­rzej.

Naj­więk­szą pułap­ką w “Big Game” jest wła­śnie zajaw­ka, obie­cu­ją­ca “przy­zwo­ite” kino akcji, co naj­mniej kla­sy B. Wybu­chy, bój­ki, strze­la­ni­ny, takie tema­ty. W rze­czy­wi­sto­ści to kino fami­lij­ne, taki “Die Hard” dla gim­bu­sów, albo i jesz­cze młod­szych. Głów­nym boha­te­rem jest tu 13-let­ni Oska­ri, poto­mek rodu wiel­kich myśli­wych. Pozna­je­my go w dniu, kie­dy ma przejść tra­dy­cyj­ny rytu­ał prze­mia­ny chłop­ca w męż­czy­znę. Kon­kret­nie musi uwod­nić swo­ją odwa­gę spę­dza­jąc samot­nie noc w lesie i pró­bu­jąc ustrze­lić z łuku dzi­ką zwie­rzy­nę, tak jak przed laty uczy­ni­li to jego ojciec i dzia­dek. Pro­blem w tym, że mło­dy, w odróż­nie­niu od swo­ich przod­ków, jest strasz­ną cipą. Boi się ciem­no­ści i nie potra­fi nawet nacią­gnąć łuku. Jak­by tego było mało, pod­czas swo­jej wędrów­ki przez leśno-gór­skie ostę­py natra­fia na kap­su­łę ratun­ko­wą rodem z NASA, w któ­rej… uwa­ga uwa­ga… znaj­du­je pre­zy­den­ta USA. Otóż chwi­lę wcze­śniej nad tery­to­rium Fin­la­dii ter­ro­ry­ści zestrze­li­li Air For­ce One z ame­ry­kań­skim wodzem na pokła­dzie. Co praw­da pre­zy­dent w ostat­nim momen­cie zdą­żył się kata­pul­to­wać, ale wciąż musi ucie­kać przed zama­chow­ca­mi dowo­dzo­ny­mi przez zdra­dziec­kie­go agen­ta Secret Servi­ce. Od tej chwi­li pre­zy­dent wraz z dzie­cia­kiem, wspól­ny­mi siła­mi będą sta­ra­li się prze­trwać do cza­su nadej­ścia pomo­cy. Zada­nie w cho­le­rę trud­ne, bo jak się póź­niej oka­zu­je, postać gra­na przez Samu­ela L. Jack­so­na jest jesz­cze więk­szą piz­dą niż Oska­ri. Resz­ty fabu­ły nie będę opo­wia­dał, bo spo­ile­ry.

Może i z opi­su nie wyglą­da to naj­go­rzej, ale wierz­cie mi, takie­go gów­na daw­no nie widzie­li­ście. Wszyst­ko w tym fil­mie jest złe i woła o pomstę do nie­ba. Sce­na­riusz bro­czy w kału­ży wła­snej ury­ny. Intry­ga jest z dupy, boha­te­ro­wie z dupy, ter­ro­ry­ści z dupy i efek­ty też z dupy. Dia­lo­gi gor­sze niż w “Kla­nie”, a nie­któ­re uję­cia spra­wia­ją fizycz­ny ból i wywo­łu­ją krwa­wie­nie z oczo­do­łów. Całość jest źle napi­sa­na i jesz­cze gorzej zre­ali­zo­wa­na. Po pro­stu nic w tym fil­mie się nie uda­ło. Przy­naj­mniej nie w spo­sób, jaki zapew­ne życzy­li­by sobie tego twór­cy. Za to mamy tu do czy­nie­nia z kla­sycz­nym przy­pad­kiem “une­xpec­ted hila­rio­us”, kie­dy po zsu­mo­wa­niu całe­go zła wycho­dzi coś zaje­bi­ste­go. Tak jak dwa minu­sy dają plus, tak tutaj suma chuj­ni prze­cho­dzi w epic­kość. Nie chce psuć zaba­wy i zdra­dzać wszyst­kich smacz­ków, ale powiem, że uświad­czy­cie m.in. pierw­sze­go w histo­rii kine­ma­to­gra­fii lotu w zamra­żar­ce, ter­ro­ry­stów wyglą­da­ją­cych jak arab­ska wer­sja SS, czy choć­by sce­nę, w któ­rej samo­lot łamie brzo­zy jak zapał­ki, co pod­wa­ża teo­rię kata­stro­fy smo­leń­skiej. Mimo, że jest to kolej­ny film udo­wad­nia­ją­cy, że USA jest rzą­dzo­ne przez ban­dę kre­ty­nów, nie zabra­kło poucza­ją­cych momen­tów, np. kie­dy pre­zy­dent, pomi­mo pości­gu przez nie­bez­piecz­nych ter­ro­ry­stów w nie­zbyt przy­ja­znym oto­cze­niu, znaj­du­je czas na urzą­dze­nie ogni­ska i udzie­le­nie Oska­rie­mu lek­cji o odwa­dze i pew­no­ści sie­bie. Robi to za pomo­cą aneg­dot­ki o tym, jak musiał wygło­sić prze­mó­wie­nie przed kil­ku­ty­sięcz­ną widow­nią z pla­mą moczu na spodniach. Cool sto­ry, bro.

Zazwy­czaj w moich “rec­kach” sta­wiam pyta­nie “iść do kina, czy nie iść?”. W przy­pad­ku “Polo­wa­nia na pre­zy­den­ta” odpo­wiedź brzmi “pod żad­nym pozo­rem nie iść”, ale zde­cy­do­wa­nie wart jest obej­rze­nia w domo­wym zaci­szu (naj­le­piej po spo­ży­ciu cze­goś moc­niej­sze­go). Oka­zji do tego nie powin­no zabrak­nąć. Spo­dzie­wam się, że film na sta­łe zago­ści w ramów­ce TV Puls, a lada moment zapew­ne wylą­du­je w koszu z tanim DVD. Raczej będzie leżał na samym dnie, więc przy­da wam się ktoś do trzy­ma­nia nóg pod­czas nur­ko­wa­nia.
Polo­wa­nie na pre­zy­den­ta” mimo miaż­dżą­cych opi­nii kry­ty­ków i total­nej kla­py finan­so­wej (4,5 mln $ przy­cho­du w Euro­pie i 22 tys. $ w USA) fun­du­je napraw­dę dobrą zaba­wę. Trze­ba tyl­ko prze­cze­kać do momen­tu, kie­dy minie pierw­szy szok. Dalej to już roz­ryw­ka w naj­czyst­szej posta­ci. 1,5 godzi­ny mija jak pstryk­nię­cie pal­ca­mi. Poza tym po pro­jek­cji może­cie wbić do jakiejś hisp­ste­row­ni i z miej­sca zyskać +50 do respek­tu mówiąc, że ostat­nio liznę­li­ście tro­chę kina skan­dy­naw­skie­go. Pole­cam 210.

A to widziałeś?