popKULTURA

Kto nie ma talentu, kończy w kapeli rockowej

11/01/2015

Widzisz gościa na poniż­szym zdję­ciu? Po obej­rze­niu “Whi­plash” prze­sta­niesz koja­rzyć go tyl­ko z roli wydaw­cy gaze­ty w “Spi­der-Man’ie”. Zapa­mię­tasz jego imię, Joh­na­tan Kim­ble Sim­mons, w skró­cie J.K. Sim­mons. Koleś total­nie poza­mia­tał. Zagrał naj­lep­szą rolę men­to­ra-sady­sty od cza­su popi­su E. Lee Ermey­’a w “Full Metal Jac­ket”.

“Whi­plash” to histo­ria o mło­dym per­ku­si­ście Andrew Ney­ma­n’ie (nie mylić z Andrze­jem Nej­ma­nem ze “Zło­to­pol­skich”), któ­ry ze wszyst­kich sił pró­bu­je dołą­czyć do naj­wy­bit­niej­szych muzy­ków jaz­zo­wych ever. Chło­pak na swo­jej dro­dze do wiel­ko­ści tra­fia do ban­du pro­wa­dzo­ne­go przez pro­fe­so­ra Flet­che­ra (Sim­mons) i od tego momen­tu jego życie zmie­nia się w pie­kło. Pot, łzy, krew, drza­zgi z poła­ma­nych pałe­czek i upo­ko­rze­nia to chleb powsze­dni. Pro­fe­sor Flet­cher nie jest prze­cięt­nym panem od muzy­ki. To gość obda­rzo­ny słu­chem abso­lut­nym, u któ­re­go grasz per­fek­cyj­nie, co do nut­ki albo wypad z baru. Nie chwa­li, nie głasz­cze, nie kle­pie po ple­cach, cią­gle drze ryja, chce wię­cej i lepiej. Dla zacho­wa­nia dys­cy­pli­ny i posłu­chu nie­jed­no­krot­nie prze­kra­cza gra­ni­cę oddzie­la­ją­cą naukę od znę­ca­nia się. Muzy­cy pod jego batu­tą żyją w stre­sie i moczą łóż­ka ze stra­chu. Flet­cher to taki muzycz­ny Jose Murin­ho, ale dzię­ki swo­im meto­dom odsie­wa ziar­no od plew, a z oca­la­łych wycią­ga to co naj­lep­sze. Przy­naj­mniej w jego mnie­ma­niu. Par­ker to z kolei ambit­ny chło­pak, któ­ry nie chce być prze­cięt­ny, nie chce być nawet bar­dzo dobry, chce zostać legen­dą i jest skłon­ny zapła­cić za to każ­dą cenę.

Głów­ną oś fil­mu sta­no­wi poje­dy­nek cha­rak­te­rów, ucznia i men­to­ra, któ­rych zdję­cia powin­ny zna­leźć się w Wiki­pe­dii pod hasłem “syn­drom sztok­holm­ski”. Stan­dar­do­wo dla takich rela­cji są momen­ty, kie­dy głów­ny boha­ter się zała­mu­je i strze­la fochem, żeby na koń­cu powstać z popio­łów, tra­fić za “3” w ostat­niej sekun­dzie meczu (prze­łóż to na kon­wen­cję muzycz­ną) i wygrać sza­cu­nek “swo­je­go mistrza”. Wiem, że brzmi tan­det­nie, ale wyszło cał­kiem nie­źle.
“Whi­plash” to też muzy­ka. Bar­dzo dobrą ścież­kę dźwię­ko­wą wzmac­nia­ją świet­ne zdję­cia i mon­taż. Coś czu­ję, że po fali pozy­tyw­nych recen­zji wzro­śnie sprze­daż zesta­wów per­ku­sji do “Guitar Hero”, a fina­ło­wy wykon tytu­ło­we­go nume­ru pod­bi­je youtu­be­’a. Uwie­ra mnie tyl­ko jed­na rzecz. Daje się odczuć, że film jest hoł­dem dla jaz­zu, jego korze­ni i wyko­naw­ców, ale w całym tym dąże­niu do per­fek­cji zabra­kło poka­za­nia, że muzy­ka to nie tyl­ko pra­ca, ale też fun.

Śred­nio jara mnie jazz, a per­ku­sji już total­nie z nim nie koja­rzy­łem, mimo to uwa­żam, że “Whi­splash” jest naj­lep­szym fil­mem od cza­su “Wyści­gu”. Nie­któ­rym może wydać się prze­ry­so­wa­ny i zbyt bru­tal­ny (psy­chicz­nie), ale ja to kupu­ję. W pił­ce noż­nej takie histo­rie są na porząd­ku dzien­nym. Poza wspo­mnia­nym wcze­śniej Murin­ho i jego napię­tą rela­cją z Cri­stia­no Ronal­do, czy słyn­nym kon­flik­tem na linii Zla­tan Ibra­hi­mo­vic — Pep Guar­dio­la, zna­ne są legen­dy o “susza­rach”, któ­re sir Alex Fer­gu­son fun­do­wał pił­ka­rzom Man­che­ste­ru Uni­ted nawet po wygra­nych meczach. David Bec­kham jest żywym dowo­dem, w koń­cu kie­dyś pod­czas pome­czo­we­go opier­do­lu Fer­gi wpadł w taki szał, że w amo­ku kop­nął w jego kie­run­ku but. Tra­fił. Łuk brwio­wy do szy­cia. Gdy­by Beck­sa nie odcią­gnę­li kole­dzy, doszło­by do ręko­czy­nów. Wszy­scy wyżej wymie­nie­ni (no może poza Bec­kha­mem) to zadzior­ni goście z prze­ro­śnię­tym ego, któ­rzy ze wgzlę­du na meto­dy i cha­rak­ter, nie­je­den most w życiu spa­li­li, ale nie da się im odmó­wić wiel­ko­ści. A o Job­sie i jego ata­kach furii sły­sze­li­ście?

A to widziałeś?