popKULTURA

Kapitan Ameryka: Civil War. Iść czy nie iść?

20/05/2016

Prawda jest taka, że na nowego “Kapi­tana Ame­rykę Civil War” sze­dłem z worem peł­nym uprze­dzeń. Po bez­na­dziej­nej dru­giej czę­ści Aven­ger­sów i mocno roz­cza­ro­wu­ją­cym poje­dynku Bat­mana z Super­ma­nem, coś we mnie pękło i na wszyst­kie komik­sowe pro­duk­cje strze­li­łem odgór­nego focha. Trzy­ma­łem kciuki, żeby Kapi­tan rów­nież oka­zał się paź­dzie­rzem, co dałoby mi dobrą wymówkę do napi­sa­nia naj­bar­dziej hej­ter­skiej recki ever. Tak naprawdę pla­no­wa­łem jego kosz­tem oczy­ścić się ze wszyst­kich fil­mo­wych roz­cza­ro­wań, które zbie­rały we mnie od dłuż­szego czasu. Mia­łem już nawet  gotowy tytuł - Kapi­tan Ame­ryka, Ty Pizdo!”. Nie­stety cały plan do pia­chu. Film osta­tecz­nie oka­zał się cał­kiem w cipkę i tym samym posta­wił mnie w nie­zręcz­nej sytu­acji, kiedy wypa­dłoby napi­sać coś pozy­tyw­nego, a w tym aku­rat orłem nie jestem. O wiele łatwiej przy­cho­dzi mi wbi­ja­nie szpi­lek.

Krótka piłka - w mojej opi­nii Civil War to naj­lep­sza ze wszyst­kich marve­low­skich pro­duk­cji. Przy­naj­mniej na tę chwilę. True story. Gdyby ktoś miał z tym pro­blem, od razu zazna­czam, że “Straż­ni­ków Galak­tyki” nie­na­wi­dzę. Byli dłu­dzy, nudni i nie­śmie­szeni. “Dead­pool” miał kilka dobrych żar­ci­ków, ale fabu­lar­nie to wydmuszka, więc jego też nie kocham. Jeśli miał­bym wyjść poza Marvela i porów­nać Kapi­tana z Bat­ma­nem v Super­me­nem, napi­sał­bym #zaorane. To tak jakby jeden uliczny tan­cerz, nazwijmy go DC, wyzwał na solówkę dru­giego tan­ce­rza, nazwijmy go Marvel. Marvel mówi: „spoko, zaczy­naj”. DC wcho­dzi na par­kiet i myśli, że odpier­dala mistrzow­ski pop­ping, a tak naprawdę prze­cho­dzi wła­śnie atak padaczki. W tym momen­cie na scenę wpada Marvel, odpy­cha DC i zarzuca naj­lep­szy fre­estyle od cza­sów nola­now­skiego Mrocz­nego Ryce­rza. Tak to widzę.

 

Civil War #Fabuła

Civil War to jed­no­cze­sny sequel “Aven­gers: Czas Ultrona” i “Kapi­tana Ame­ryki: Zimo­wego Żoł­nie­rza”. Kto nie widział tych epi­zo­dów, może mieć mały pro­blem z poła­pa­niem się w kilu wąt­kach, ale poza tym ich zna­jo­mość nie jest szcze­gól­nie wyma­gana. Plot jest pro­sty. Rząd USA wzywa Aven­ger­sów na dywa­nik i ochrza­nia za robie­nie total­nego roz­pier­dolu pod­czas akcji rato­wa­nia świata — burze­nie miast, śmierć cywili, etc. Oznaj­mia, że skoń­czyła się samo­wolka i od teraz będę pra­co­wać tylko na wyraźne wezwa­nie ONZ. Albo przyj­mują takie warunki i pod­pi­sują lojalkę, albo prze­cho­dzą na eme­ry­turę. W dru­ży­nie latek­so­wych wdzia­nek nastę­puje roz­łam. Część bandy, z Iron­Ma­nem na czele, chce wejść w taki układ, a pozo­stali #Team­Cap­tain uznaje, że nie będą niczy­imi chłop­cami na posyłki i sami zde­cy­dują, czy ich pomoc jest potrzebna. Dostrze­ga­cie to odwró­ce­nie ról? Do tej pory to Kapi­tan Ame­ryka robił za cyn­gla róż­nych orga­ni­za­cji — woj­ska, Tar­czy, a Iron­Man lał na wszystko cie­płym moczem i robił, co chciał, kiedy chciał. Film w miarę kla­row­nie poka­zuje moty­wa­cje obu Panów, więc wybór stron przyj­mu­jemy bez więk­szych zgrzy­tów. No więc chło­paki się nie doga­dali, a tym­cza­sem na mie­ście roz­kręca się dym. Ter­ro­ry­ści kradną broń bio­lo­giczną i wra­biają w to ziomka Kapi­tana Ame­ryki, czyli Buc­kiego aka Zimo­wego Żoł­nie­rza. Kapi­tan prze­ko­nany o nie­win­no­ści swo­jego koleżki, zaczyna mu poma­gać, co w oczach ONZ i Iron­Mana zostaje ode­brane jako zdrada i przej­ście na ciemną stronę mocy. Jak łatwo się domy­ślić, w powie­trzu wisi bra­to­bój­czy poje­dy­nek.

Civil War Kapitan Ameryka

Civil War Kapitan Ameryka

Civil War Kapitan Ameryka

 

Civil War #Jak wyszło?

Zaje­bi­ście. Wszystko, co DC spier­do­liło w Bat­ma­nie, Marvel zro­bił pierw­szo­rzęd­nie. Zawią­za­nie akcji jest szyb­kie i w miarę sen­sowne, wpro­wa­dze­nie nowych postaci bez­bo­le­sne, a moty­wa­cje boha­te­rów wia­ry­godne. Każdy w jakiś spo­sób ma rację w swoim postę­po­wa­niu, przez co ciężko tak do końca zde­cy­do­wać, którą obrać stronę w tym kon­flik­cie. Ja chyba z 3 razy zmie­nia­łem zda­nie, co tylko udo­wad­nia, że film mnie wkrę­cił na całego. 2,5 godziny minęło w 5 minut, ale to i tak wszystko dru­go­rzędne rze­czy. Naj­waż­niej­sze są walki, a tych jest naprawdę sporo i wizu­al­nie ury­wają dupę. Pierw­sza grub­sza zadyma roz­kręca się na nie­miec­kim lot­ni­sku. 11 super­bo­ha­te­rów staje naprze­ciwko sie­bie i napie­prza w efek­tow­nych cho­re­ogra­fiach. Mimo ogra­ni­czo­nego czasu, twór­com udało się zła­pać odpo­wied­nie pro­por­cje, dzięki czemu każda z postaci dostaje swoje 5 minut na zapre­zen­to­wa­nie skilla. Druga kozacka walka to fina­łowe star­cie Kapi­tana Ame­ryki i Bucky’ego z Iron­Ma­nem. Wygląda nie tylko wido­wi­skowo, ale jest też bar­dzo dobrze roz­pi­sana dra­ma­tur­gicz­nie. Dosta­jemy zwrot akcji, który pozwala uwie­rzyć, że Iron­Man tym razem wkur­wia się na serio serio i koń­czy z byciem miłym gościem. No More Mr Nice Guy. Sytu­acja tym cie­kaw­sza, bo do końca nie wia­domo kto wygra. Nie ma tu “czi­to­wa­nia” kryp­to­ni­tem. W plu­sach zde­cy­do­wa­nie nie da się pomi­nąć uda­nego wpro­wa­dze­nia postaci Czar­nej Pan­tery, Ant-Mana i Spider-Mana. Tego pierw­szego do tej pory znali tylko fani komik­sów, ale po fil­mie zain­te­re­so­wa­nie zapewne wystrzeli w kosmos. Z kolei Mrówka i Pająk  swoim wystę­pem roz­bi­jają “bank zaje­bi­sto­ści” i mimo, iż grają z dru­giego planu, kradną szoł. 

 

Civil War #Łyżka Dzieg­ciu

Film posma­ro­wa­łem już nie­przy­zwo­icie grubą war­stwą waze­liny, więc dla rów­no­wagi kilka minu­sów. Po pierw­sze scena, w któ­rej twórcy zro­bili sloł­moł­szyn bic­kom Kapi­tana Ame­ryki, kiedy ten zatrzy­muje heli­kop­ter. Co to kuźwa miało być? Naj­bar­dziej żenu­jące uję­cie ever. Czuję się zmo­le­sto­wany.

Nr 2 to Bucky. Kapi­tan Ame­ryka już drugi film (po Zimo­wym Żoł­nie­rzu) łazi za nim i pier­doli: „Ej Bucky ja wiem, że Hydra wyprała Ci mózg i chcesz mi zro­bić kuku, ale weź się ogar­nij i spró­buj przy­po­mnieć, jakimi byli­śmy zio­mecz­kami w dzie­ciń­stwie”. Słabe to i męczące. Poza tym motyw tro­chę jak w Pri­son Break, czyli żeby oca­lić jed­nego Buc­kiego, trzeba uśmier­cić setkę innych typów. Po pro­stu go odstrzel­cie!

 Nr 3 to czarny cha­rak­ter. Poza tym, że Aven­gersi biją się mię­dzy sobą, w fil­mie jest jesz­cze bad guy, Zomo Zemo. Co prawda jego pla­nem było dopro­wa­dze­nie do wewnętrz­nego kon­fliktu wśród Aven­gers i to mu się udaje, ale i tak jego występ był total­nie z dupy. Zresztą po obej­rze­niu sami doj­dzie­cie do takiego wnio­sku. P.S. Na koniec się popła­kał.

Nr 4. To kostium Spider-Mana. O ile sama postać wypa­dła świet­nie, w końcu spajdi jest gada­tli­wym nasto­lat­kiem a nie kole­siem pod trzy­dziestkę z zaawan­so­waną depre­sją, to kostium w 100% wyge­ne­ro­wany w CGI wypada bez­na­dziej­nie. No i jesz­cze ciotka May, która z jed­nej strony jest nie­przy­zwo­icie gorą­cym MIL­Fem, ale total­nie nie przy­po­mina jej komik­so­wego odpo­wied­nika. 

Nr 5 to miał­kie zakoń­cze­nie. Zde­cy­do­wa­nie zabra­kło pier­dol­nię­cia, które zaogni­łoby jesz­cze bar­dziej kon­flikt i zro­biło grunt pod kolejną część. Nie chcę rzu­cać spoj­le­rem, więc powiem tylko, że twór­com zabra­kło cojo­nes, żeby pójść po ban­dzie. Wybrali bez­pieczną ścieżkę, która pozo­sta­wia spory nie­do­syt. Szkoda.

Zarzut nr 6 kie­ruję w kosmos, bo wiem, że komiks zobo­wią­zuje, ale nie­zmien­nie mam pro­blem z kostiu­mem Kapi­tana Ame­ryki. Uwżam, że jest tra­giczny. Kapi­tan wygląda w nim jakby przed chwilą uciekł z pokoju gier Chri­stiana Greya. Bar­dziej sado maso maski nie było? I tak wszy­scy wie­dzą, kto się pod nią kryje.

Pod­su­mo­wu­jąc, Civil War ma swoje zgrzyty, ale jak naj­bar­dziej wart jest zoba­cze­nia. Daję 8/10 i liczę, że kolejne marvel­sow­skie pro­duk­cje będą trzy­mały podobny poziom. DC teraz już wie­cie, jak to się robi.  

A to widziałeś?