popKULTURA

Last Month- Wrzesień 2021

05/10/2021

Z począt­kiem nowe­go roku szkol­ne­go, nasta­ła nowa tra­dy­cja na Pigo­ucie. Raz w mie­sią­cu poja­wi się na blo­gu pod­su­mo­wa­nie minio­nych 30 dni z listą wszyst­kich ksią­żek, fil­mów, seria­li, pro­gra­mów, któ­re Wam reko­men­do­wa­łem. Mate­riał ze sto­ries szyb­ko zni­ka, a przez posty na Face­bo­oku cięż­ko się prze­ko­pać, dla­te­go w ten spo­sób będzie­cie mieć wszyst­ko w jed­nym miej­scu. Jaki ja jestem dla Was dobry, ech 😉 Leci­my z wrze­śniem:

Książ­ki:

Gar­rett M. Graff “Jedy­ny samo­lot na nie­bie. Histo­ria mówio­na zama­chów z 11 wrze­śnia”

Ame­ry­kań­ski dzien­ni­karz, Gar­rett M. Graff prze­py­tał 500 osób z ich wspo­mnień z wyda­rzeń z 11 wrze­śnia 2001. Wśród nich byli poli­cjan­ci, stra­ża­cy, kon­tro­le­rzy ruchu, agen­ci FBI, ratow­ni­cy, woj­sko­wi, ale też naocz­ni świad­ko­wie, szczę­śli­we oca­la­li oraz rodzi­ny ofiar. Jak tyl­ko się dowie­dzia­łem o tym wydaw­nic­twie, od razu poszedł mail: „Hej SQN dej mi tę książ­kę, mam horom cur­ke”. Ale! Ale mimo nakrę­ce­nia, mia­łem lek­kie oba­wy, czy mój zapał się szyb­ko nie wyko­lei. Pomy­śla­łem sobie -> ”No dobra prze­czy­tam 5 do 10 wspo­mi­nek róż­nych osób i się znu­żę, bo ile moż­na? Wszak histo­rię już znam, oglą­da­łem róż­ne doku­men­ty, fil­my, etc, więc na moje oko poten­cjał na pod­trzy­ma­nie moje­go zain­te­re­so­wa­nia wyno­si max pół godzi­ny”.

Błąd! Książ­ka oka­za­ła się mocar­na. Po pierw­sze dla­te­go, że autor bar­dzo spryt­nie to sobie wymy­ślił. Wbrew moim prze­wi­dy­wa­niom oka­za­ło się, że to wca­le nie jest 500 wywia­dów rze­ka, w któ­rych roz­mów­cy dzie­lą się każ­dym deta­lem z 11 wrze­śnia. Nope, Gar­ret M. sto­su­je tu cyta­ty. Nie­któ­re są jed­noz­da­nio­we w sty­lu -> „To był naj­pięk­niej­szy dzień roku, od lat nie widzia­łem tak przej­rzy­ste­go nie­ba” (i tu pod­pis, że powie­dział to pilot jakieś linii lot­ni­czej), „Nastą­pił cha­os. Ludzie zaczę­li ucie­kać jak w fil­mach z Godzil­lą” (poli­cjant z Man­hat­ta­nu), po bar­dziej obszer­ne wstaw­ki:

11 wrze­śnia skon­tak­to­wa­łem się z Zie­mią. Zgło­sił się mój lekarz pro­wa­dzą­cy, Ste­ve Heart.

- Hej, Ste­ve – powie­dzia­łem – Jak leci?

- Wiesz co Frank – odparł – na Zie­mi mamy dość kiep­ski dzień.

Zaczął opo­wia­dać, co się dzia­ło w Nowym Jor­ku – o samo­lo­tach, któ­re wle­cia­ły w World Tra­de Cen­ter, i kolej­nym, któ­ry ude­rzył w Pen­ta­gon.

- Wła­śnie stra­ci­li­śmy następ­ny gdzieś nad Pen­syl­wa­nią – powie­dział. – Nie wie­my dokład­nie, gdzie ani co się dzie­je.

(…) Z odle­gło­ści jakichś 650 kilo­me­trów wyraź­nie widzia­łem już Nowy York. W całych Sta­nach Zjed­no­czo­nych pano­wa­ły ide­al­ne warun­ki atmos­fe­rycz­ne, widocz­ność psu­ła tyl­ko wiel­ka kolum­na czar­ne­go dymu uno­szą­ca się nad mia­stem i roz­cią­ga­ją­ca się nad Long Island i Atlan­ty­kiem. Kie­dy włą­czy­łem zoo­ma w kame­rze, ujrza­łem tak jak­by sza­ry kleks zasła­nia­ją­cy połu­dnio­wą część Man­hat­ta­nu. Na moich oczach zawa­li­ła się dru­ga wie­ża. Zało­ży­łem, że dzie­siąt­ki tysię­cy ludzi musia­ły zgi­nać albo odnieść obra­że­nia. Strasz­ne było patrzeć, jak ktoś ata­ku­je mój kraj.

(I dalej jest wspo­mnie­nie, że kie­dy robił następ­ne okrą­że­nie nad Nowym Jor­kiem, uzie­mio­no już wszyst­kie samo­lo­ty… poza jed­nym, któ­re­go bia­ła­wy ślad cią­gnął się od cen­tral­nych Sta­nów Zjed­no­czo­nych do Waszyng­to­nu. To był Air For­ce One) -> Koman­dor Frank Cul­bert­son, astro­nau­ta NASA, któ­ry tego dnia prze­by­wał w kosmo­sie.

Suma tych wszyst­kich wspo­mnień daje nie­sa­mo­wi­ty efekt. To tak jak­by usta­wić w całej Ame­ry­ce (i w kosmo­sie) mnó­stwo kame­rek 360 stop­ni i móc sobie w dowol­nym momen­cie zmie­niać per­spek­ty­wę. Z pierw­szej ręki dowia­du­je­my się, co się dzia­ło w Nowym Jor­ku przed zama­cha­mi, jakie reak­cje były w trak­cie, kie­dy ludzie jesz­cze nie wie­dzie­li co się dzie­je i myśle­li sobie – „Ojej World Tra­de Cen­ter się pali. No smu­te­czek, ale mam waż­niej­sze spra­wy na gło­wie”, pozna­je­my histo­rię ludzi, któ­rzy tego dnia przy­by­li biz­ne­so­wo do NY i miał być to naj­waż­niej­szy dzień w ich karie­rach oraz histo­rię ludzi, któ­rzy powin­ni być w WTC, ale z róż­nych powo­dów nie dotar­li. Histo­rie ludzi, któ­rzy stra­ci­li bli­skich oraz ste­no­gra­my z ostat­nich tele­fo­nów, jakie wyko­na­li pasa­że­ro­wie lotu 93, kie­dy już wie­dzie­li, że dzwo­nią, aby się poże­gnać.

Jeste­śmy świad­ka­mi szo­ku, stra­chu, pani­ki, a następ­nie spon­ta­nicz­ne­go hero­izmu i soli­dar­no­ści. I koniec jest taki, że czło­wiek zno­wu lądu­je na kil­ka godzin na jutu­bie i podą­ża tro­pa­mi wska­za­ny­mi w książ­ce, o któ­rych ist­nie­niu wcze­śniej nie miał poję­cia. Oso­bi­ście naj­bar­dziej tra­fi­ła mnie histo­ria pra­cow­ni­ków ban­ku z dru­giej wie­ży, któ­rzy zosta­li ewa­ku­owa­ni, gdy pierw­sza się pali­ła, ale dosta­li zapew­nie­nie, że sytu­acja jest już pod kon­tro­lą i na luzie mogą wra­cać do robo­ty -> Dru­gi samo­lot wbił się w pię­tra, gdzie mie­li biu­ra.

Cóż mogę napi­sać ponad -> zde­cy­do­wa­nie war­to wziąć tę pozy­cję na warsz­tat i to nie w ebo­oku, ani w audio­bo­oku, tyl­ko wła­śnie w papie­rze, bo w środ­ku są jesz­cze pla­ny WTC oraz foty z róż­nych momen­tów 11 wrze­śnia 2001. Sza­cun dla Wydaw­nic­two SQN, bo to już kolej­ny mocar­ny repor­taż od nich.

 

Euny Hong “Cool po Kore­ań­sku”

Bar­dzo dobry repor­taż O Korei Połu­dnio­wej, któ­ra jesz­cze nie­daw­no #niko­go, a teraz poten­tat tech­no­lo­gicz­ny i glo­bal­ny szał na K‑Pop. Z lek­tu­ry dowie­cie się, że tu nie ma przy­pad­ku, nope, to wszyst­ko było pla­no­wa­ne. I przy oka­zji mam taką dygre­sję, że zesta­wie­nie ze sobą Korei Pół­noc­nej i Połu­dnio­wej, to naj­lep­szy dowód, że trze­ba inte­re­so­wać się poli­ty­ką. Gołym okiem widać, gdzie kto jest.

Liam Brown “Skó­ra”

Pod­czas zeszło­rocz­nych lock­dow­nów hehesz­ko­wa­li­śmy, że set­ki auto­rów zapew­ne pisze teraz książ­ki, któ­rych fabu­ła będzie krę­ci­ła się wokół świa­to­wej pan­de­mii -> i tu cała na bia­ło wjeż­dża “Skó­ra”, snu­ją­ca wizję świa­ta zaata­ko­wa­ne­go przez wiru­sa, któ­ry prze­no­si się przez kon­takt z inny­mi ludź­mi (dro­bin­ki skó­ry). Efekt? Ludzie żyją w cał­ko­wi­tej izo­la­cji i są na mak­sa inwi­gi­lo­wa­ni. Baaa nawet rodzi­na miesz­ka­ją­ca pod jed­nym dachem musi żyć w her­me­tycz­nie odse­pa­ro­wa­nych od sie­bie pomiesz­cze­niach i wspól­ne posił­ki jedzą… na skaj­pie. Jestem dopie­ro w poło­wie, więc za wcze­śnie na koń­co­we noty, ale na ten moment histo­ria żre. Okład­ka nie kła­mie -> Mix Black Mir­ror z Orwel­lem.

Thug Kit­chen. Goto­wa­nie bez zbęd­ne­go pie­prze­nia” 

Ogól­nie mam taki plan, że chciał­bym w domu przejść na wege, a mię­cho jeść tyl­ko w week­en­dy na mie­ście, ale za to takie pri­ma sort. Póki co śred­nio mi idzie, ale w ramach riser­czu i nasta­wia­nia się psy­chicz­ne­go, wzią­łem na warsz­tat “Thug Kit­chen”. Jest to książ­ka ze stre­et­fo­odo­wy­mi prze­pi­sa­mi, tyle że w wer­sji wege. Poza tym napi­sa­na jest swo­bod­nym języ­kiem (nawet bar­dzo), więc nie ma tu hip­ster­stwa, a kon­kre­ty. No i przez rok była na liście best­sel­le­rów NY Time­sa i Amzo­na, więc chy­ba jest spo­ko

Amy Alkon “Dobre manie­ry dla miłych ludzi, któ­rzy cza­sem mówią k***a”

Książ­ka dzie­li publi­kę i nawet wczo­raj byłem świad­kiem dys­ku­sji na IG, gdzie jed­na oso­ba twier­dzi­ła, że sła­ba, a dru­ga, że spo­ko -> otóż wbrew pozo­rom nie jest to książ­ka o “Sawu­łar Wiw­rze”. Nope, tytuł to pod­pu­cha, a tak napraw­dę jest to zbiór felie­to­nów, w któ­rym autor­ka sta­ra się w iro­nicz­ny spo­sób poka­zać absur­dy życia według kon­we­nan­sów. W rze­czy­wi­sto­ści książ­ka ma prze­sła­nie, że nie trze­ba być ide­ałem, aby być dobrym i kul­tu­ral­nym czło­wie­kiem oraz że war­to poluź­nić gum­kę w majt­kach, bo życie jest za krót­kie, żeby się biczo­wać byle pier­do­łą. Ponad­to dora­dza, jak być uprzej­mym, ale rów­no­cze­śnie aser­tyw­nym i nie dać sobie wejść na gło­wę -> jak kul­tu­ral­nie kazać się odsto­sun­ko­wać cio­ci, któ­ra pod­czas wigi­lii wyjeż­dża z pyta­niem “To kie­dy ślub/bombelek/etc” i jak w miłej atmos­fe­rze kazać się gonić zna­jo­mym, któ­rzy cią­gle cze­goś chcą, a jak dosta­ją odmo­wę, to zapo­da­ją szan­taż emo­cjo­nal­ny. Kwe­stia poczu­cia feelin­gu z autor­ką, któ­ra jest dość pew­na sie­bie i cza­sa­mi wpa­da w tryb roz­ka­zu­ją­cy. Jed­nym to leży, innym nie.

Gra­ham Moore “Nie­win­ny”

Nazwi­sko auto­ra może­cie koja­rzyć, bo tak się skła­da, że typo w 2015 roku dostał Osca­ra za sce­na­riusz do fil­mu “Gra tajem­nic” z Bene­dyk­tem “Dok­to­rem Stran­gem” Cum­ber­coś­tam­coś­tam.

I aka­cja jest tego typu, że wokół książ­ki zro­bił się spo­ry hajp, więc posta­no­wi­łem przy­spie­szyć jej czy­ta­nie, aby spraw­dzić, czy zasłu­żo­ny. Plot leci mniej wię­cej tak:

Czar­no­skó­ry nauczy­ciel Bob­by Nock, zosta­je oskar­żo­ny o zamor­do­wa­nie swo­jej 15-let­niej uczen­ni­cy, któ­ra cał­kiem przy­pad­ko­wo jest cór­ką naj­grub­szej ryby Los Ange­les (mul­ti­mi­lio­ne­ra). Co praw­da nigdy nie zna­le­zio­no cia­ła, ale cały zebra­ny mate­riał dowo­do­wy ewi­dent­nie wska­zu­je, że tak wła­śnie było. O jego winie ma zde­cy­do­wać ława przy­się­głych zło­żo­na z dwa­na­ścior­ga na pierw­szy rzut oka prze­cięt­nych oby­wa­te­li, jed­nak im głę­biej wcho­dzi­my w lek­tu­rę, tym bar­dziej odkry­wa­my, że każ­dy z nich ukry­wa spo­ro bru­du pod paznok­cia­mi (prze­no­śnia taka -> każ­dy ma coś na sumie­niu).

W każ­dym razie, kie­dy nastę­pu­je moment pod­ję­cia decy­zji, oka­zu­je się, że ław­ni­cy nie są jed­no­myśl­ni. Nope, po pierw­szym gło­so­wa­niu wyni­ki roz­kła­da­ją się 11–1. Nastę­pu­je kil­ku­dnio­wy mara­ton prze­rzu­ca­nia się argu­men­ta­mi, któ­ry w koń­cu przy­no­si wspól­ne sta­no­wi­sko, acz­kol­wiek kie­dy ław­ni­cy zosta­ją zwol­nie­ni do domów, odkry­wa­ją, że resz­ta Ame­ry­ki mia­ła w tema­cie wer­dyk­tu zupeł­nie inne zda­nie (a spra­wa tak medial­na jak u nas “Mat­ka małej Madzi”), przez co w oczach opi­nii publicz­nej ucho­dzą za dwa­na­ścio­ro dzba­nów i reper­ku­sje swo­jej decy­zji będą odczu­wac przez kolej­ne lata.

I tu prze­ska­ku­je­my do roku 2019, kie­dy ław­ni­cy ponow­nie się spo­ty­ka­ją, gdyż wła­śnie mija deka­da od roz­pra­wy i jakaś sta­cja tele­wi­zyj­na pla­nu­je nagrać pro­gram rocz­ni­co­wy, przy­po­mi­na­ją­cy tam­te wyda­rze­nia. Baaa jed­nen z ław­ni­ków ogła­sza, że od zakoń­cze­nia roz­pra­wy badał spra­wę Bob­by­’e­go Noc­ka na wła­sną rękę i dotrał do zupeł­nie nowych dowód, któ­re osta­tecz­nie roz­strzy­gną o winie lub nie­win­no­ści, ale poka­że je świa­tu dopie­ro w trak­cie pro­gra­mu. A póż­niej… (tajem­ni­ca)… ław­nicz­ka, któ­ra nie chcia­ła, aby pew­ne tajem­ni­ce ujrza­ły świa­tło dzien­ne. O jakie dowo­dy cho­dzi? Czy ma to zwią­zek ze spra­wą Booby­’e­go Noc­ka? I kto tak napraw­dę za tym wszyst­kim stoi?

Na pierw­szy rzut oka jebla idzie dostać od ilo­ści zaga­dek, ale zapew­niam was, że w rze­czy­wi­sto­ści jest to bar­dzo dobrze wywa­żo­ne. “Nie­win­ny” to książ­ka, któ­ra pry­wat­nie kla­sy­fi­ku­je, jako gatu­nek “very keczi”, czy­li jak dzi­siaj zaczniesz, to skoń­czysz jutro o 5 rano i do robo­ty pój­dziesz w try­bie zom­bie, bo czło­wiek nie zazna spo­ko­ju, dopó­ki nie pozna wszyst­kich odpo­wie­dzi.

Fabu­lar­nie widzę go jako mix Chył­ki, “12 gniew­nych ludzi” oraz Aga­thy Chri­stie.

Chył­ka, bo mamy postać wyszcze­ka­nej praw­nicz­ki, któ­ra potra­fi wycią­gnąć swo­ich klien­tów nawet z naj­więk­sze­go guana i zawsze ma jakie­goś asa w ręka­wie.

12 gniew­nych ludzi”, bo książ­ka w retro­spek­cjach z pro­ce­su Booby­’e­go Noc­ka poka­zu­je nam, jak funk­cjo­nu­je insty­tu­cja ławy przy­się­głych, któ­ra z nasze­go punk­tu widze­nia jest jakimś egzo­tycz­nym wyna­laz­kiem, a tak­że podob­nie jak w fil­mie, sta­wia nas w sytu­acji, kie­dy gło­sy roz­kła­da­ją się 11–1. Oczy­wi­ście “Nie­win­ny” jest powie­ścią popo­wą, więc nie będzie to ten sam cię­żar i dra­ma­tyzm, co w “12 gniew­nych”. Nope, próg wej­ścia jest znacz­nie niż­szy, ale smacz­ków nie bra­ku­je.

No i na koniec Aga­tha Chri­stie, bo w pew­nym momen­cie o doko­na­nie mor­der­stwa podej­rza­ni są wszy­scy w pomiesz­cze­niu i trze­ba kolej­no ich wyklu­czać.

Jest anga­żu­ją­co i dyna­micz­nie, a Gra­ham Moor co jakiś czas pod­rzu­ci nowy trop, któ­ry zmie­nia per­p­sek­ty­wę, więc efekt jest taki, że w trak­cie czy­ta­nia budu­je­my sobie kil­ka teo­rii, ale żad­na nie jest na tyle pew­na, żeby posta­wić na nią pie­nią­dze. Oczy­wi­ście jak w każ­dej książ­ce roz­ryw­ko­wo­wej, znaj­dzie­my tu tro­chę uprosz­czeń utrak­cyj­nia­ją­cych fabu­łę + kil­ka idio­tycz­nych decy­zji w wyko­na­niu boha­te­rów, od któ­rych czło­wiek ma ocho­te strze­lić face­pal­ma, ale koniec koń­ców to się bro­ni i wcią­ga jak cho­dze­nie po rucho­mych pia­skach. Ode mnie 7,5÷10 i opi­nia, że jest to ide­al­ny tytuł na roz­po­cze­cie sezo­nu “Jesie­nia­ra 2021”.

Robert Har­ris “V2

Jeśli lubi­li­ście “Sen­sa­cje XX wie­ku” i inne rze­czy od Bogu­sła­wa Woło­szań­skie­go, to książ­ka, któ­rą aktu­al­nie mam na warsz­ta­cie, bar­dzo wam sią­dzie. Skoń­czy­łem dziś po połu­dniu i sta­ram się opi­sać ją na chłod­no, ale fak­ty są takie, że trosz­kę (trosz­kę bar­dzo) się jaram, bo to jest total­nie mój typ lite­ra­tu­ry (wyżej cenię tyl­ko motyw podró­ży w cza­sie).

Mia­no­wi­cie jest to opo­wieść o pew­nych wyda­rze­niach z II woj­ny świa­to­wej, do któ­rych autor, Robert Har­ris, dopi­sał fik­cyj­ną otocz­kę, ale klu­czo­we fak­ty są tu zgod­ne z praw­dą.

A tak kon­kret­nie książ­ka doty­czy rakiet V2, któ­ry­mi Niem­cy w 1944 roku zaczę­li walić w Lon­dyn, jak­by Lon­dyn był uro­dzi­no­wą pinia­tą. Niem­cy już cią­gnę­li woj­nę ostat­kiem sił, wtem hitle­row­scy inży­nie­ro­wie stwo­rzy­li tech­no­lo­gie, któ­ra na tam­te cza­sy roz­wa­la­ła mózg -> rakie­ty V2, czy­li pierw­sze w histo­rii ludz­ko­ści poci­ski bali­stycz­ne, któ­re prze­kra­cza­ły linię Kár­mána (wyso­kość 100 kilo­me­trów), na chwi­lę wcho­dzi­ły w prze­strzeń kosmicz­ną, a póź­niej dzi­da w dół i jebs w Angli­ków. Od momen­tu odpa­le­nia, potrze­bo­wa­ła 5 minut, żeby zro­bić boom w juke­ju. I jak Niem­cy się roz­krę­ci­li z pro­duk­cją, to sła­li “takie pozdro­wie­nia Ango­lom” kil­ka razy dzien­nie.

Może ta broń nie robi­ła takich strat w ludziach jak kla­sycz­ne nalo­ty bom­bo­we, ale jak już tra­fia­ły w mia­sto, to pół dziel­ni zawa­lo­ne. Był to ogrom­ny ból tył­ka dla lon­dyń­czy­ków, bo stra­ty w budyn­kach szły w dzie­siąt­ki tysię­cy i z dnia na dzień powięk­sza­ło się gro­no bez­dom­nych. Poza tym ist­nia­ło ryz­ko, że któ­ryś pocisk może tra­fić par­la­ment i inne waż­ne stra­te­gicz­nie miej­sców­ki. Nie dziw­ne, więc że Angli­cy despe­rac­ko pró­bo­wa­li usta­lić skąd Niem­cy do nich strze­la­ją i znisz­czyć ich bazę. Kom­bi­no­wa­li z …, ale nazio­le nie byli w cie­mie bicie i…

Bar­dzo wcią­ga­ją­cy poje­dy­nek mili­tar­no-wywia­dow­czy, gdzie każ­da stro­na co rusz wycią­ga­ła asa z ręka­wa i zmie­nia­ła układ sił. Histo­ria weszła mi tym bar­dziej, że nie zna­łem tego frag­men­tu II woj­ny świa­to­wej, a risercz któ­ry zro­bi­łem po lek­tu­rze, wka­zu­je, że zga­dza­ją sie tu daty, loka­cje, opi­sy tech­nicz­ne i poszcze­gól­ne dzia­ła­nia tak­tycz­ne obu armii. Fik­cyj­ne są nie­któ­re posta­ci i ich back­gro­und życio­wy, czy­li patent z przy­wo­ła­ne­go wcze­śniej Woło­szań­skie­go (np. Tajem­ni­ca Twier­dzy Szy­frów). Wyszło rów­nie dobrze.

Nar­ra­cyj­nie histo­ria leci tak, że co jakiś czas zmie­nia­my per­pek­ty­wę i raz śle­dzi­my akcję ocza­mi nie­miec­kie­go naukow­ca, odpo­wie­dzial­ne­go za kon­struk­cję rakiet oraz oso­bi­ście nad­zo­ru­ją­ce­go każ­de wystrze­le­nie, a alianc­ką ana­li­tycz­ką, któ­ra swe­go cza­su nie­mal zgi­ne­ła od V2-ki, więc teraz pró­bu­je wyśle­dzić loka­cję nazio­li nie tyl­ko służ­bo­wo, ale rów­nież w ramach pry­wat­nej ven­det­ty.

Nie będę ukry­wał, że czy­ta­ło mi się tę książ­kę fan­ta­sycz­nie i nie potra­fi­łem się ode­rwać. Nato­miast, co mnie zasko­czy­ło, to doro­bek Rober­ta Har­ri­sa. Być może powi­nie­nem się wsty­dzić, ale koja­rzy­łem go tyl­ko z ksiaż­ką “Kon­kla­wę”, któ­rą kie­dyś wysłu­cha­łem w audio­bo­oku pod­czas kosze­nia tra­wy (faj­na, ale V2 zde­cy­do­wa­nie faj­niej­sza), tym­cza­sem oka­zu­je się, że jest on ulu­bio­nym pisa­rzem Roma­na Polań­skie­go -> fil­my “Autor wid­mo” oraz “Ofi­cer i szpieg” są na pod­sta­wie jego ksia­żek. I jak ktoś widział “Father­land” z Rut­ge­rem Hau­erem, to też na pod­sta­wie Har­ri­sa (wła­śnie ogla­dam).

Tomasz Lip­ko “Cisza”

Książ­ka wpa­dła mi w oko bo Tomasz Lip­ko faj­nie kom­bi­nu­je. Jego pierw­sza powieść z 2015 roku “Note­bo­ok” naro­bi­ła spo­ro szu­mu na ryn­ku, bo nie tyl­ko snu­ła wizję rodem z Black Mir­ror, czy­li jakie zagro­że­nia czy­ha­ją w nowych tech­no­lo­giach, ale była też jed­ną z pierw­szych powie­ści­wy wyko­rzy­stu­ją­cych kody QR, dzię­ki któ­rym czy­tel­ni­cy w trak­cie lek­tu­ry mogli odpa­lić sobie dodat­ko­we mate­ria­ły mul­ti­me­dial­ne. Tym razem dosta­nie­my wizję świa­ta bez inter­ne­tu. Jest rok 2030. Spo­łę­czeń­stwo jest już tak roz­le­ni­wio­ne, że prak­tycz­nie całą swo­ją decy­zyj­ność odda­ło w ręce sztucz­nej inte­li­gen­cji, a sami dali sobie wsz­cze­pić czi­py (ooo oni też XD) i teraz wszyst­ko robi się samo, dzię­ki super spryt­nym algo­ryt­mom. A co jeśli nagle pad­nie sieć i trze­ba będzie wró­cić do ery przed inter­ne­to­wej (tele­ga­ze­ta welco­me to)?  I do tego oka­że się, że sztucz­na inte­li­gen­cja w sumie nas nie lubi i chcia­ła­by, żeby­śmy wywi­nę­li orła i sobie głu­pi ryj roz­kwa­si­li? I taki mniej wię­cej jest plot. I’m in.

Gre­gor Zie­mer “Jak Wycho­wać Nazi­stę”

Książ­ka, któ­ra pier­wot­nie zosta­ła wyda­na w 1941 rokui autor opi­su­je w niej swo­je obser­wa­cje po tym jak odwie­dzał w 1939 szpi­ta­le, uni­wer­sy­te­ty isz­ko­ły III Rze­szy. I myk jest taki, że jak coś się dzie­je na żywo to my nie potra­fi­my obiek­tyw­nie tego oce­nić. Dopie­ro po latach widać pełen obraz i nagle oka­zu­je się, że ta książ­ka dokład­nie poka­zu­je jak dzia­ła sys­tem III Rze­szy, któ­ry miał na celu wycho­wać pod­po­rząd­ko­wa­ne spo­łę­czeń­stwo, gdzie chłop­com prze­zna­czo­ne jest bycie żoł­nie­rzem, dziew­czyn­kom rodze­nie kolej­nych żołnierzy,osoby z defek­tem dosta­ją łaskę śmier­ci etc. Nie chcę nic suge­ro­wać, ale war­to wziąć na warsz­tat, bo życie takie jest, że lubi zata­czać koła. A to jakiś mini­ster edu­ka­cji stwier­dzi, że od dziś w szko­łach dozwo­lo­ne są wyłącz­nie okre­ślo­ne lek­tu­ry, a inne zaka­za­ne. A to ktoś zarzą­dzi tak, żeby rola konie­ty ogra­ni­cza­ła się do rodze­nia. Ot małe deta­le, a póź­niej już z gór­ki.

Pro­gra­my TV:

Magia Nago­ści (Zoo­mTV)

O pro­gra­mie “Magia Nago­ści” pisa­li­ście mi już od mini­mum roku -> Pig, musisz. Dłu­go to trwa­ło, ale w koń­cu obej­rza­łem i to od razu pol­ską edy­cję!

Przy­zna­ję, że pomysł pro­gra­mu “rand­ko­we­go”, w któ­rym uczest­ni­cy pozna­ją się “od dupy stro­ny” wyda­wał się mi się lek­ko kon­tro­wer­syj­ny, tym­cza­sem w rze­czy­wi­sto­ści na tle innych pro­gra­mów rand­ko­wych wypa­da naj­mniej pato­lo­gicz­nie

Dla­cze­go? Ano dla­te­go, że uczest­ni­ka­mi są zwy­kli ludzie z róż­ny­mi nie­do­sko­na­ło­ścia­mi, a nie legion tre­ne­rów fit­ness i ode­rwa­nych od rze­czy­wi­sto­ści insta­mo­de­lek wan­na­be. No i pro­wa­dzą­ca cią­gnie temat sub­tel­nie i z tak­tem.

Nie­ste­ty tego same­go nie da się powie­dzieć o uczest­ni­kach XD i tu wła­śnie jest pies pogrze­ba­ny, bo o ile pro­gram jest spo­ko dla widza i oglą­da­jąc moż­na popra­wić sobie samo­po­czu­cie na zasa­dzie -> “Ej, w sumie ze mną nie jest tak naj­go­rzej”, to w dru­gą stro­nę już tak kolo­ro­wo nie jest i przy­kła­do­wo, jeśli idziesz do tego pro­gra­mu z jaki­miś kom­plek­sa­mi, to ist­nie­je duże ryzy­ko, że wró­cisz z jesz­cze więk­szy­mi.

Pro­gram podzie­lo­ny jest na dwa seg­men­ty. W pierw­szym wybie­ra babecz­ka spo­śród pię­ciu typów, w dru­gim chłop spo­śród pię­ciu typia­rek. Resz­ta jest ana­lo­gicz­na.

Run­da pierw­sza -> widać tyl­ko kro­cza uczest­ni­ków.

I tutaj pani pro­wa­dzą­ca pyta wybierającą/wybierającego o ich pre­fe­ren­cje, na co ci chcą być mili i mówią, że to nie ma więk­sze­go zna­cze­nia, bo i tak liczy się wnę­trze XD… po czym pro­wa­dzą­ca każe im pod­cho­dzić kolej­no do odsło­nię­tych krocz i pro­si o ich zaopi­nio­wa­nie… i wte­dy się zaczy­na:

Wybie­ra­ją­ca — O jaki faj­ny siu­rek, taki nie za duży!

Pro­wa­dzą­ca — Mówi­łaś, że to nie ma zna­cze­nia

Wybie­ra­ją­cy — No niby nie ma, ale wiesz jak jest. Jak już ma dojść do BANG, to wola­ła­bym dwu­me­tro­we­go boa dusi­cie­la, a nie zaskroń­ca, któ­ry praw­do­po­dob­nie już jakiś czas temu padł z odwod­nie­nia hehe

<a w tle chrząk­nię­cie wła­ści­cie­la siur­ka i szep­tem -> bo w tej kabi­nie jest bar­dzo zim­no, nor­mal­nie ina­czej to wyglą­da>

Pro­wa­dzą­ca — To może uczest­nik nr 2 będzie bar­dziej w two­im typie?

Uczest­ni­ka — Prze­pra­szam, czy w tej kabi­nie kry­je się ksią­żę Har­ry?

Pro­wa­dzą­ca — Skąd ten pomysł?

Uczest­nicz­ka — Bo ile osób na świe­cie może mieć rude łonia­ki? To na bank Har­ry!

Pro­wa­dzą­ca — To może uczest­nik nr 3? Tu już mamy sprzęt kon­kret, czy­li tak jak chcia­łaś.

Uczest­nicz­ka — No niby roz­miar się zga­dza, ale ten kształt, hmmm sama nie wiem

Pro­wa­dzą­ca — A co z nim nie tak?

Uczest­nicz­ka — Nawet wita­mi­na C nie jest tak lewo­skręt­na, jak ten zaga­niacz

I ade­kwat­nie u chło­pa wybie­ra­ją­ce­go:

Pro­wa­dzą­ca — wolisz brzo­skwin­ki scho­wa­ne czy “widocz­ne gołym okiem”?

Wybie­ra­ją­cy — Nie ma to dla mnie zna­cze­nia, wszyst­kie są pięk­ne

Pro­wa­dzą­ca — No i super. To jak ci się podo­ba brzo­skwin­ka kan­dy­dat­ki nr 1?

Wybie­ra­ją­cy — Wiem, że powie­dzia­łem, że wadżaj­ny “widocz­ne gołym okiem” są dla mnie spo­ko, ale bez prze­sa­dy. Mam w domu dwa bor­der col­lie, więc taki wiszą­cy pla­ster szyn­ki mógł­by wpro­wa­dzić ner­wo­wą atmos­fe­rę

Pro­wa­dzą­ca — A kan­dy­dat­ka nr 2?

Wybie­ra­ją­cy — Czy mówi­łem już, że jestem arty­stą i cenię syme­trię? Nie­ste­ty ta wadżaj­na jest asy­me­trycz­na. Total­nie nie mój styl

Pro­wa­dzą­ca — No to może nr 3?

Wybie­ra­ją­cy — Ocie­chuj, takie­go buszu jesz­cze nie widzia­łem!

Pro­wa­dzą­ca — Ale wiesz, że tego łatwo moż­na się pozbyć? Poza tym jest powrót mody na owło­sie­nie

Wybie­ra­ją­cy — Jeśli chcesz znać moje zda­nie, to uwa­żam, że to fuj­ka

Pro­wa­dzą­ca — Okej, panie wybred­ny, to jak ci się widzi nr 4?

Wybie­ra­ją­cy — No no ta jest bar­dzo ape­tycz­na, mógł­bym z niej jeść

I tak i tak dalej. Po eta­pie krocz, jeden uczest­nik zosta­je wyeli­mi­no­wa­ny i prze­cho­dzi­my do eta­pu nr 2, w któ­rym widać zawod­ni­ków do szyi i zno­wu scho­dzi lita­nia roł­stów -> “sucho­kla­tes”, “boob­sy wywnię­te jak roga­le 7days”, etc. Żegna­my się z jed­nym zawod­ni­kiem i prze­cho­dzi­my do poka­za­nia twa­rzy i kolej­nych “miłych” opi­nii -> “No z lica taki tro­chę kry­mi­na­li­sta, ale spo­ko, lubię bad boy­ów”, “Napraw­dę nie mam pro­ble­mu z opa­da­ją­cą powie­ką u kobiet, dobrze jest”. Po tym eta­pie zno­wu jeden out.

Do fina­łów prze­cho­dzi dwóch uczestników/dwie uczest­nicz­ki, ale zanim wybierający/wybierająca doko­na wybo­ru, też musi poka­zać się na gol­ca i wysłu­chać przy­ty­ków.

I ja tak sobie myślę, że trze­ba być tro­chę kami­ka­dze, żeby się zgło­sić do tego pro­gra­mu. Po pierw­sze, bo mamy tu nie­zręcz­ność rodem ze skle­pu mię­sne­go, kie­dy klient­ka pyta eks­pe­dient­ki -> “Prze­pra­szam, czy ten schab jest świe­ży?”, z tym że scha­bem jest uczest­nik i to na maxa pokrę­co­na akcja, żeby stać na gol­ca i wysłu­chi­wać, jak prze­ku­py wyli­cza­ją two­je wady.

Dwa, bo poka­zać siu­ra i boob­sy to pikuś, ale póź­niej trze­ba z tym żyć i na ten przy­kład po emi­sji pro­gra­mu poja­wić się na rodzin­nej wigi­lii -> Ktoś cię pro­si o poda­nie ryby po grec­ku, a twój mózg prze­twa­rza to na: “Widzia­łem two­ją pytę w tv. Szejm on you”

Albo koleś, któ­ry został odrzu­co­ny w pierw­szej run­dzie z powo­du małe­go siur­ka, został przed­sta­wio­ny jako 55-let­ni budow­la­niec z Toma­szo­wa jakie­goś tam i ja nawet nie chce sobie wyobra­żać, jakie hehesz­ki będą teraz szły na budo­wach w Toma­szo­wie.

Albo 21-let­nia pra­cow­ni­ca Call Cen­ter, któ­ra zosta­ła odrzu­ca­na z powo­du asy­me­trycz­nej wadżaj­ny. Wie­cie jak zło­śli­wi i bru­tal­ni potra­fią być wpół­pra­cow­ni­cy z open spej­sa? Wcho­dzisz do robo­ty w ponie­dzia­łek, odpa­lasz kom­pa, a tam już cze­ka­ją memy.

No way, po takim pro­gra­mie pozo­sta­je tyl­ko zmia­na nazwi­ska na Juan Pablo Fer­nan­dez Maria FC Bar­ce­lo­na Janusz Ser­gio Vasi­lii Szew­czen­ko i roz­po­czę­cie wszyst­kie­go od nowa w Mek­sy­ku.

Ślub od pierw­sze­go wej­rze­nia” TVN/Player

A ze wszyst­kich pro­gra­mów w TV, naj­bar­dziej kochom “Ślu­by od pierw­sze­go wej­rze­nia”.

Madzia oglą­da­ła to od począt­ku, tym­cza­sem ja zawsze mia­łem coś cie­kaw­sze­go do robo­ty i dopie­ro na eta­pie 4. sezo­nu zawie­si­łem się na jakimś odcin­ku. I wte­dy to na mnie spły­nę­ło -> nie ma bru­tal­niej­sze­go pro­gra­mu niż “Ślu­by od pierw­sze­go wej­rze­nia”. Nope, żodyn mu nie pod­sko­czy.

Tak jak w kome­diach roman­tycz­nych jest sche­mat -> nie­po­ro­zu­mie­nie, kry­zys, pogo­dze­nie się, kiss kiss, żyli dłu­go i szczę­śli­wie, tak tu zaczy­na się od “faj­nie — faj­nie — pozy­tyw­nie”, po czym boom, leci­my w prze­paść!

Na poczat­ku pozna­je­my trzy samot­ne babecz­ki i trzech samot­nych chło­pów, któ­rzy wyda­ją się super nor­mal­ni, total­ne prze­ci­wień­stwo Hote­li Para­di­se. Opo­wia­da­ją nam o sobie, że pra­cu­ją tu i tam, że w week­en­dy wypro­wa­dza­ją pie­ski ze schro­nisk, że jak widzą sta­rusz­kę na świa­tłach, to zawsze prze­pro­wa­dzą przez uli­cę, etc.

I my na tym eta­pie myśli­my sobie — “Oja­cie, jacy faj­ni ludzie, oni napraw­dę zasłu­gu­ją na szczę­ście, mam nadzie­ję, że im pyk­nie”. A jak psy­cho­lo­go­wie połą­czą ich w pary zgod­nie z naszy­mi ocze­ki­wa­nia­mi, to już w ogó­le radość na maxa.

Następ­ny jest ślub, na któ­rym typiarz i typiar­ka widzą się pierw­szy raz i serio nie wiem, jak oni dają radę to prze­trwać, bo ja sie­dząc przed tele­wi­zo­rem jestem cały w ner­wach i ze stre­su gene­ru­je wiel­kie koła potu na t‑shircie.

W każ­dym razie na tym eta­pie w 4 przy­pad­kach na 5 jest radość. Typiar­ka stwier­dza, że typ “ujdzie”, typ z kolei total­nie zaja­ra­ny, że typiar­ka nie ucie­kła. Pod­pi­su­ją papie­ry, scho­dzą fotecz­ki w sty­lu “LOL, mam męża/żonę”, po czym zaczy­na­ją się pierw­sze roz­mo­wy, pod­czas któ­rych par­ki znaj­du­ją łączą­ce ich rze­czy -> “Ooo, ale numer, też jestem kozio­roż­cem” i na tej pod­sta­wie stwier­dza­ją pod­czas setek -> “Oka­za­ło się, że wie­le rze­czy nas łączy. Z tej mąki na bank będzie chle­bek”. XD

A póź­niej na pró­bę razem zamiesz­ku­ją i oka­zu­je się, że przy­naj­mniej jed­na oso­ba w tym mał­żeń­stwie ma psy­cho­zę, jak stąd do Kato­wic. A cza­sa­mi obie mają i się nimi nazwa­jem obcią­ża­ją. I w tym momen­cie zaczy­na się jaz­da bez trzy­man­ki -> awan­tu­ry, ciche dni i mara­to­ny pre­ten­sji.

Zazwy­czaj ktoś nie wytrzy­mu­je pre­sji i mówi, że chę­do­ży już ten pro­gram i chce roz­wo­du -> teraz, natych­miast!… na co do gry, cali na bia­ło, wcho­dzą psy­cho­lo­gwie i sta­ra­ją się wyci­szyć par­kę, mówiąc: “Spo­koj­nie, to się zate­gu­je, ale musi­cie dać sobie szan­sę”.

Po tych roz­mo­wach par­ka ma już taki kocioł w gło­wie, że fak­tycz­nie daje sobie sza­nę, ale nope, psy­cho­zy eska­lu­ją i tu smiesz­nie, bo cześć z nich jesz­cze nawet nie skon­su­mo­wa­ła tego związ­ku, tym­cza­sem drą koty, jak mał­żeń­stwa z 30-let­nim sta­żem.

Koniec koń­ców w więk­szo­ści przy­pad­ków koń­czy się roz­wo­dem w bar­dzo gęstej atmos­fe­rze, na co dosta­je­my zbli­że­nie na psy­cho­lo­gów, a ci rzu­ca­ją: “Ojej, nie pykło. No kto mógł prze­wi­dzieć?” XD

Naj­lep­szy i naj­bru­tal­niej­szy pro­gram ever. Wła­śnie trwa 6. sezon i jeste­śmy na eta­pie, że typy i typiar­ki się hajt­ne­li, i odkry­li, że obo­je są kozio­roż­ca­mi. Za tydzień pro­gram zacznie się na serio. Psy­cho­zy, welco­me to!

Fil­my i Seria­le:

Teścio­wie”

Film oka­zał się wyjąt­ko­wo krzep­ki. Akcja dzie­je się pod­czas wese­la… na któ­re nie docie­ra para mło­da, bo się roz­my­sli­ła i to daje począ­tek sytu­acji pt. “Oesu, ale wstyd przed gośc­mi”, któ­ra z cza­sem zmie­nia się w “Dobra, uj z tym, zapła­co­ne, ludzie się zje­cha­li, to korzy­sta­my”.

Tak że goście się bawią w naj­lep­sze, tym­cza­sem rodzi­ce mło­dych ola­bo­gu­ją, że smu­te­czek na mak­sa i że może jesz­cze da się to wypro­sto­wać, wszak szcze­ście mło­dych naj­waż­niej­sze… po czym od sło­wa do sło­wa (i od kie­lisz­ka do kie­lisz­ka) i nagle cała kur­tu­azja wypa­ro­wu­je i zaczy­na­ją lecieć drob­ne szpi­lecz­ki (“w sumie to wasza wina, bo…”), któ­re po chwi­li eska­lu­ją w gru­be roł­sty, jesz­cze grub­sze wyciecz­ki oso­bi­ste oraz szcze­re opi­nie “kto, co o kim tak napraw­dę myśli”.

Jest tu tak dużo praw­dy i traf­nych obser­wa­cji, że z Madzią zgod­nie usta­li­li­śmy, że będzie­my ten film poka­zy­wać ludziom, jak­by to było nasze wese­le, któ­re­go nie mie­li­śmy XD. I wy też może­cie tak zagrać, bo to są uni­wer­sal­ne praw­dy o nas, o ślu­bach, o sztucz­nej uprzej­mo­ści i o kur­ła życiu.

Już na pierw­szy rzut oka widać, że jest to ekra­ni­za­cja sztu­ki teatral­nej, ale efekt jest tak samo dobry, jak w “Rze­zi” Polań­skie­go, któ­ra swe­go cza­su prze­nio­sła na duży ekran “Boga Mor­du” Yasmi­ny Rezy. Bar­dzo mój typ.

I podob­nie jak w “Rze­zi”, mate­riał wyj­ścio­wy pozow­lił akto­rom poka­zać w peł­ni swój warsz­tat. To nie są kome­die roman­tycz­ne, gdzie dia­lo­gi opie­ra­ją się na kil­ku­wer­so­wych sucha­rach. Nope, w tego typu fil­mach akto­rzy muszą podać w jed­nym uję­ciu kil­ka stron tek­stu z odpo­wied­nią into­na­cją i mimi­ką + pil­no­wać ryt­mu ekra­no­wych part­ne­rów + syn­chro­ni­zo­wać się z wyda­rze­nia­mi na dru­gim pla­nie. Tak więc w tym przy­pad­ku Iza­be­la Kuna, Maja Osta­szew­ska i Adam Woro­no­wicz czap­ki z głów. A Doro­ciń­ski to już w ogó­le wyglą­dał, jak­by ta rola była uszy­ta dla nie­go na mia­rę. Takie pol­skie fil­my to ja sza­nu­ję!

Squ­id Game” Net­flix

Serial pro­duk­cji kore­ań­kiej (tych z połu­dnia, wia­do­mix) i jest bar­dziej popier­do­lo­ny niż Lato z Radiem, ale jest to tak fascy­nu­ją­ce popier­do­le­nie, że nie da się ode­rwać. True sto­ry, zaczą­łem w pią­tek wie­czo­rem, skoń­czy­łem w sobo­tę rano rów­no z pia­niem kogu­ta. 9 godzin ciur­kiem. Nicze­go nie żału­ję.

A plot leci tak, że taje­mi­cza orga­ni­za­cja wywo­zi pra­wie 500 typów, któ­rzy zadłu­ży­li się w kore­ań­skim Pro­vi­den­cie, na jesz­cze bar­dziej tajem­ni­czą wyspę i rzu­ca pro­po­zy­cją -> Ej zagraj­cie w naszą grę, któ­ra skła­da się z 6 kon­ku­ren­cji. Kto wygra, ten wró­ci do domu dzia­ny jak Domi­ni­ka Kul­czyk.

Oczy­wi­ście wszy­scy jara­ją sie wizją bycia nie­przy­zwo­itym bogo­lem i szyb­ciut­ko godzą na udział, tym­cza­sem supraj­sik i oka­zu­je się, że te gry to skrzy­żo­wa­nie pro­gra­mu Take­shi Castle z Nin­ja Wor­rior oraz fil­ma­mi Cube i Piła, i gene­ral­nie są na śmierć i życie.

Sami przy­zna­cie, że brzmi jak coś co musi­cie obej­rzeć, albo pad­nie­cie na sucho­ty, tym­cza­sem na tym nie koniec. Nope, w seria­lu są jesz­cze straż­ni­cy, któ­rzy noszą czer­wo­ne kom­bi­ne­zo­ny jak eki­pa Pro­fe­so­ra w “Domu z papie­ru”, z tym że zamiast masek z Salva­do­rem Dali, mają maski z taki­mi samy­mi sym­bo­la­mi jak pady od Play­sta­tion -> trój­kąt, kółecz­ko, kwa­drat. How cool is that? Co praw­da bra­ku­je Xa, ale prze­cież w życiu nie moż­na mieć wszyst­kie­go.

100010 i tym razem to nie jest taki trol­ling jak kie­dyś z “Bart­ko­wia­kiem”. Nope, to napraw­de jest kozac­kie. Zresz­tą dzi­siaj jed­na dziew­czy­na napi­sa­ła mi na sto­rie­skach, że sobie pra­so­wa­ła blu­zecz­kę i aku­rat jej mąż to włą­czył. Chwi­lę popa­trzy­ła, po czym sko­men­to­wa­ła -> “Omaj­gad, już głup­sze­go seria­lu chy­ba się nie da wymy­slić”, po czym tak się zawie­si­ła, że blu­zecz­ka do wyrzu­ce­nia. Praw­dzi­wa histo­ria (kole­żan­ko, jeśli to czy­tasz, potwierdź, pliz­ka).

The whi­te lotus” HBO

Serial niegłupi,ma kil­ka bły­sko­tli­wych momen­tów oraz faj­nych kumu­la­cji inb, któ­re się nawart­swia­ły od pierw­sze­go odcin­ka. Ale! Ale nie­mi­ło­sier­nie się snu­je i trze­ba zagryźć zęby , żeby prze­trwać dłu­ży­zny i nud­ne, nic nie wno­szą­ce, wstaw­ki. Dla mnie max 6.5 i cie­szę się, że zamknę­li go w 6 odcin­kach, bo wię­cej takie­go śli­ma­cze­go tem­pa bym nie zdzier­żył.

A to widziałeś?